Helena wyszła od Marka z wyrokiem w ręku. Przy windzie za rękaw złapał ją niemy chłopiec i odwrócił w jej stronę stary telefon. A kiedy zobaczyła, co jest na ekranie, osunęła się na ścianę. Gabinet doktora Marka znajdował się w dalekim skrzydle trzeciego piętra, gdzie pacjenci docierali rzadko.

Znak na zakręcie wisiał krzywo i Helena od trzech lat zamierzała powiedzieć o tym kierownikowi administracyjnemu. Zauważyła to również teraz, przechodząc obok, i z przyzwyczajenia zanotowała w myślach, żeby o tym wspomnieć, jakby miało nadejść jakieś później, w którym mogłaby to zrobić. Marek siedział tyłem do drzwi i patrzył na negatoskop. Zdjęcia rozwiesił wszystkie naraz w dwóch rzędach, a od tej białej, podświetlonej ściany w gabinecie było chłodno i jasno, jak na sali operacyjnej przed rozpoczęciem zabiegu.
— Siadaj, Hela — powiedział, nie odwracając się. Już usiadła, zdjęła z ramienia torebkę, postawiła ją na podłodze, potem podniosła i przełożyła na sąsiednie krzesło. Krzesło pochodziło ze starej partii z wytartym skajem na siedzeniu. Wymieniali je dwa lata temu wszędzie, oprócz tego skrzydła, ponieważ Marek się uparł i stwierdził, że na nowych wysiada mu kręgosłup.
— A ty jak się masz? — zapytała. — Widziałam, że Paczkowski przebudował ci grafik. Trzy konsultacje z rzędu bez okienka to nie jest dobry pomysł.
— Grafik przeżyje. Marek w końcu się odwrócił. Był z tych mężczyzn, którzy dobijając do pięćdziesiątki, obrastają brzuchem i dobrodusznością. Zazwyczaj na jego twarzy malował się równy, nieco kpiący wyraz człowieka, który widział już wszystko.
Teraz tego wyrazu nie było. — Hela, będziesz mnie teraz słuchać jak człowiek czy jak właścicielka? — Jak człowiek. — To wstań i podejdź.
Podeszła. Marek wziął ołówek i nie dotykając kliszy, obrysował w powietrzu ciemną plamę o poszarpanym brzegu. Potem drugą, mniejszą, bliżej środka. — O to i to.
I spójrz tutaj, jak to już poszło dalej. Hela, nie będę ci opowiadał o opcjach. Sama siedzisz w tym od dwudziestu lat. Tu nie ma czego operować.
Jeśli tam wejdę, wyjdziesz z narkozy jako inny człowiek, o ile w ogóle wyjdziesz. Helena patrzyła na zdjęcia. Wewnątrz głowy, tej samej, którą teraz myślała, znajdowała się ciemna plama o poszarpanym brzegu. — Ile?
— zapytała. — Nie wiem, Hela. — Położył ołówek na stole równo wzdłuż krawędzi blatu. — Miesiące, nie lata.
Przy takim tempie wzrostu licz w miesiącach. Chemia da ci odroczenie, ale zabierze jakość życia. Sama zdecydujesz, czy tego chcesz, czy nie. Skinęła głową.
Mankiet na lewym rękawie rozpiął się, gdy zdejmowała płaszcz w recepcji i teraz zwisał luźno. Helena zapięła go, a potem przestawiła na biurku Marka przybornik na długopisy. Stał pod kątem, w połowie na papierach, i to jej przeszkadzało. Marek śledził wzrokiem jej dłonie.
— Kiedy zaczęło się drętwienie? — zapytał. — Pół roku temu. Najpierw palce nad ranem.
Myślałam, że je odleżałam, potem ręka aż do łokcia. Następnie litery zaczęły mi się rozmywać. Na zebraniu zarządu nie potrafiłam przeczytać cyfr w raporcie. Dwie linijki zlały się w jedną.
Wieczorem plącze mi się język. Dawid wszystko to zapisywał w notesie. Zaprowadził mnie do neurologa. Wpisali mi w grafik kroplówki, jakieś witaminy naczyniowe.
Pomagały, nie wiem, nie pogarszało się gwałtownie, pełzło powoli. Marek usiadł, potarł twarz dłońmi. — Zdjęcia przynieśli mi z waszego zakładu radiologii od doktora Arkadiusza. Prawdę mówiąc, spodziewałem się czegoś prostszego.
Migreny, problemów z szyją, ciśnienia. Tacy pacjenci jak ty zazwyczaj przychodzą z bzdurami i żądają, żeby znaleźć u nich katastrofę. A tu na odwrót. Wróciła na swoje krzesło i usiadła.
Za oknem na dziedzińcu rozładowywano furgonetkę z pościelą. Salowa przytrzymywała drzwi nogą. Kierowca stawiał worki prosto na mokrym asfalcie. — Słuchaj — powiedziała Helena.
— Muszę mieć większą jasność co do terminów. Mam cztery placówki. Piąta jest w trakcie uzyskiwania pozwoleń. Do tego kredyt na sprzęt.
Mam pod sobą dwieście czterdzieści osób z rodzinami. Jeśli zostały mi miesiące, muszę zdążyć to wszystko tak zorganizować, żeby nikt nie wylądował na bruku. Marek patrzył na nią długo. — Pytasz teraz o ludzi.
A powinnaś zapytać o siebie. — O siebie zapytam później. — Nie będzie żadnego później, Hela. Na tym polega cały sęk.
Usłyszała to bardzo wyraźnie i bardzo spokojnie. Tą samą częścią umysłu, którą na spotkaniach zarządu słuchała cyfr dotyczących obłożenia gabinetów, zapytała, jaki protokół leczenia proponuje, i poprosiła, żeby rozpisał wszystko na papierze, a nie w karcie elektronicznej. Marek zapisał. Miał duże, czytelne pismo wbrew lekarskim stereotypom.
— Zasięgnij drugiej opinii — powiedział, oddając jej kartkę. — Nie dlatego, że mam wątpliwości, ale dlatego, że sama byś się potem zamęczyła myślami: a co jeśli? Jedź do Instytutu Onkologii w Warszawie, do obcych. U nas tu wszyscy swoi, a swoi czasem kłamią z litości.
— Ty przecież nie kłamiesz. — Ja nie kłamię, ale znam cię od trzydziestu lat i drżała mi ręka, kiedy wieszałem te zdjęcia, a jestem lekarzem. Współczucie wycięli mi razem z migdałkami jeszcze na drugim roku studiów medycznych. Złożyła kartkę na czworo i schowała do wewnętrznej kieszeni żakietu.
Wzięła torebkę i zatrzymała się przy drzwiach. — Marku, nikomu. Obiecujesz. Zwłaszcza Paczkowskiemu i w ogóle nikomu z administracji.
— Hela — powiedział, a w jego głosie pojawiło się coś, czego nie chciała słyszeć. — Mężowi chyba powiesz. — Powiem — odpowiedziała i wyszła. Na korytarzu wszystko było jej znajome aż po ostatnią listwę przypodłogową.
Płytki, które sama wybierała, nie białe, lecz ciepłe, w kolorze piasku, bo od białych w szpitalach ludzie nabierają trupich twarzy. Dystrybutory z wodą na każdym zakręcie, bo w kolejkach ludzie zasychają w gardle. Kanapy wzdłuż ścian, nietwarde ławki, lecz normalne kanapy z podłokietnikami, żeby starszy człowiek miał za co złapać wstając. Walczyła o te kanapy z dostawcą jak lwica.
