Henryk wlał gorącą kawę do białego porcelanowego kubka, który zawsze stał na stole w kuchni. Jego dłonie drżały, ale twarz pozostała spokojna, gdy podniósł kubek do ust Anny. – Wypij to, zanim pojedziesz do biura – powiedział cicho, ale jego głos był twardy jak kamień. Anna, jego żona, uśmiechnęła się do niego zza filiżanki.

Była pogodna, pełna cichej siły, zawsze wierna, zawsze czekająca. Henryk patrzył, jak przełyka pierwszy łyk. Potem odwrócił się i wyszedł, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Samochód czekał na podjeździe.
Henryk wsiadł, wyciągnął z kieszeni strzykawkę i ostrożnie nabrał do niej truciznę, którą kupił godzinę temu za kartą kredytową w podejrzanej klinice na obrzeżach miasta. – Prosto do biura? – zapytał kierowca, spoglądając w lusterko. – Nie – odpowiedział Henryk.
– Do domu. Do tej, która zawsze na mnie czeka. Potem cofnął wzrok i szepnął do wiatru: – To był klucz do zagadki. Ale samochód skręcił w lewo, w stronę starego Mokotowa, gdzie mieszkała Anna.
Tam, gdzie czekała na niego od dwudziestu lat. Potem jednak, nagle, pojazd wjechał na estakadę i pomknął w przeciwnym kierunku – do apartamentu Sandry, kochanki, która była dla niego wszystkim, a której nigdy nie kochał tak, jak powinien. Henryk uśmiechnął się pod nosem. Sandra zawsze była głodna, zawsze chętna, zawsze gotowa zjeść wszystko, co jej przyniesie.
A trucizna była już w kieszeni jego płaszcza. Zadzwonił do niej. – Kochanie, mam pilną sprawę. Wracam do domu, ale najpierw coś ci przywiozę.
Sandra odpowiedziała radośnie, że czeka. Henryk wyobraził sobie jej twarz, jej usta, jej naiwność. Czuł, jakby jego stopy przybito do podłogi, ale jechał dalej. Kiedy stanął przed apartamentem Sandry, ochroniarz już go rozpoznał.
– Pan Henryk, dzień dobry – mruknął strażnik. Henryk skinął głową i wszedł do chłodnego lobby. Windą wjechał na piętnaste piętro. Zadzwonił do drzwi dwa razy.
Sandra otworzyła, promieniejąc. – Dla ciebie, skarbie – powiedział, wręczając jej paczkę. – To coś wyjątkowego. Bez wahania Sandra otworzyła pudełko i wzięła pałeczki.
Uśmiechnęła się do siebie, zanurzyła kawałek jedzenia w sosie i włożyła go do ust. Henryk patrzył, jak przełyka. Potem szybko wyszedł, zanim zaczęła pytać. Na dole wrócił do samochodu z ulgą.
Ale wtedy jego telefon zadzwonił. To była Sandra. Głos miała dziwny, jakby z trudem mówiła. – Co…
co mi dałeś? Czuję… czuję, że umieram… Henryk zacisnął dłoń na telefonie.
– Najedz się dobrze, kochanie. To twój ostatni posiłek – powiedział cicho i rozłączył się. Przez chwilę czuł satysfakcję. Potem jednak coś go ścisnęło w sercu.
Spośród wszystkich kobiet, które znał, tylko jedna zawsze na niego czekała. Anna. Ta, którą właśnie otruł. Zadzwonił do szpitala, ale był za późno.
Anna już nie żyła. Trucizna, którą wlał do jej kawy, działała szybko. Rozprzestrzeniła się przez jej krwiobieg, zanim zdążyła cokolwiek zauważyć. Później policja znalazła ją zimną, z kubkiem wciąż stojącym na stole.
Henryk stał przed domem, patrząc na okna, w których nie paliło się już światło. Wewnątrz czuł pustkę, której nie potrafił nazwać. Adam, jego przyjaciel, patrzył na niego uważnie. – Co zrobiłeś, Henryku?
– zapytał cicho, ale Henryk nie odpowiedział. Odwrócił się do policjantów, którzy właśnie podjeżdżali. – Będę zeznawać jako świadek – powiedział. – Mój mąż nie wrócił dziś do domu i nie przysłał mi żadnego jedzenia.
– Ale pani Anna nie żyje – zauważył jeden z policjantów zdziwiony. Henryk uśmiechnął się blado. – Moja żona zawsze na mnie czeka. A ja zawsze wracałem do domu.
Wiatr zawył za oknem, a Henryk wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. Wiedział, że już nigdy nie ucieknie od tego, co zrobił. Ale przynajmniej Sandra nie żyła, a on miał alibi.
W oddali, gdzieś na Mokotowie, czekał pusty dom, a w kuchni na stole stał biały porcelanowy kubek po kawie.


