Kiedy wchodził do sali konferencyjnej w Wiśtech, wszyscy instynktownie prostowali plecy. Kiedy rano wchodził do ich wspólnej kuchni, Maja czuła, jak powietrze gęstnieje. Podbiegła do niego, żeby powiedzieć, że pomylił salę i jego prezentacja zaczyna się piętro wyżej. Potem przyszły projekty: ekspansja na rynek europejski, spotkania do północy, podróże do Berlina, Amsterdamu, Paryża, telefony odbierane szeptem w korytarzu, wiadomości, które gasił ekran, zanim zdążyła cokolwiek zobaczyć.

Zapach, który nie należał do niej, wsiąknięty w poduszkę po jego stronie łóżka. Potem poszła do łazienki, usiadła na zimnych kafelkach i nie płakała. Wiedziała, że to koniec, zanim powiedział cokolwiek. A potem przyszedł ten dzień, kiedy odpowiedział, nie patrząc na nią, zaglądając do lodówki.
Ale brzuch, którego jeszcze nie było widać, ten należał do nich obojga. Położyła dłoń na brzuchu, płaskim, jeszcze zupełnie niewidocznym, i powiedziała cicho do siebie lub do kogoś mniejszego: „Damy radę, oboje. ” Wysłała CV do kilku agencji kreatywnych w Krakowie i już po czterech dniach odezwała się Pracownia Południe. Zofia przyjechała do Krakowa w drugi weekend grudnia z bagażnikiem pełnym rzeczy, które Maja zostawiła w warszawskim mieszkaniu.
„On dzwonił do mnie. ” Schowała telefon do kieszeni, nie oddzwaniając, i oparła łokcie o balustradę mostu. Patrzyła na wodę ciemną i spokojną i mówiła w myślach do dziecka, które rosło w ciszy jej brzucha. Małe przyjemności stały się jej nowym rytuałem, kiedy rozległo się pukanie do drzwi.
Aleksander wszedł do jej małego mieszkania i rozejrzał się powoli, bez komentarza. Odwróciła się do kuchenki, żeby mieć coś do robienia z dłońmi. „Maja, mam prawo do rozmowy, prawo do powiedzenia ci, że…” urwał, przełknął ślinę, „że straciłem coś, czego nie powinienem był tracić. ” Żal, złość, coś bolesnego i czułego, z czym nie chciała mieć do czynienia.
„Ty wyjechałeś ze spotkań do późna. ” Styczeń przyszedł do Krakowa z pierwszym prawdziwym śniegiem sezonu. Pewnego wtorku rano znalazła przed drzwiami papierową torbę z napisem „Cukiernia do Dzieła”. Pewnego piątkowego popołudnia, kiedy biuro pustoszało i zostawały tylko one dwie przy kawie i stosem dokumentów, Hanna zdjęła okulary i powiedziała bez wstępów, jak miała w zwyczaju.
Za oknem śnieg padał spokojnie, lepiąc się do szyby w dużych płatkach. „Do dziś nie wiem, czy to była moja największa mądrość, czy największy błąd, ale wiem jedno. ” Nie jako wstęp do czegoś, jako koniec czegoś. „A ja nie jestem projektem do przejęcia.
” „A kiedy ty myślisz, to w końcu dochodzisz do dobrej odpowiedzi. ” Wstała, podeszła do okna. Odłożyła telefon, wróciła do łóżka, zamknęła oczy.