Kłóciła się z Dawidem, który uważał, że to wyrzucanie pieniędzy w strefie, która nie przynosi zysków. — Dzień dobry pani Heleno. Dzień dobry pani Heleno. Recepcjonistka w niebieskim uniformie, pielęgniarka ze stojakiem, dwóch informatyków ze zwojem kabli.
Odpowiadała, kiwała głową. Przychodziło jej to automatycznie. Doszła do okna w windzie, stanęła bokiem, żeby nikt nie widział jej twarzy, i wyciągnęła telefon. Dawid odebrał po drugim sygnale.
— Heluś — powiedział. Milczała o sekundę dłużej, niż zamierzała. — Wyszłam od Marka. Tak.
I Dawid. Jest bardzo źle. Nieoperacyjne. W słuchawce zapadła cisza trwająca dokładnie tyle, ile potrzeba, by człowiek udał, że zaparło mu dech.
— Jadę — powiedział. — Właściwie już jadę. Jestem w samochodzie. Heluś, słyszysz mnie?
Tylko sama teraz o niczym nie decyduj. Żadnych papierów, żadnych rozmów, niczego. Wszystko wezmę na siebie. Wszystko do najdrobniejszego szczegółu.
Słyszysz? Ty się tylko trzymaj i czekaj na mnie. Będę za dwadzieścia minut. Dobrze, na razie nikomu nie mów.
Ludzie zaczną panikować, rozejdą się plotki, wisi nad nami kontrakt na sprzęt. Najpierw wszystko razem przemyślimy, a potem zdecydujemy, komu i co powiedzieć. — Dobrze, Dawid. Nacisnęła czerwoną słuchawkę i postała przy oknie.
Za szybą na parkingu zawracał czyjś szary samochód. Kierowca trzy razy nie mógł się zmieścić i ostatecznie zaparkował krzywo, zajmując dwa miejsca. Nie zapytał, co to za zdjęcia. Nie zapytał, gdzie szukać drugiej opinii.
Nie powiedział: pojedziemy do Warszawy, załatwię to, mam tam kolegę ze studiów. Nie zapytał nawet, co dokładnie powiedział Marek. Od razu przeszedł do tego, komu nie mówić. Byli ze sobą dwadzieścia sześć lat.
Człowiek, który w pierwszym roku ich małżeństwa biegał w nocy przez pół miasta za lekami na gorączkę, bo miała prawie czterdzieści stopni, a apteki w okolicy były zamknięte. Opanowała się. Ludzie w takich chwilach wygadują głupstwa. Każdy na swój sposób, i ocenianie ich w takim momencie jest najgorszą rzeczą.
Dawid zawsze miał tę manierę, by zasłaniać ją sobą przed wszystkim, co mogło uderzyć, przed urzędem skarbowym, przed dostawcami, przed własną siostrą, gdy ta przyjeżdżała pożyczyć pieniądze. Sama się do tego przyzwyczaiła i sama to podsycała. Na zakręcie do skrzydła administracyjnego wyszedł jej na spotkanie Paczkowski. Kamil szedł teczką pod pachą, w samej koszuli bez marynarki, i na jej widok zrobił coś, czego nie robił nigdy.
Spojrzał w bok. — Pani Heleno — powiedział gdzieś na wysokość jej ramienia. — Zaniosłem pani dokumenty do podpisu w sprawie trzeciej placówki. Leżą u sekretarki.
— Dobrze, że pan zaniósł. Czy to pilne? — Nie pali się, ale lepiej dzisiaj. — Panie Kamilu, czy spojrzy pan na mnie?
Podniósł wzrok i uśmiechnął się, ale uśmiech pojawił się o sekundę za późno. — Zmęczony jestem, pani Heleno. Remont w domu. Żona narzeka.
— Zdarza się. Poszedł dalej, a ona usłyszała, jak po trzech krokach przyspieszył. Przy gabinecie zabiegowym przechwyciła ją siostra Bożena, mała, okrągła, z nieodłącznym długopisem w kieszeni fartucha, przypiętym na gumce do guzika, żeby się nie zgubił. — Pani Heleno, złota kobieto, szukam pani od rana.
Jutro ma pani profilaktyczną kroplówkę. Przyjdzie pani, bo ostatnio pani przełożyła, a pan Dawid potem robił mi wyrzuty, że nie dopilnowałam, a ja mu mówię: jak mam panią, za przeproszeniem, siłą za rękę przyprowadzić. — Przyjdę — powiedziała Helena. — O której, jak zwykle na otwarcie, żeby miała pani potem cały dzień wolny.
— Wszystko przygotuję. Fiolki pan Dawid sam przywozi. Sama pani wie. Ze swojego zaufanego źródła mówi, że to zupełnie inna jakość.
— Wiem. — No to chwała Bogu. — Pielęgniarka zniżyła głos. — Jakaś pani dziś blada.
Może to ciśnienie? Niech pani pozwoli, zmierzę w dwie minuty. — Nie trzeba, pani Bożeno. Dziękuję.
Hol przy windach był przestronny, z wysokim oknem na całą ścianę i z tą samą ławką przy kaloryferze, którą postawiła dla starszych ludzi czekających na opiekunów. Helena nacisnęła przycisk i zaczęła wpatrywać się w cyfry nad drzwiami. Wtedy ktoś pociągnął ją za rękaw. Odwróciła się.
Obok stał chłopiec, może dziewięcioletni, w kurtce, z której dawno wyrósł. Rękawy kończyły się powyżej nadgarstków, odsłaniając cienkie, zaczerwienione z zimna ręce. Włosy mu odrosły i właziły do oczu. Patrzył na nią z dołu do góry, nie mrugając, i trzymał ją za rękaw całą dłonią, mocno, jak trzyma się poręczy w trzęsącym się autobusie.
— Czyj ty jesteś, chłopczyku? Zgubiłeś się? Pokręcił głową. Następnie drugą ręką wyciągnął z kieszeni stary gruby telefon z pękniętym ukośnie ekranem i paskiem niebieskiej taśmy izolacyjnej na brzegu, i odwrócił go w jej stronę.
Przez hol spieszył już pan Stefan, ochroniarz, ciężki, z zadyszką, przytrzymując w biegu krótkofalówkę. — Pani Heleno, bardzo panią przepraszam. Odszedłem tylko na minutę. Zaraz go wyprowadzę.
— Chwileczkę. — On się tu kręci od trzech dni. Ganiałem go, a on znowu na dworze zimno, więc pozwalałem mu postać chwilę przy wejściu obok kaloryfera. Moja wina, więcej się to nie powtórzy.
Ja go zaraz… — Panie Stefanie, proszę zaczekać. Mówię do pana. Ochroniarz zamilkł.
Helena patrzyła na chłopca i zaczynała rozumieć, że gdzieś już widziała tę twarz. Rozstaw brwi, osadzenie oczu, ten sposób patrzenia wprost bez odwracania wzroku. Widziała go na pamiątkowym zdjęciu firmowym w holu administracji, w drugim rzędzie, trzeciego od lewej, tyle że tamta twarz była dorosła, z trzema głębokimi zmarszczkami w poprzek czoła. — Jak masz na imię?
