Zamiast wizytówki z moim nazwiskiem na eleganckim stole, znalazłam przy kuchennych drzwiach składane plastikowe krzesło, do którego ktoś przykleił taśmę malarską z napisem „Alicja”. Na weselu mojej młodszej siostry Sylwii, w pałacu wynajętym za milion złotych, ja – starsza księgowa śledcza – zostałam zesłana do kąta dla obsługi. Kiedy drzwi uderzyły mnie w plecy, a matka kazała mi się uśmiechać, żebym nie psuła estetyki filmu ślubnego, wiedziałam już wszystko. Wiedziałam, że to wesele zostało sfinansowane z karty kredytowej zarejestrowanej na mój numer PESEL.

Sylwia, korzystając z mojej tożsamości, wyłudziła milion złotych, by uchodzić za bogatą dziedziczkę przed rodziną pana młodego, wpływowym klanem Dubois. Przez dwa miesiące zbierałam dowody, czekając na ten wieczór, by zobaczyć, czy moja rodzina okaże mi choć odrobinę człowieczeństwa. Zamiast tego ojciec wcisnął mi 600 złotych i kazał zapłacić za własny talerz. Nie płakałam.
Wyszłam z sali, usiadłam w swoim Porsche i wykonałam kilka telefonów. Najpierw do banku, żeby zamrozić kartę. Potem do dyrektora pałacu, żeby poinformować go, że impreza jest nieopłacona. Na koniec złożyłam oficjalne zawiadomienie o przestępstwie.
Wróciłam na parking i obserwowałam, jak światła w pałacu gasną, a kelnerzy znikają. Sylwia wybiegła za mną, błagając, bym odblokowała kartę. Rodzice tłukli w szyby mojego samochodu, krzycząc, że jestem potworem. Wtedy za nimi pojawił się Isaj z matką.
Usłyszeli całą prawdę i odjechali, zostawiając Sylwię klęczącą w błocie. Później przyjechała policja. Trzy miesiące później moi rodzice stracili dom i oszczędności, spłacając długi Sylwii. Ona pracuje za minimalną pensję.
Ja dostałam awans i spokój. Pewnego dnia do mojego biura weszła pani Dubois z synem. Chcieli zatrudnić najlepszego śledczego finansowego w Warszawie do przejęcia wartego 350 milionów złotych. Podali mi rękę i powiedzieli, że potrzebują kogoś, kto bez wahania zniszczy własną rodzinę w imię prawdy.
Przyjęłam ich zlecenie i uścisnęłam im dłonie. W końcu to ja wygrałam wszystko.


