Pamiętam ten dźwięk do dziś. Taki głuchy, zduszony kaszel człowieka, któremu nagle świat wywrócił się do góry nogami. Bo przecież to właśnie on. Siedem tygodni wcześniej śmiał się głośno przy niedzielnym stole, że nie wytrzymam nawet tygodnia.

Że taka jak ja, delikatna, miejska, bez charakteru, padnie już pierwszego dnia i wróci do domu z płaczem. Muszę cofnąć się o kilka miesięcy, do czasu, kiedy byłam jeszcze kimś zupełnie innym. A raczej kiedy myślałam, że wiem, kim jestem. Miałam dwadzieścia siedem lat, kawalerkę na Krowodrzy, bazylię na parapecie, która i tak zaraz umrze, i niedzielne telefony od mamy o 12:30, zawsze wtedy, kiedy właśnie siadałam do obiadu.
Pracowałam w biurze, w którym nic się nie działo, i wracałam do domu tą samą trasą, o tej samej porze, dzień po dniu. Myślałam, że tak już będzie zawsze. Że życie to ciche, przewidywalne pasmo drobnych kompromisów. No właśnie.
A potem przyszedł ten piątek. Normalny piątek, jak każdy inny. Wróciłam z pracy, zdjęłam buty, włączyłam laptopa. I zobaczyłam wiadomość od Marty.
Była krótka. Znajdź kurs, który cię przeraża. Zgłoś się. Bez zastanowienia.
Kliknij. Myślałam, że Marta żartuje. Marta, która znała mnie najlepiej, która widziała, jak rozpadałam się po rozstaniu z Tomkiem, która słuchała godzinami o tym, że nic mi się nie udaje, że nie mam na nic siły. Marta, która sama przeszła szkolenie na instruktora survivalu dwa lata temu i od tamtej pory nie była w stanie rozmawiać o niczym innym.
Ale ton wiadomości był dziwnie poważny. Bez emotek, bez żartów. Samo zdanie. I link.
Kliknęłam. Strona była surowa, bez ozdobników. Zdjęcia ludzi w deszczu, w błocie, z namiotami, z mapami. „Kurs przetrwania w terenie.
Trzy tygodnie. Warunki ekstremalne. Limit miejsc: dwanaście. ” Przewinęłam w dół i zobaczyłam wymagania.
Minimum dwadzieścia pompek. Bieg trzech kilometrów w czasie poniżej dwudziestu minut. Pływanie dwustu metrów. Zatrzymałam się na tym.
Ja, Agnieszka, która nigdy nie biegała dalej niż do tramwaju, która ostatni namiot stawiała na obozie harcerskim w czwartej klasie podstawówki, która na sam widok błota na butach robiła minę, jakby ktoś ją skrzywdził. To nie był kurs dla mnie. To była parodia. To był żart.
Zamknęłam laptopa i poszłam spać. Ale nie mogłam przestać o tym myśleć. Cały weekend chodziłam z tym w środku. Miałam dwadzieścia siedem lat i czułam, że moje życie jest jak ta bazylia na parapecie – niby żywe, ale tak naprawdę od dawna martwe, tylko nikt mi o tym nie powiedział.
A w poniedziałek, kiedy usłyszałam od wujka Zdzisława kolejną uwagę o tym, że „do czegoś się przyda” po skończonym kursie pierwszej pomocy, coś we mnie pękło. Wstałam od stołu i powiedziałam, że się zgłaszam. Na ten kurs, na który nie powinnam się zgłaszać. I widziałam, jak wujek Zdzisław podnosi brew.
I widziałam jego uśmiech. Ten uśmiech, który znałam od dziecka. Ten, który mówił: „No, zobaczymy, jak długo wytrzymasz, córeczko. ”
Mama dzwoniła w niedzielę o 12:30, zawsze wtedy, kiedy siadałam do obiadu.
„No i jak tam, córeczko? Wujek Zdzisław mówi, że może powinnaś pomyśleć o przeprowadzce do Rzeszowa, bliżej rodziny. ” To nie była nawet jej własna propozycja. To był wujek Zdzisław.
Zawsze wujek Zdzisław. Słuchałam przez dwadzieścia minut o sąsiadce Krysi i jej kłopotach z wnukiem, o tym, że na osiedlu ktoś wreszcie zrobił porządek z tymi krzakami, o tym, że pogoda w tym roku to jakaś masakra. A potem, zanim się pożegnałyśmy, powiedziała: „Tylko uważaj na siebie, bo wujek Zdzisław mówi, że takich kursów to nie powinno być dla kobiet. To nie jest dla ciebie.
” I się rozłączyła. A ja siedziałam i patrzyłam na obiad, który stygł na talerzu. Nie powiedziałam mamie o tym, że się zapisałam. Wiedziałam, że zadzwoni do wujka Zdzisława, zanim skończymy rozmowę.
A wujek Zdzisław i tak czekał na mnie przy stole w niedzielę. „No to co, Agnieszko? Czas na wielką przygodę? ” – zapytał, a w jego głosie był ten ton, który znałam na pamięć.