— zapytała. Chłopiec otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Skrzywił się, jakby zjadł coś kwaśnego, i ponownie dźgnął palcem w ekran. — On nie mówi, pani Heleno — powiedział cicho ochroniarz.
— To Tymek, syn Romana Tyszkiewicza. Roman Tyszkiewicz. Pół roku temu stała w sali konferencyjnej z takimi samymi dokumentami w rękach i mówiła mu rzeczy, których nigdy nikomu nie mówiła. Że okradł nie sieć, ale ją osobiście.
Że wyciągnęła go ze szpitala powiatowego, gdzie lutował monitory na kolanie, i dała mu wszystko. Że podpisze pozew i pójdzie z tym do końca. I niech nie liczy, że będzie pamiętać to, co było dobre. Wtedy się nie tłumaczył.
Stał i milczał, i tylko raz powiedział:
— Pani Heleno, a czytała pani w ogóle te dokumenty osobiście? A ona odpowiedziała, że ma od tego ludzi. Przeniosła wzrok na ekran. Był tam skan, protokół posiedzenia komisji przetargowej.
Nagłówek jej sieci. Jej pieczątka w prawym dolnym rogu, niebieska, nieco rozmazana, jak to zawsze bywa, gdy przybija się pieczęć na grubym papierze, i podpis: Roman Tyszkiewicz, dyrektor techniczny. Data była taka, której nie mogła nie pamiętać, bo dokładnie wtedy leżał na oddziale po operacji kolana, a ona sama podpisywała mu wniosek o urlop zdrowotny. I jeszcze żartowali przez telefon o kulach.
Chłopiec przewinął ekran. Drugie zdjęcie. Faktura za tomograf. Model dokładnie ten, który zatwierdziła.
Kwota trzykrotnie wyższa od tej, która widniała w jej notatce służbowej. Kolejne przewinięcie. Zapis rozmowy na komunikatorze, sfotografowany z cudzego ekranu pod kątem, z refleksem światła od lampy. Dwa imiona w nagłówku.
Jedno widziała codziennie rano w kuchni po drugiej stronie stołu. Drugie trzy minuty temu na korytarzu w samej koszuli bez marynarki. Drzwi windy rozsunęły się z miękkim dzwonkiem. — Pani Heleno, jedzie pani?
— zapytał pan Stefan. Usiadła na ławce przy kaloryferze powoli, tak jak siadają ludzie, po omacku szukający krawędzi. — Proszę przytrzymać windę. Nikogo tu nie wpuszczać.
Ani pracowników, ani pacjentów. Pięć minut. — Ale ja nie mam prawa. — Ma pan.
Ja panu pozwalam. Ochroniarz spojrzał na nią, na chłopca, na telefon w dziecięcej dłoni. Coś w sobie przetrawił i stanął w przejściu, odwrócony do nich szerokimi plecami, jakby ktoś postawił szafę. Helena wzięła telefon.
Dłoń chłopca była zimna i miała zadrapanie w poprzek knykci. Nie puścił jej rękawa nawet teraz, tylko chwycił niżej, za mankiet. Przewijała faktury, notatki służbowe, znowu protokoły. Jej własna dekretacja jej ręką na dokumencie, którego w ogóle nie pamiętała, oraz folder z nazwą składającą się z jednego słowa, na które nie była gotowa.
Z parkingu dobiegł krótki podwójny sygnał klaksonu. Tak trąbił tylko jeden człowiek, z przyzwyczajenia wjeżdżając na swoje miejsce przy wejściu administracyjnym. Helena podniosła głowę. Za oknem na całą ścianę było widać, jak czarny suv ostrożnie wpasowuje się między linię, jak otwierają się drzwi.
Wstała, zapięła żakiet i położyła rękę na ramieniu chłopca. — Chodź, Tymek, nie tędy. Tam, przez wyjście służbowe. O nic nie zapytał.
Zresztą nie mógł. Po prostu szedł obok niej, szybko przebierając nogami, żeby dotrzymać jej kroku, i nadal trzymał ją za rękaw. Bar mleczny przy ryneczku znajdował się po drugiej stronie ulicy naprzeciwko straganów z warzywami i pachniało w nim od razu wszystkim: octem, smażoną cebulą i mokrymi skrzynkami. Helena wybrała to miejsce właśnie dlatego, że nikt jej tu nie znał.
Nikt w kolejce nie zamierzał pytać o jej zdrowie i o to, kiedy otworzy się piąta klinika. Wzięła chłopcu podwójną porcję pierogów ruskich, kompot i trzy paszteciki z kapustą. Sobie nic. Potem jednak dokupiła drugą szklankę kompotu, żeby nie siedzieć za stołem o suchym pysku.
Taca była mokra na brzegach. Tymek jadł szybko, pochylony nisko nad talerzem, i tylko raz, przechwyciwszy jej spojrzenie, zwolnił tempo i zaczął jeść starannie, jak przy stole u obcych ludzi. — Jedz normalnie — powiedziała. — Nikt ci nie zabierze.
Spojrzał, skinął głową i znów się pochylił. Serwetki w barze mlecznym były szorstkie, szare, z tych co rwą się od razu, jeśli pisze się z naciskiem. Helena wyciągnęła z torebki długopis i przysunęła do niego stosik. — Umiesz pisać?
Chłopiec odłożył widelec, wytarł ręce o dżinsy, wyciągnął z kieszeni ogryzek ołówka z obgryzioną końcówką. Długopisu nie wziął. Napisał drukowanymi literami, dużo: UMIEM. — Dobrze, to zrobimy tak.
Ja pytam. Ty piszesz. Czy to telefon taty? TAK.
— Sam ci go dał? Ołówek zaczął poruszać się wolniej. Przed ostatnim wyjazdem powiedział: „Schowaj i nikomu nie pokazuj. Daj tylko do rąk własnych pani Helenie”.
Helena przeczytała linijkę dwa razy. Za trzecim razem litery zaczęły jej się rozmywać i spojrzała w bok na okno, za którym facet w ceratowym fartuchu pchał wózek z kapustą. — A dlaczego przyszedłeś dopiero teraz? Minęły cztery miesiące.
Tymek wziął nową serwetkę. BABCIĄ NIE POZWALAŁA. MÓWIŁA, ŻE JEST PANI ZŁA. SAM PRZYJECHAŁEM AUTOBUSEM TRZY RAZY.
OCHRONIARZ MNIE GANIAŁ. Zamyślił się i dopisał niżej, drobniej: TATA PANI ŻAŁOWAŁ. Helena położyła dłoń na stole obok tej serwetki, ale jej nie dotknęła. Telefon leżał między nimi ekranem do góry.
Pęknięty róg patrzył na nią. Włączyła go. Nie było zasięgu. Kartę sim odłączono dawno, zapewne zaraz po pogrzebie, z powodu braku opłat.
Teraz aparat żył jako pudełko z dokumentami, tyle że cienkie i oklejone niebieską taśmą. Otworzyła galerię. Było tam około sześciuset plików, a człowiek, który je zbierał, robił to nie na proces sądowy, ale dla siebie, żeby zrozumieć. Zdjęcia były zrobione słabo, pod kątem, z refleksem światła.
