Wieczór, w którym Sylwia powiedziała mi, żebym poszedł spać do magazynu, nie zaczął się od krzyku. Siedzieliśmy przy stole, a ona mówiła o rachunkach, o tym, że Adrian ma lepsze pomysły na to, co powinno się stać z ojcowskim majątkiem. Potem podeszła do drzwi wejściowych, otworzyła je i wskazała na ciemność za progiem. Adrian wtedy powiedział: „No widzisz, Rafał, beton i stal, coś dla ciebie”.

Odprowadził ich do drzwi, śmiejąc się głośno, a ja zostałem sam w pustym domu. Nie włączyłem radia, nie zadzwoniłem do nikogo. Skręciłem w boczną ulicę prowadzącą do mojego magazynu. Teraz był jedynym miejscem, do którego mogłem pojechać.
Stałem chwilę w miejscu, pozwalając oczom przyzwyczaić się do półmroku. Podszedłem do ściany, gdzie znajdowała się skrzynka elektryczna. Ojciec zawsze powtarzał, że żeby zrozumieć budynek, trzeba najpierw zrozumieć jego dokumenty. Czytał wszystko, czasem do przesady.
System ładował się dłużej niż bym chciał. Wstałem i podszedłem znowu do skrzynki elektrycznej, jakby to mogło przyspieszyć uruchomienie czegokolwiek. Wykręciłem numer do operatora energetycznego. Powiedziałem bardziej do siebie niż do niego, że budynek jest mój i że potrzebuję pełnej dokumentacji, tej sprzed lat.
Wróciłem do plandeki i usiadłem. To była brama do czegoś, czego Adrian nawet nie sprawdził. Około południa usłyszałem dźwięk silnika, który nie pasował do tej ulicy. Adrian wysiadł w okularach przeciwsłonecznych, jakby przyjechał na spotkanie przy marinie, a nie do magazynu pachnącego rdzą.
Rozejrzał się z niesmakiem, poprawił mankiet koszuli i wszedł do środka bez pukania. „No nie wierzę”. Złożyłem rachunek i wsunąłem do kieszeni kurtki. Zapytałem, czy czytał załączniki do aktu notarialnego.
Do spadku, do umowy sprzed lat. 380 000 zł. Trzy tygodnie do finalizacji. 380 000.
Powiedziałem, że albo sprzeda mi swoje udziały, albo poproszę o odcięcie zasilania i oficjalnie zgłoszę budynek do wyłączenia z użytkowania. Adrian był przekonany, że sprzedaje działkę z ruderą za 380 000 zł. Nie wiedział, że za betonem i stalą kryje się coś, co ojciec zostawił tylko dla jednego z nas. Do kancelarii mecenas Danuty wszedłem chwilę przed południem.
„Czyli jednak pan zajrzał do księgi wieczystej”. Wstała, podeszła do szafy z dokumentami i po chwili położyła przede mną grubą teczkę. Dostęp techniczny do infrastruktury podziemnej. Opłaty były regularnie uiszczane do momentu, kiedy ojciec scalił część kont i przeniósł wpływy do depozytu spadkowego.
Po jego śmierci środki zostały wstrzymane do czasu ostatecznego potwierdzenia beneficjenta. „Ostatnie 5 lat, to 740 000 zł”. Powtórzyłem tę liczbę, bo nie chciało mi się wierzyć. „Szacunkowo około miliona 400 000 zł”.
Adrian chciał sprzedać działkę za 380 000. Mecenas powiedziała, że wtedy byłbym jedynym uprawnionym do decydowania o dalszym losie umowy, w tym o wykupie. „Pański brat przyzwyczaił się do tempa. Pan do czytania”.
Ludzie spieszyli się do swoich spraw. Wróciłem do magazynu późnym popołudniem. W świetle z góry zobaczyłem wąską stalową drabinę prowadzącą w dół do betonowej komory. Weszli tam ze mną.
„Rozumiem, że ma pan pełne prawo do infrastruktury podziemnej”. Zeszliśmy razem do komory. Powiedziałem, że zgodnie z umową środki za ostatnie 5 lat pozostawały w depozycie do czasu potwierdzenia beneficjenta, a kwota do wypłaty to 740 000 zł. „Aktualna wycena infrastruktury w tym miejscu pozwala nam zaproponować około miliona 400 000 zł za pełne przejęcie praw podziemnych”.
Nie miałem ochoty dzwonić do nikogo. „No proszę”. „Przejdźmy do formalności”. Adrian odwrócił się do mnie gwałtownie.
Milion 400 000 zł za prawa podziemne. Za każdym razem tworzył sytuację, w której ktoś inny sam dochodził do wniosku, że powinien pomóc. „No właśnie”. Magazyn przy porcie nadal należał do mnie.
Pewnego wieczoru podjechałem do magazynu. Sylwia pożegnała się krótko i wróciła do samochodu. Nie zadzwoniła później.
Ale ja już wiedziałem, że to nie był koniec rozmowy.