Ten ton, który mówił: „Może byś tak w końcu dorosła? ” Potem roześmiał się niezłośliwie. Co byłoby łatwiejsze do zniesienia. Ale to było szczere, serdeczne, ubezwłasnowolniające rozbawienie.
Tak jakby cały pomysł był tak absurdalny, że aż śmieszny. „Są ludzie stworzeni do takich rzeczy. Zobaczysz, padniesz pierwszego dnia i wrócisz do domu. ” Wzięłam widelec i wróciłam do jedzenia.
A wujek przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował i wrócił do swojego schabowego. Tydzień później jechałam do Krakowa pociągiem. Dwie godziny i czterdzieści minut z oknem zaparowanym od deszczu i słuchawkami na uszach. Ale zamiast wracać do domu, zamiast wysiąść na Krowodrzy, zostałam w pociągu o kolejną godzinę.
Wysiadłam w Rzeszowie, na dworcu, z którego odjeżdżały busy w Beskid Niski. Miałam plecak, który pożyczyłam od Marty, bo mój okazał się za mały, buty, które kupiłam tydzień wcześniej w sklepie sportowym, i kartkę z instrukcjami. „Punkt zbiórki: schronisko. Godzina: szósta wieczorem.
Hasło: „Jastrząb. ”” Boże. Jastrząb. Ja miałam być jastrzębiem.
Ja, która bałam się ciemności i głośnych psów. Dojechałam na miejsce późnym popołudniem. Schronisko wyglądało, jakby ktoś je tu postawił przypadkiem i zapomniał zabrać. Drewniane, zniszczone, z tarasem, na którym stało kilkanaście osób w moro i ciężkich buciorach.
Oparłam się o ścianę i starałam się oddychać. Ludzie wokół rozmawiali ze sobą, jakby się znali od lat. Ktoś krzyknął: „O, następna! ” I wszyscy się odwrócili.
Czułam, jak ktoś obcasem napiera mi na żebra. Zaczepka. „Ty to na pewno na kurs, czy może na wycieczkę do lasu? ” Głupia uwaga, ale w moim stanie brzmiała jak wyrok.
Zacisnęłam ręce na plecaku i weszłam do środka, żeby się zameldować. Wewnątrz przyklejona do ściany była lista uczestników. Dwanaście nazwisk. Moje na samym dole.
I tuż nad nim: „Wroński, kapitan, instruktor”. Kiwnęłam głową. Weszłam na salę, gdzie odbywała się pierwsza odprawa. Wroński stał przy tablicy.
Wysoki, szczupły, z siwiejącą brodą i oczami, które widziały rzeczy, o których nie chciałam wiedzieć. „Nazywam się Wroński. Przez najbliższe trzy tygodnie będziecie robić to, co wam każę. Nie pytajcie dlaczego.
Nie dyskutujcie. Wszystko, co wiecie o sobie, możecie zostawić za drzwiami. Tutaj liczą się tylko umiejętności. I charakter.
” Spojrzał po grupie. „Rozumiemy się? ” Nikt się nie odezwał. Ja również.
Ale w środku coś się we mnie napięło. Coś, co czułam pierwszy raz od bardzo dawna. Może to był strach. A może coś innego.
Pierwszy poranek. Budzik o piątej. Dreszcz zimna, skarpety mokre po nocnej rosie. „Dwadzieścia pompek.
Teraz. ” Zrobiłam osiem i padłam. Wroński stał nade mną. „Jeszcze raz.
” Zrobiłam dziesięć. „Jeszcze raz. ” Dwanaście. „Jeszcze raz.
” Trzynaście. Czternasta… piętnasta. „Wystarczy. Następna.
” Potem bieg. Trzy kilometry w terenie, po którym sam diabeł by się zawahał. Biegłam, a w głowie kołatało mi się jedno zdanie: „Padniesz pierwszego dnia i wrócisz do domu. ” Pierwszego dnia nie padłam.
Ale wróćmy do godzin popołudniowych, kiedy to wędrówka w deszczu i błocie wydawała się nie mieć końca. Wędrówka, na której miałam nauczyć się, że nie znam siebie tak dobrze, jak myślałam. Każdego dnia budziłam się o piątej, mokra, zziębnięta, obolała. I każdego dnia Wroński stał nad nami i krzyczał, że „słabi nie mają tu miejsca”.
Widziałam, jak inni radzą sobie z tym wszystkim, a ja ciągle byłam z tyłu. Zawsze ostatnia. Zawsze ta wolniejsza. Zawsze ta, która się przewraca.
Wieczorami leżałam w namiocie, patrząc w sufit z dachu, który przeciekał, i myślałam: „No i co? Miałeś rację, wujku. To nie dla mnie. ” A potem wspominałam twarz mamy, kiedy mówiła, że powinnam wrócić do Rzeszowa, „bo tam będzie łatwiej”.