Czasem było widać brzeg czyjejś klawiatury. Faktury od dostawcy były prawdziwe, z prawdziwymi kwotami. Obok te same faktury, ale podrobione. Inny nagłówek, inne cyfry i podpis, którego w oryginale nie było.
Notatki służbowe, których na oczy nie widziała, i protokoły. Sterta protokołów z nazwiskiem Tyszkiewicza i datami, a Tyszkiewicz w te dni leżał w szpitalu albo był w innym mieście na montażu sprzętu. Potem zaczęły się wiadomości z komunikatora. Je też fotografował z ekranu i było widać, że się spieszył.
„Kamil, technicznym to przykryjemy. On jest jej ulubieńcem, ale sama uznała te podpisy, a potem już się z tego nie wygrzebie”. „Ona nie czyta dokumentów, przecież wiesz. Czyta pierwszą i ostatnią stronę”.
„Pieczątkę ma w biurku. Klucz mam ja. Nie martw się”. Helena czytała i czuła, że nie może oderwać wzroku od jednej linijki.
„Ona nie czyta dokumentów. Czyta pierwszą i ostatnią stronę”. Zostało to napisane o niej przez człowieka, który przez dwadzieścia sześć lat każdego ranka podawał jej telefon i mówił, że dziś pięknie wygląda. Osobno, poza galerią, znajdował się folder z potwierdzeniem przelewu.
Przelew na konto osoby fizycznej. Lisowski Arkadiusz. Pół miliona złotych. Tytuł przelewu: za usługi doradcze.
Na tym samym kadrze, nieco niżej, załapał się kawałek biurka z nazwiskiem na przepustce. Tymek zjadł, starannie ułożył talerze na tacy i usiadł prosto, patrząc na nią. Następnie wyciągnął rękę, zabrał jej telefon, znalazł coś i oddał z powrotem. To był film.
Roman siedział w kuchni w t-shircie, nieogolony, i miał twarz człowieka, który trzeci tydzień z rzędu kładzie się spać nad ranem. Za jego plecami wisiał kalendarz zdzierak z grubym plikiem oderwanych kartek i tapeta w drobne kwiatki odchodząca tuż przy suficie. Z lewej strony w kadr wchodził róg kuchenki i garnek. — Pani Heleno — powiedział i odchrząknął.
— Skoro pani to ogląda, to znaczy, że do pani nie dotarłem. Dlatego powiem krótko i po kolei. Siedziałem nad tym dwa miesiące i to analizowałem. Mówił równym tonem, tak jak na zebraniu, tak samo jak składał raport z zakupu lamp rentgenowskich.
Najpierw sedno, potem liczby, potem co robić. — Mój podpis widnieje na ośmiu dokumentach, których nie podpisałem. Elektroniczny klucz dostępu odbierano mi dwa razy. Raz, gdy leżałem w szpitalu z kolanem, drugi raz na urlopie.
Zostawiłem go w sejfie zgodnie z procedurą. Dostęp do sejfu mają trzy osoby. Pani, Paczkowski i pan Dawid. Dalej wnioski niech pani wyciągnie sama.
Podrapał się po policzku. — Nie przyszedłem z tym do pani od razu i to mój największy błąd. Kiedy to wszystko zobaczyłem, zacząłem sprawdzać i poszedłem w złym kierunku. Próbowałem sam wyciągnąć oryginały.
Myślałem, że przyjdę nie z domysłami, ale z twardymi papierami. A wyszło tak, że przyszedłbym do pani z papierami obciążającymi pani męża i by mi pani nie uwierzyła. Przecież pani nie czyta, pani Heleno. Pani podpisuje i mówi: Dawid to sprawdzał.
No i sprawdzał. Roman uśmiechnął się krótko i bez radości, i nagle stało się jasne, jak bardzo w rzeczywistości jest młody. — Nie chowam do pani urazy. Zjechała mnie pani wtedy w sali konferencyjnej jak burą sukę.
Ale na pani miejscu, patrząc na tamte dokumenty, też bym siebie wyrzucił. Zamilkł, pochylił się, poprawił coś przy telefonie i znów usiadł. — A teraz najważniejsze i pewnie uzna pani, że zwariowałem. Grzebałem w fakturach za leki i natknąłem się na pozycję, której nie ma w żadnych waszych standardowych procedurach leczniczych.
W ogóle w żadnej placówce. Idzie to poza apteką szpitalną. Przywozi to pan Dawid osobiście, a rozliczane jest to na gabinet zabiegowy w budynku administracji, na jeden jedyny gabinet. Sprawdziłem po datach, kto jest waszym jedynym stałym pacjentem w tym gabinecie.
Spojrzał prosto w obiektyw. — To pani, pani Heleno. Te pani profilaktyczne kroplówki. Nie jestem lekarzem, znam się na sprzęcie, ale znalazłem, co to za substancja, i w skutkach ubocznych jest wszystko to, na co pani narzeka.
Ręka, mowa, wzrok. Wszystko co do joty. Założyłem na to osobny folder. Nazywa się zresztą jednym słowem.
Znajdzie go pani. Niech pani najpierw obejrzy to, a całą resztę później. Słyszy pani? Najpierw to.
Potarł oczy dłonią. — I jeszcze jedno. Gdyby coś mi się stało, a głupi nie jestem, rozumiem, że stąpam po kruchym lodzie. Proszę nie zostawiać Tymka na lodzie.
Nigdy pani o nic nie prosiłem. Ten jeden raz proszę. Obraz drgnął i nagranie się urwało. Helena siedziała i patrzyła na wygaszony ekran, po czym kliknęła w folder z jednym słowem.
Aparat zamigał na czerwono i wyłączył się całkowicie. Nacisnęła przycisk. Nic. Gniazdo ładowania w telefonie było stare, okrągłe.
Do jej ładowarki nie pasowało. Do telefonu męża również. A w kiosku przy ryneczku na widok takiego antyku tylko rozłożyli ręce. — Tymek — powiedziała.
— Masz w domu u babci ładowarkę? Skinął głową i zaczął zakładać kurtkę. Stary blok z wielkiej płyty stał w głębi osiedla za stacją transformatorową, popisaną sprayem z góry na dół. Domofon wisiał na jakimś drucie.
Drzwi do klatki schodowej otwierały się po mocniejszym szarpnięciu. Na półpiętrze ktoś zostawił wózek dziecięcy owinięty folią i rower bez przedniego koła. Tymek zadzwonił do drzwi. Dwa razy krótko i raz długo.
Wyraźnie był to umówiony znak. Drzwi uchyliły się na łańcuchu. W szparze pojawiła się twarz starszej kobiety. Krótkie włosy, okulary na łańcuszku, rozpinany sweter zapięty na wszystkie guziki.
— Tymek, gdzie ty się podziewałeś? Całe podwórko obeszłam. Chciałam już na policję dzwonić. Chłopiec pokazał gdzieś za siebie.
Pani Krystyna przeniosła wzrok i wyraz jej twarzy natychmiast się zmienił. — A to kto z tobą? — Dzień dobry — powiedziała Helena. — Nazywam się Helena.
— Ja wiem, kim pani jest. Kobieta nie zdjęła łańcucha. — Widziałam panią na zdjęciu w gazecie, jak wręczali pani nagrodę. Ładnie pani stała z tą szarfą.
