„Mamo, to mój pensjonat” – powiedziałem, a Sylwia zamrugała, jakbym właśnie przemówił po chińsku. Przyjechali z planem kupienia tego miejsca za bezcen od „właściciela, który ucieka od interesu”….

„Mamo, to mój pensjonat” – powiedziałem, a Sylwia zamrugała, jakbym właśnie przemówił po chińsku. Przyjechali z planem kupienia tego miejsca za bezcen od „właściciela, który ucieka od interesu”....

„Nie smażoną rybą i kremem do opalania, tylko mokrym drewnem, zimną wodą i sosnami po deszczu” – to miał być zapach naszego pensjonatu nad morzem. Tak zaplanowała to moja żona Halina, jeszcze zanim zachorowała. Dziś w recepcji unosiła się świeżo mielona kawa, a Mirek w kuchni kroił pieczarki do jajecznicy. Pomyślałem, że jednak udało nam się utrzymać to miejsce przy życiu.

Thumbnail

Goście zaczęli zjeżdżać przed południem. Pierwsi pojawili się Tomek z Sylwią i jej rodzicami. Pomogłem im wnieść walizki do pokoi na pierwszym piętrze. Sylwia przez całą drogę pytała tylko o wifi i o to, czy w pokoju jest ekspres do kawy.

Kiedy postawiłem bagaże przy łóżku, wyjęła z torebki banknot dwudziestozłotowy i podała mi go od niechcenia, jakby nauczyła się tego gestu z filmu o bogatych ludziach. Wziąłem te dwadzieścia złotych. Skinęła tylko głową i odwróciła się do matki. „Napiwek, tato” – rzuciła do ojca, który stał w drzwiach.

Roman, jej ojciec, rozejrzał się po pokoju i powiedział coś o tym, że dobrze, bo człowiek przyjedzie nad morze, a wszędzie mu wciskają ryby po cenach z kosmosu. Zeszedłem do restauracji, żeby pomóc Mirowi. Kiedy wracałem z tacą do baru, usłyszałem głos Romana przy stoliku pod oknem. Mówił coś o tym, że pensjonat trzeba będzie sprzedać, bo utrzymanie takiego miejsca to studnia bez dna.

„No chyba tak” – odpowiedziała Sylwia, nie podnosząc wzroku znad telefonu. Podszedłem do kominka i poprawiłem drewno. Dla nich to była nieruchomość, kolejna rzecz do sprzedania. Dla mnie – całe życie.

Pamiętałem, jak jeździliśmy starym Żukiem po używane płytki do Koszalina, bo nowe były za drogie. Halina wybierała każdy wzór, każde nakrętki do kranów, każdy kolor ścian. To byłby nawet prostszy cios, gdyby powiedziała wprost, że chce się pozbyć tego miejsca. Ale ona tylko rozmawiała przy śniadaniu z rodzicami o cenach działek.

Potem wróciłem do gabinetu. Renata, nasza księgowa, wsunęła głowę przez drzwi i położyła mi na biurku segregator. „Dokumenty są gotowe do podpisania” – powiedziała cicho. Pokiwałem głową, ale nie otworzyłem teczki.

Wiedziałem, co jest w środku. Przed pierwszą przed pensjonatem zatrzymało się ciemne Volvo. Wysiadł z niego mecenas Wróbel w garniturze, który wyglądał, jakby kosztował więcej niż nasz miesięczny obrót. Renata przyjechała kiedyś tylko na wakacje do pracy i została na szesnaście lat.

Teraz patrzyła na mnie z korytarza, a ja czułem, że zaraz coś pęknie. Wieczorem Tomek z Sylwią i jej rodzicami zeszli na kolację. Sylwia zamówiła filet z dorsza i sałatkę z rukolą, chociaż mówiła, że nad morzem nie znosi ryb. Tomek siedział obok niej, a telefon co chwilę brał do ręki, odkładał, znowu brał.

Przy deserze wstałem i podszedłem do ich stolika. „Tomek, Sylwia, chciałbym was prosić po kolacji na chwilę do małej sali konferencyjnej” – powiedziałem spokojnie. Sylwia uniosła brwi. „A o czym?

” – zapytała, nie odkładając widelca. „O pensjonacie” – odpowiedziałem. Roman spojrzał na żonę, a ta na córkę. W sali konferencyjnej czekała już Renata z notesem i mecenas Wróbel z teczką.

Kiedy wszyscy usiedli, adwokat poprawił okulary i powiedział spokojnym głosem: „Pani Sylwio, właściciel już tu jest”. Sylwia zamrugała. „Przepraszam? Jaki właściciel?

” – zapytała, patrząc na matkę. Mecenas otworzył teczkę i położył na stole dokumenty. „Tego pensjonatu” – powiedział. „Pan Bogdan jest właścicielem od piętnastu lat.

Myślałem, że pani wie”. Zapadła cisza. Sylwia spojrzała na Tomka, potem na rodziców. Roman nagle zainteresował się wzorem na obrusie, a jego żona zaczęła nerwowo składać serwetkę.

„Mamo? ” – Sylwia odwróciła się do niej. „Co to ma znaczyć? ”

Wtedy Renata odłożyła notes i powiedziała: „Może powinnyśmy zacząć od tego, kto pani powiedział, że pensjonat należy do waszej rodziny”.

Sylwia pobladła. Tomek wziął ją za rękę, ale ona go strząsnęła. „To mój ojciec miał to przejąć” – powiedziała cicho. „To był plan.

Mieliśmy to kupić po okazyjnej cenie, bo myśleliśmy, że właściciel musi sprzedać”. Spojrzałem na Romana. On wciąż patrzył w obrus. „To pan puścił tę plotkę?

” – zapytałem. Roman wzruszył ramionami. „No każdy czasem powie coś głupiego” – mruknął. Sylwia odwróciła się do niego gwałtownie.

„Tato? Ty mi powiedziałeś, że ten pensjonat jest w trudnej sytuacji i że możemy go kupić za bezcen. Mówiłeś, że właściciel chce uciec od tego interesu”. Mecenas Wróbel spokojnie zamknął dokumenty.

„Pensjonat nie jest na sprzedaż” – powiedział. „I nigdy nie był”. Sylwia wstała od stołu. „To dlaczego w ogóle tu przyjechaliśmy?

” – zapytała, a w jej głosie było coś, czego nie słyszałem wcześniej – zawód. Tomek wstał i próbował ją objąć, ale ona cofnęła się o krok. „Nie” – powiedziała. „Nie.

Ja miałam mu powiedzieć, że musimy się wyprowadzić, że to wszystko dla nas. A ty… ty wiedziałeś? ”

Tomek milczał. A ja zrozumiałem, że ten wieczór nie skończy się ani zgodą, ani podpisaniem czegokolwiek.

To był dopiero początek.