„Dzień dobry, panie Stefanie. Nie spodziewałem się pana tak wcześnie. ”
Odwróciłem się do Wacława, dopiłem kawę i odstawiłem kubek do zlewu. Tego ranka miałem ważniejsze sprawy na głowie niż tłumaczenie, czemu przyszedłem bez zapowiedzi.

Dorota może mieć do ciebie pretensje, że tak znikasz – rzucił jeszcze, kiedy wychodziłem. Miałem wrócić do domu. Ale zamiast skręcić w stronę przystanku, poszedłem w przeciwną stronę. Ta sama alejka, te same tabliczki z numerami, tylko ludzie inni.
Dotarłem pod stary dom rodziców, który stał pusty od miesięcy. Trawa sięgała prawie do kolan, klucz nadal leżał pod wycieraczką. Wszedłem do środka. No dobrze, przynajmniej tutaj problem był mi znany – pomyślałem, patrząc na zakurzone pokoje.
Do środka wpadło chłodne powietrze, poruszyło starą firanką i wzbiło kurz znad stołu. Wziąłem worek na śmieci i zacząłem wyrzucać to, co zostało. No Stefan, już nie 25 – mruknąłem do siebie, podnosząc przewróconą ławkę obok altanki. Do domu wróciłem po południu.
Wszedłem do przedpokoju i zdjąłem kurtkę. Po kilkunastu sekundach do środka wpadła Dorota, zanim jeszcze zamknąłem drzwi do swojego pokoju. Tato, Artur do mnie dzwonił. Mówił, że znowu byłeś w tym starym domu.
Spojrzała na mnie, jakbym właśnie przyznał się do czegoś niewybaczalnego. Tato, może naprawdę za mocno to wziąłeś do siebie. I wtedy dotarło do mnie coś bardzo prostego. Nikt z nich nie zapytał, dlaczego doszedłem do tego miejsca.
Cała rozmowa sprowadzała się do jednego: że znowu coś ze mną nie tak. Wieczorem przyszedł Artur. Zanim usłyszałem jego samochód, zdążył kilka razy przejść z salonu do kuchni i z powrotem. Miał może dwadzieścia lat, kiedy pierwszy raz pojechał ze mną na robotę.
Kiedy zadzwonił do furtki, od razu ruszył do drzwi. Tam, przy drzwiach do kuchni, zauważyłem coś, co przykuło mój wzrok. Na sekundę naprawdę pomyślał chyba, że idę do niego. Właśnie przez takich ludzi całe życie jeździłem potem do spalonych puszek.
Zignorowałem go, wyszedłem z Sebastianem do garażu, a potem do warsztatu. Wziąłem do ręki swoje narzędzia. Przez chwilę myślałem, że wreszcie dotarło do niego, że tym razem naprawdę coś stracił. Ale gdy wróciłem, Dorota już wyszła do dzieci.
No dobra, ale tata tu tyle zrobił – usłyszałem ich rozmowę. Remonty, ściany, kuchnia, garaż, wszystko. No właśnie, ale faktura za materiały była opłacona z mojego konta. Poszedłem do swojego pokoju.
Dorota przyszła wtedy do mnie. Pożyczyłem wam 60 000 zł – powiedziałem spokojnie. 60 000. Miałem profesjonalne mierniki do instalacji fotowoltaicznych, zaciskarki, wiertarki, część sprzętu montażowego i starego służbowego busa.
Ja nie naciskałem. Poszedłem do siebie. Najpierw kroki, potem drzwi do garażu. Wstałem i podszedłem do drzwi.
Przerzucimy to do ciebie na kilka dni – powiedział Artur, wyjmując klucze do garażu z kieszeni. Ale zamiast otworzyć drzwi, schował je z powrotem. Psiadł do swojego samochodu i odjechał. Schowałem ręce do kieszeni kurtki.
Kiedy rano wszedłem do kuchni, Dorota już tam siedziała. Nie chciałem wracać do tamtego domu, ale wiedziałem, że muszę. Teraz zaczynała przypominać miejsce, do którego ktoś wraca. I pierwszy raz od dawna nie miałem ochoty od razu wracać do domu.
Ja też nie. Nie miałem już nic do dodania. Na razie pojedziemy do znajomej – powiedziała cicho. Całych 98 000 szybko nie zobaczysz.
Oczywiście 60 000 nie znajduje się w kieszeni starej kurtki, ale już nie o nie chodziło. Wróciłem do swojego fotela, przestawiłem stół. To miejsce stało się czymś, do czego wróciłem z własnej woli.
Upiłem łyk kawy i nagle dotarło do mnie coś bardzo prostego.