— Pani Krystyno, muszę z panią porozmawiać. — A ja z panią nie muszę. Mówiła cicho, nie podnosząc głosu. I brzmiało to gorzej niż gdyby krzyczała.
— Nazwała pani mojego syna w sali konferencyjnej przy wszystkich złodziejem. Potem przez trzy miesiące nie spał. Kładł się i leżał z otwartymi oczami. Wstawałam w nocy, a on siedzi w kuchni.
Schudł czternaście kilo. Po dziurkach w pasku liczyłam. W inne miejsca go nie przyjęli, bo macie przeciwko niemu pozew. A z pozwem kto by wziął?
Jeździł nocami na taksówce inżynier, który wam ten cały sprzęt montował, i na tamtej trasie znalazł się też nie z dobrego życia, tylko dlatego, że kurs był międzymiastowy za dobre pieniądze. — Wiem. — Nic pani nie wie. Proszę stąd pójść.
Zaczęła zamykać drzwi i wtedy Tymek przecisnął się bokiem w szparę. Wczepił się w sweter babci i pociągnął ją od drzwi. Drugą ręką chwycił Helenę za rękaw, tym samym gestem co w holu, i nie puszczał. Pani Krystyna próbowała odczepić jego palce, ale trzymał mocno i kręcił głową.
Kobieta spojrzała na wnuka, potem na nią, i znowu na wnuka. — Tymek, co ty wyprawiasz? Nie mógł odpowiedzieć. Po prostu stał i trzymał je obie.
Łańcuch zadzwonił. W mieszkaniu były dwa pokoje i ciężki zapach. Remontu nie robiono tu od dwudziestu lat. W dużym pokoju stała rozkładana wersalka, zaścielona na dzień kocem, i stara politiurowana meblościanka z kryształami za szybą.
Na parapecie na gazecie suszyły się orzechy włoskie, na ścianie zdjęcie młodego mężczyzny z kobietą, a kobieta miała na sobie sukienkę w grochy. — Matka zmarła mu trzy lata temu — powiedziała Krystyna, przechwytując jej spojrzenie. — Nie zdążyli dojechać. Romek ciągnął wszystko sam.
Nie zaproponowała jej miejsca. Helena też nie usiadła. Stała tak na środku pokoju. — Pani Krystyno, czy ma pani ładowarkę od telefonu Romka?
— Gdzieś w pudełku. — Kobieta nie ruszyła się z miejsca. — A po co to pani? — Tam są dokumenty.
Pani syn nie kradł. Teraz już to wiem. Widziałam te papiery. Starsza pani postała chwilę, po czym usiadła na brzegu wersalki, jakby nagle skończył jej się zapas sił.
— On mi tak właśnie mówił. Mamo, mówił, dotrę do niej, ona to wszystko wyjaśni. To normalny człowiek. Po prostu mydlą jej oczy.
A ja mu na to: nie idź tam, Romek. Zjedzą cię i wyplują same kostki. Zdjęła okulary i zaczęła je wycierać brzegiem swetra. — Nie posłuchał.
Tymek wyszedł z małego pokoju i przyniósł nie ładowarkę, lecz teczkę, zwykłą, tekturową, ze sfatygowanymi tasiemkami. Położył ją Helenie na kolanach i usiadł obok na wersalce bardzo blisko. Były tam jego wypisy ze szpitala. Termiczne i wziewne oparzenie dróg oddechowych.
Oparzenie górnych dróg oddechowych. Bliznowate zwężenie krtani. Opieka foniatryczna. Konsultacja.
Zalecono operację rekonstrukcyjną w specjalistycznym ośrodku. Skierowanie na refundację z NFZ. Adnotacja o miejscu w kolejce. — Był z nim w samochodzie — powiedziała Krystyna równym głosem człowieka, który opowiadał to już wiele razy i nauczył się wypowiadać to zdanie bez emocji.
— Romek zabierał go ze sobą, kiedy nie miał go z kim zostawić. Zjechali z trasy. Samochód stanął w płomieniach. Tymka wyciągnął kierowca tira, który jechał z tyłu.
Nawet nie zapytałam wtedy o nazwisko, a potem szukałam, ale nie znalazłam. Romka nie zdążył wyciągnąć. Tymek wdychał ten cały dym i swąd, leżąc w rowie. Zabrali go.
Jeszcze w karetce coś mówił, a potem pojawił się obrzęk, zaintubowali go i koniec. Od tamtej pory nie mówi. Czwarty miesiąc. Chłopiec słuchał spokojnie, patrząc w podłogę, po czym wstał, poszedł do przedpokoju i wrócił z ładowarką owiniętą w połowie taśmą izolacyjną, i w milczeniu wpiął ją do gniazdka za wersalką.
Do domu Helena wróciła późno. Dawid wyszedł po nią do przedpokoju, zabrał torebkę, pomógł zdjąć płaszcz, ustawił buty równo czubkami do ściany. — Heluś, wszędzie cię szukałem. Telefon poza zasięgiem.
Postawiłem na nogi całą klinikę. — Byłam w piwnicach przy transformatorze. Oglądałam działkę pod piątą klinikę. Sama.
— Dzisiaj, po czymś takim, pojechałaś sama oglądać działkę? — Praca nie poczeka. Dawid pokręcił głową i poszedł do kuchni, a ona za nim. Na stole stała kasetka na leki z siedmioma przegródkami, a on rozkładał do niej kapsułki, po trzy do porannej, po dwie do wieczornej, starannie przesuwając się od lewej do prawej i przytrzymując palcem wieczko, żeby się nie zatrzasnęło.
— Co to jest? — Magnez, witamina z grupy B i to na naczynia krwionośne. Marek mówił przecież, żeby brać coś na podtrzymanie. Rozpisałem ci wszystko.
Nie musisz o niczym myśleć. Po prostu otwierasz przegródkę. Mówił to, nie odrywając wzroku od kasetki. Potem zadzwonił jego telefon, spojrzał na ekran i wyszedł na balkon, przymykając za sobą drzwi.
Przez szybę było widać, jak chodzi od ściany do ściany, trzy kroki w jedną, trzy w drugą, i mówi półgłosem, przyciskając słuchawkę ramieniem. Wrócił rozbawiony. — Dostawca tlenu wyciąga ze mnie siódme poty. Usiadł naprzeciwko i przykrył jej dłoń swoją.
— Heluś, tak sobie pomyślałem. Nie powinnaś teraz obciążać się papierami. Umówiłem notariusza. Podjedzie jutro albo pojutrze prosto do biura.
To tylko formalność. Pełnomocnictwo do bieżących spraw, żebym mógł podpisywać dokumenty za ciebie. Zostawiłem teczkę na stole. Zerkniesz potem.
— Dobrze. — I nie pomiń kroplówki. Bożena dzwoniła. — Dzwoniła.
Zuch dziewczyna. W nocy, kiedy zasnął, Helena poszła do kuchni, zamknęła drzwi i włączyła naładowany telefon. Folder nazywał się jednym słowem: KROPLÓWKA. Pierwszym zdjęciem była fotografia fiolki na stoliku w gabinecie zabiegowym.
Poznała ten stolik. Poznała żółty stojak z obtłuczoną farbą na nodze. Nazwa na etykiecie nic jej nie mówiła. Dalej było zdjęcie ulotki sfotografowane z monitora, a Roman podkreślił markerem wiersze prosto na kartce, którą trzymał przed ekranem.