I coś we mnie się zaciskało. Bo może właśnie nie chciałam łatwiej. Może właśnie to było to. Może po raz pierwszy w życiu chciałam czegoś trudnego.
Czegoś, co wymagałoby, żebym wstała, zamiast zostać na ziemi. Trzeciego dnia przerwy przyszła do mnie ta ciemnowłosa kobieta. Siedziała przy ognisku, grzejąc dłonie w rękawiczkach bez palców. Miała na imię Halina.
Była starsza ode mnie o jakieś piętnaście lat, ale oczy miała takie, jakby widziała wszystko. „Ty masz dar do tłumaczenia rzeczy trudnych prostymi słowami” – powiedziała bez wstępu. „Podobno kiedy wczoraj tłumaczyłaś Borkowi, jak rozstawić namiot na skale, to on wreszcie zrozumiał. A on tego nie rozumie od dziesięciu lat.
” Spojrzałam na nią. „Przecież ja nic nie zrobiłam. ” Uśmiechnęła się. „No właśnie.
To twój dar. I może na tym kursie chodzi o coś więcej niż tylko o bieganie w błocie. ”
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo miałam wrażenie, że Halina powiedziała coś, co wiedziałam o sobie od zawsze, ale nigdy nie miałam odwagi tego nazwać.
Że może ta moja delikatność, ta „niezaradność”, jak mawiała mama, to nie była wada. Że może byłam w stanie robić rzeczy, o których nie miałam pojęcia, bo nikt nigdy nie dał mi szansy. Albo raczej: nigdy nie dałam jej sobie sama. Ostatniego dnia ćwiczeń z orientacji w terenie zgubiliśmy się w lesie.
Ja, Halina i Borko, ten od namiotu. Wroński patrzył na mapę, ale nic z niej nie wynikało, bo mapa okazała się przestarzała, a teren wokół nas wyglądał zupełnie inaczej. Halina spojrzała na mnie. „No to co, Agnieszko?
Pokaż, na co cię stać. ” Zaczęłam układać w głowie to wszystko, czego nas uczono. Słońce, mech na drzewach, kierunek wiatru, kształt zbocza. Wskazałam na przełęcz.
„Tam. Powinniśmy iść tam. To skróci nam drogę. ” Wroński spojrzał na mnie.
Długo. A potem powiedział: „Idziemy. ” I poszliśmy. Tamta przełęcz była tam, gdzie mówiłam.
I Wroński, kiedy wróciliśmy na punkt zbiórki, pokiwał głową. Właściwie to nie powiedział nic. Ale widziałam to jego spojrzenie pod koniec kursu, podczas uroczystego zakończenia. „No, Agnieszko, albo pani ma nosa, albo dużo szczęścia” – powiedział.
„Tak czy siak, jeśli zdecyduje się pani na ścieżkę instruktorską, moje rekomendacje są do dyspozycji. ”
A potem zobaczyłam go. Wujka Zdzisława. Stał przy drzwiach z kubkiem kawy, ubrany w trzyczęściową garniturową kamizelkę, której nie miał prawa nosić w lesie.
„Powiedziałem, że nie wytrzymasz” – usłyszałam, kiedy wyszedł na ścieżkę i stanął przede mną. „No i proszę. Wszystko skończone. Wracaj do domu.
” Stałam przed nim, brudna, z potarganymi włosami, ale po raz pierwszy w życiu czułam, że stoi przed nim ktoś, kogo on nie zna. „Właściwie to wcale nie wracam do domu” – odpowiedziałam. „Zdecydowałam się na ścieżkę instruktorską. Dostałam rekomendacje.
” Wujek Zdzisław otworzył usta. Zamknął. Otworzył. I wtedy wybuchnął śmiechem.
Tym samym śmiechem. Ale tym razem nie było w nim tego czegoś, co zawsze mnie przygniatało. Bo pierwszy raz w życiu stałam naprzeciwko niego, a nie pod nim. „O, to zobaczymy, zobaczymy…” – powiedział, kręcąc głową.
I to „zobaczymy” nie brzmiało jak obietnica. To brzmiało jak wyzwanie. I wiedziałam, że właśnie je przyjęłam. Wieczorem siedziałam z Martą na ławce przy bramie.
Padał deszcz, ale ja czułam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie sukces. Nie dumę. Coś innego.
Coś, co mówiło: „Jesteś w stanie. Zawsze byłaś. Po prostu nikt ci tego nie powiedział. ” A potem mama zadzwoniła.
„No i jak tam, córeczko? Wujek Zdzisław mówi, że powiłaś mu, że chcesz zostać instruktorką, ale on mówi, że to nie dla ciebie, że ty wiesz, jaka jesteś…” I wtedy powiedziałam coś, czego nigdy wcześniej nie powiedziałam. „Mamo, powiedz wujkowi, że nie ma racji. ” I się rozłączyłam.
Pociąg do Krakowa odjeżdżał za godzinę. Ale ja wiedziałam, że to nie będzie ten sam pociąg. I że już nigdy nie będę nikim, kto czeka na cudze pozwolenie.