Drętwienie kończyn. Zaburzenia mowy. Zaburzenia percepcji wzrokowej tekstu. Dalej faktura, pozycja, której nie było w żadnym spisie jej sieci.
Zaksięgowana na gabinet zabiegowy w budynku administracji. Pół roku. Na końcu zrzut ekranu z wiadomości z komunikatora, sfotografowany krzywo, z refleksem lampy. „Zdjęcia gotowe.
Doktor Arkadiusz załatwił sprawę. Wszystko jest w jej karcie. Sama tam pójdzie i sama wszystko zobaczy. Dalej pójdzie z górki”.
Helena doczytała do końca, wyłączyła telefon, odpięła go od ładowarki i schowała na dno torebki, pod podszewkę, w dziurę, którą od pół roku zamierzała zaszyć. Potem umyła zlew, wytarła stół i postała przy ciemnym oknie. Rano jako pierwsza weszła do kuchni, wstawiła wodę w czajniku, wyjęła z lodówki jajka i wbiła trzy na patelnię. Lubił z pomidorami.
Kiedy Dawid wszedł, odwróciła się i posłała mu uśmiech. — Dzień dobry. Siadaj. Zaraz będzie śniadanie.
— Jak się czujesz? — zapytał, wpatrując się w jej twarz. — W porządku. W nocy znów zdrętwiała mi ręka, ale się wyspałam.
Jadę do kliniki na otwarcie. Mam kroplówkę. — Ty moja mądra dziewczynko — powiedział i pocałował ją w czubek głowy. Stała do niego tyłem przy kuchence i podważała łopatką brzegi jajecznicy, żeby nie przywarła.
Nikomu. Ani jednego słowa. W gabinecie zabiegowym pachniało spirytusem i tym samym proszkiem do prania, w którym prano fartuchy w całej jej sieci. Sama kiedyś zatwierdziła dostawcę, bo od taniego proszku pielęgniarkom pękała skóra na dłoniach.
Siostra Bożena zdążyła już rozłożyć prześcieradło na kozetce i wystawić stojak, ten sam żółty z obtłuczoną farbą. — Niech pani kładzie, pani Heleno, proszę się kłaść. Znajdę pani żyłę. Ma pani ładne żyły, nie to co niektórzy.
Wczoraj była u nas taka babcia. Szukałam żyły przez czterdzieści minut. Cała zlana potem byłam. — Pani Bożeno, potrzebuję formularza zgody.
Pielęgniarka zamarła. — Przecież przychodzi pani od pół roku. Dokumenty leżą w karcie. — Potrzebuję świeżego, z dzisiejszą datą.
Mamy audyt dokumentacji. Sama muszę jako pierwsza dawać przykład. Niech pani pójdzie do przełożonej pielęgniarek i weźmie czysty formularz. — Oj, Bożena…
— wytała ręce o fartuch. — To ja pędem. Drzwi się zamknęły. Helena wstała z kozetki.
Fiolka stała na stoliku już bez kapsla. Obok leżała strzykawka w opakowaniu. Rozerwała folię, naciągnęła z fiolki dziesięć cm i przelała do probówki, którą rano wrzuciła do torebki, zwykłej, z ich własnych materiałów, z fioletowym korkiem. Probówkę wsunęła do wewnętrznej kieszeni.
Następnie wzięła fiolkę i wylała mniej więcej połowę do zlewu, puszczając wodę cienkim strumieniem, żeby nie było zapachu. Potem odstawiła ją na stolik, dokładnie tak, jak stała wcześniej, etykietą do ściany. Kiedy siostra Bożena wróciła z formularzem, Helena leżała na kozetce odwrócona do okna z podwiniętym rękawem. — Znalazłam.
Odziałowa trochę pomarudziła, że robię jej bałagan w kartotece. — Dziękuję. Zaczynajmy. Kroplówka spływała przez czterdzieści minut.
Leżała i liczyła zacieki na kasetonach sufitu. Były trzy z zeszłorocznego zalania. Do tej pory ich nie zamalowali. Nic jednak nie powiedziała.
Pociąg odjeżdżał z dworca za dwie godziny. Pojechała do Poznania, żeby być z dala od własnego podwórka, w mieście, gdzie nigdy nie otwierała filii i gdzie Dawid nie miał ani jednego znajomego. Kupiła bilet na pociąg regionalny i potem tego żałowała. W bezprzedziałowym wagonie gapili się na nią.
Przeszła do przedsionka, stała przy oknie, patrzyła na lasy ciągnące się wzdłuż nasypu i ułożone rury przy przejazdach. Klinika mieściła się w nowej galerii handlowej na drugim piętrze i okazało się to bardzo wygodne. Dużo ludzi, każdy pędzi w swoją stronę. — Poproszę pani dokumenty.
Młodziutka recepcjonistka z doklejanymi rzęsami i identyfikatorem na piersi. — Płacę gotówką. Proszę wpisać na podstawie moich słów. Nazwisko: Krupniewska.
Helena. Dziewczyna zaczęła stukać w klawiaturę, nie podnosząc głowy. Helena była Krupniewską trzydzieści lat temu, przed urzędem stanu cywilnego, przed pierwszym gabinetem w piwnicy, przed wszystkim. Nazwisko wpisała z taką łatwością, jakby nigdy z niego nie zrezygnowała.
— Co robimy? — Rezonans magnetyczny głowy z kontrastem. Krew i włosy do badania. Napiszę pani, czego dokładnie szukać.
Macie własną spektrometrię mas, prawda? — Mamy, tylko wyniki nie będą na dzisiaj. Trzy-cztery dni. — Dobrze.
Wynik z rezonansu na papierze, do rąk własnych. Proszę nie wrzucać do bazy danych. — Takie mamy zasady przy badaniach komercyjnych. — Zatem do rąk własnych.
Na korytarzu czekali zwykli ludzie. Mężczyzna z teczką zdjęć na kolanach. Kobieta z dwunastoletnią dziewczynką. Dziewczynka przeglądała telefon, kobieta wpatrywała się w ścianę.
Dziadek w kaszkiecie, który co pięć minut wstawał i podchodził do harmonogramu przyjęć, czytał go i wracał na miejsce. Nikt nie podstawiał jej krzesła. Nikt nie mówił: pani Heleno, nie musi pani czekać w kolejce, zapraszamy. Siedziała na twardym krzesełku z dziurką wypaloną papierosem i czekała na swoją kolej jak wszyscy.
Tomograf huczał przez czterdzieści minut. Leżała z zamkniętymi oczami, a w słuchawkach buczało. Opis wydano jej po godzinie. Młody lekarz w okularach wyszedł osobiście, położył przed nią dwie kartki i usiadł naprzeciwko.
— No cóż, pani Heleno, rozumiem, że spodziewała się pani czegoś konkretnego. — Spodziewałam się. — W takim razie pewnie panią zmartwię albo ucieszę. Sam nie wiem.
Odwrócił w jej stronę zdjęcie. — Nie stwierdzono zmian ogniskowych w tkance mózgowej. Brak zmian guzowatych. Obraz naczyń stosowny do wieku, a nawet rzekłbym, że lepszy niż u rówieśników.
Mózg ma pani czysty jak łza. Patrzyła na zdjęcie i milczała. — Na pewno pani niczego nie myli? — powiedział łagodniej.
— Czasem pacjentom pokazuje się cudze wyniki. — Czasem się pokazuje — odpowiedziała Helena. — Proszę mi powiedzieć: jeśli komuś regularnie podaje się substancję wywołującą objawy neurologiczne, takie jak drętwienie, zaburzenia mowy, problemy ze wzrokiem, to czy będzie to widoczne na rezonansie? — Nie będzie.
W tym cały sęk. Są objawy kliniczne, ale na obrazie nic nie ma. Takich rzeczy szuka się we krwi, i jeśli wie pani, czego szukać, to znajdą. Z powrotem wracała nocnym pociągiem.
W przedziale było duszno. Sąsiadka z górnego łóżka mówiła przez sen. Wyniki krwi przyszły czwartego dnia na skrzynkę mailową, którą założyła tamtego wieczoru. Substancje wykryto i we krwi, i we włosach.
We włosach na całej długości, co nie oznaczało jednorazowego zażycia, lecz długotrwałe dawkowanie ciągnące się miesiącami. Teraz zaczęła się gra i trzeba było w nią grać każdego dnia. Wieczorem upuściła widelec. Nie rzuciła go, tylko pozwoliła mu wypaść.
Dłoń najpierw go trzymała, a potem się rozluźniła i widelec brzęknął o płytki. Dawid siedział naprzeciwko z telefonem. — Heluś, co się dzieje? — Palce odmawiają mi posłuszeństwa.
Schyliła się po widelec i celowo minęła go dłonią. Potem w końcu go podniosła. — Od wczoraj jest gorzej. — Dobra, stop, siedź.
Sam to zrobię. Wstał, zabrał jej widelec, wrzucił do zlewu, wyciągnął czysty. Wszystko to spokojnie, bez ani jednego zbędnego ruchu. A potem znów usiadł, wziął telefon i zapisał w nim coś krótko, cztery czy pięć słów, tak jak zapisuje się w notesie stan licznika.
Widziała to kątem oka, stojąc przy stole. Następnego dnia myliła słowa. Poprosiła o podanie tego, no tego okrągłego na cukier, chociaż cukierniczka stała pod jej ręką. Kolejnego dnia, wychodząc z łazienki, przytrzymała się futryny i postała tak trzy sekundy.
Ani razu się nie przestraszył. Ani razu nie powiedział: jedziemy do Marka natychmiast. Ani razu nie zadzwonił w nocy do lekarza. Podchodził, obejmował ją za ramiona i mówił spokojnym, łagodnym głosem:
— Heluś, wszystko biorę na siebie.
Słyszysz? Wszystko. O nic nie musisz się martwić. Twoim zadaniem jest leżeć, jeść i się nie denerwować.
Ja dam radę. Pewnego razu pogłaskał ją po głowie, tak jak głaska się dzieci, z góry na dół, otwartą dłonią po włosach. — Dziękuję ci, Dawid — powiedziała. — Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
Poszedł do pokoju, a ona została przy zlewie i powoli, dokładnie umyła trzy talerze. Mecenas Agnieszka Wójcik mieszkała w starej kamienicy z wysokimi sufitami, na trzecim piętrze bez windy. Pracowały w jej kuchni przy oknach wychodzących na podwórze-studnię. Agnieszka kazała wyłączyć telefony i wrzucić je do blaszanego pudełka po ciastkach na lodówce.
— Nie z paranoi — mówiła — ale z przyzwyczajenia. No więc tak. Agnieszka rozłożyła wydruki w wachlarz. — Pierwsza klinika.
Sto procent udziałów zbyte. Nowy udziałowiec to spółka zarejestrowana za granicą. Jej jedynym właścicielem jako osoba fizyczna jest Wiktoria Szymańska. Mówi pani coś to nazwisko?
— Nic. — Mnie na razie też nie. Dalej jest gorzej. Niech pani spojrzy tutaj.
Tu jest umowa. Podpisani. Helena wzięła kartkę i przysunęła ją do lampy. Podpis był jej, nie jakiś podobny.
To był jej własny, z tym samym zawijasem, który wypracowała jeszcze na studiach, i z kropką na końcu, którą stawiała zawsze. — Ja to podpisywałam. — Pani to podpisała. Zgodziła się pani.
W pliku trzydziestu stron parafuje pani pierwszą i ostatnią, a w środek wkłada się taką oto wkładkę. Klasyka. Można to podważyć w sądzie, ale to trudne i potrwa. A do tego jest jeszcze notariusz, który to wszystko poświadczył i który będzie zeznawał, że była pani w pełni władz umysłowych.
— A pozostałe trzy? Prawniczka wyciągnęła kolejny dokument. — Tu się pospieszyli. Pełnomocnictwo do dysponowania udziałami w trzech spółkach.
Sprzed pół roku, z archiwum notariusza. Podpis nie jest pani. Proszę spojrzeć. Inne nachylenie, inny nacisk, a na końcu nie ma kropki.
Oddałam to już do analizy grafologicznej. Biegły wstępnie stwierdził to samo. — I po trzecie — wyciągnęła akta pani dyrektora technicznego. — Pozew w imieniu sieci złożył Paczkowski.
Na podstawie pełnomocnictwa podpisała tam pani tylko dekretację na notatce służbowej. Jedno słowo. Akceptuję. Proszę przygotować to wszystko.
Ani jednego pisma procesowego nie widziała pani na oczy. — Wyrzuciłam go przy ludziach. — Wyrzuciła go pani przy ludziach na podstawie dokumentów, które pani podłożyli. Agnieszka powiedziała to całkowicie bez współczucia.
Rzeczowo. — Z prawnego punktu widzenia to częściowo pani wina. Z ludzkiego potraktowali panią instrumentalnie. Pozew wycofamy, ale najpierw załatwimy resztę, inaczej ich spłoszymy.
Pracowały do drugiej w nocy. Agnieszka ułożyła plan działania. Najpierw powtórny rezonans w Instytucie Onkologii w Warszawie, na dowód osobisty, ze skierowaniem, żeby nikt potem nie podważał, gdzie pani to robiła i kto wystawił opis. Potem pobranie krwi w obecności śledczego z policji, oficjalnie, z protokołem i świadkami.
Następnie zabezpieczenie fiolek z gabinetu zabiegowego. Ale nie wcześniej niż wszystko inne będzie gotowe, ponieważ po ich zabezpieczeniu zostanie pani maksymalnie dzień, góra dwa dni czasu. Ze śledczym spotkały się nie w gabinecie, ale w samochodzie koło parku. Niemłody mężczyzna w szarym swetrze pod kurtką przez pół godziny w milczeniu przeglądał wydruki, a potem podniósł głowę.
— Materiał ma pani na co najmniej dwa paragrafy, a może i na trzy. Ale powiem od razu, jak sprawa wygląda. Telefon zmarłego to nie jest dowód, to tylko poszlaka. Zdjęcie dokumentu w sądzie nie ma żadnej wagi.
Potrzebujemy oryginałów. Potrzebujemy wyników pani badań pobranych zgodnie z procedurą. Potrzebujemy fiolek z pani własnego gabinetu. I potrzebujemy nagrania, w którym sami to przyznają.
— Nagranie będzie — powiedziała Helena. — W takim razie działamy. Tylko bez samowolki. Pani Heleno, jeśli będzie pani chciała spojrzeć komuś w oczy przedwcześnie, cała sprawa się sypnie.
— Przez dwadzieścia lat potrafiłam trzymać fason na negocjacjach z dostawcami. Wytrzymam jeszcze dwa tygodnie. I najważniejsze: musimy im pozwolić wykonać ruch. Zanim go nie wykonają, mamy tylko zamiar, a nie przestępstwo.
Muszą sami przelać na papier to, dlaczego zrobili to wszystko. — Wiem, czego chcą — powiedziała Helena. — Chcą, żebym przekazała zarząd, póki jeszcze jestem na siłach i póki można pokazać mnie światu jako osobę żyjącą. — Zatem niech im pani to da.
Rozmowę z mężem zaczęła sama podczas kolacji, odsuwając od siebie talerz. — Dawid, dużo o tym myślałam. — Heluś, tylko nie teraz. Jesteś zmęczona.
— Nie, posłuchaj. Nie dam rady ciągnąć czterech klinik. Do tego piąta wymaga pozwoleń. Już teraz nie potrafię przeczytać więcej niż dwóch stron tekstu ciągiem.
Trzeba zwołać zarząd i przekazać kierownictwo. Póki jeszcze mogę siedzieć w fotelu i wypowiadać się z sensem. Odłożył łyżkę. Patrzyła na niego i widziała, jak człowiekowi zapala się w środku światło.
Próbował tego nie okazywać i prawie mu się to udało. Najpierw spoważniał, kiwnął głową, wziął ją za rękę. — Heluś, jesteś pewna? To przecież całe twoje życie.
Zbudowałaś te kliniki przez dwadzieścia lat. — Jestem pewna. — No dobrze. Już wstawał, już sięgał po telefon.
— W takim razie nie ma co przeciągać. Jutro z Kamilem przygotuję agendę spotkania. Mamy przecież ten cały statut. Musimy zrobić to formalnie, żeby nikt tego nie podważył.
I wiesz co? Trzeba by dołączyć uzasadnienie medyczne, żeby nikt nie miał pytań. — Jakie uzasadnienie? — No wiesz, orzeczenie, że ze względu na stan zdrowia nie jesteś w stanie zarządzać aktywami.
Doktor Arkadiusz to przygotuje. Ma wszystkie wyniki twoich badań. To tylko formalność, Heluś. Zwykły papierek.
Ale za to nikt nie powie, że coś knujemy na boku. — Zrób, jak uważasz — powiedziała Helena. — Przecież wszystko bierzesz na siebie. Pocałował ją w czoło i wyszedł na balkon dzwonić.
Została przy stole, zebrała naczynia, złożyła w zlewie i odkręciła gorącą wodę. W przeddzień zarządu, wieczorem, kiedy wychodziła z budynku administracyjnego, przy drzwiach dogonił ją pan Stefan. — Pani Heleno, proszę poczekać. Odzyskiwał oddech.
— Ten mały chłopaczek przychodził, ten sam. Kazał przekazać, a sam poszedł. Nie chciał czekać. Mówię mu: poczekaj, pani będzie za pół godziny.
A on kręci głową i pokazuje na zegarek, że ucieka mu autobus. Podał jej złożoną na czworo kartkę, miękką już na zgięciach. Helena rozwinęła ją. Długopisem, z dużym naciskiem, był narysowany budynek o kwadratowych oknach i szyld, na którym nie zmieściły się litery, przez co dwie ostatnie wchodziły na róg.
Przed wejściem stały dwie osoby. Kobieta w czymś przypominającym żakiet i chłopiec sięgający jej do łokcia. Chłopiec trzymał kobietę za rękaw. Rękaw był narysowany osobną długą linią, żeby na pewno było widać, że chwyta.
Poniżej, drukowanymi literami, napisano: BĘDĘ CZEKAŁ. — Dobry dzieciak — powiedział ochroniarz. — Milczy, a wszystko rozumie. Wyobraża pani sobie, że w mojej budce żarówkę wymienił.
Sam przyniósł sobie taboret. — Dziękuję, panie Stefanie. Złożyła kartkę z powrotem wzdłuż tych samych zgięć i schowała do wewnętrznej kieszeni żakietu, tam gdzie leżała złożona na czworo kartka z pismem Marka. Jutro w tym samym żakiecie wejdzie do sali posiedzeń zarządu.
Sala posiedzeń znajdowała się na pierwszym piętrze budynku administracji, z długim stołem okleinowanym orzechem i rzutnikiem, który trzy lata temu wywalczyła jako prezent od dostawcy przy podpisaniu kontraktu. Dawid przyszedł pierwszy, odsunął jej fotel, poczekał, aż usiądzie, po czym przysunął bliżej karafkę i szklankę. — Heluś, jakby było ciężko, powiedz tylko słowo. Przerwiemy.
Nikomu się nie spieszy. — Powiem. Paczkowski rozdawał identyczne niebieskie teczki, po jednej na każdym miejscu. Kładł je starannie rogiem do krawędzi stołu i nadal nie patrzył jej w oczy.
Zebrali się wszyscy. Dyrektorzy medyczni trzech placówek, dyrektor finansowy, główny prawnik sieci i dwoje członków rady nadzorczej, których sama kiedyś zaprosiła. Doktor Marek usiadł z brzegu i wyciągnął nogi na przejście. Sekretarka Natalia położyła dyktafon na środku stołu, tuż obok laptopa.
— Pani Natalio — powiedziała Helena. — Nagrywamy. — Nagrywa się, pani Heleno, zgodnie z regulaminem. — Dobrze, niech się nagrywa do samego końca.
Proszę go nie wyłączać ani na moment, i protokół poproszę w formie stenogramu. Dawid kiwnął głową, zadowolony. — Wszystko zgodnie z przepisami. Doktor Arkadiusz Lisowski wstał z kartką w ręku.
Potężny, dobrze zbudowany, obdarzony dobrym głosem. Pacjenci go uwielbiali. — Szanowni koledzy, proszę mi wierzyć, że bardzo ciężko mi to odczytywać. Odchrząknął.
— W oparciu o wyniki obserwacji oraz dane z badań neuroobrazowych u pani Heleny zdiagnozowano zmianę ogniskową w mózgu o niekorzystnym rokowaniu. Obserwuje się narastanie deficytu neurologicznego oraz obniżenie funkcji poznawczych. Z medycznego punktu widzenia podejmowanie przez pacjentkę strategicznych decyzji w chwili obecnej wydaje się ryzykowne. Jako lekarz moim obowiązkiem jest wypowiedzieć to na głos.
Po sali przeszedł szmer. Dyrektor finansowy spuścił wzrok na stół. Jeden z członków rady nadzorczej wymamrotał coś na kształt: Boże drogi. — Dziękuję, doktorze Arkadiuszu — powiedziała Helena i wstała.
— Proszę usiąść. Pani Natalio, proszę podłączyć pendrive’a. Na ekranie pojawił się pierwszy slajd. Był to protokół komisji przetargowej z podpisem Tyszkiewicza.
— Koledzy, zacznijmy nie ode mnie, ale od człowieka, którego pół roku temu w waszej obecności nazwałam złodziejem. Oto protokół, jego podpis, data. A tu — skinęła do Natalii — pismo o jego zwolnieniu lekarskim w tych samych dniach, z moją dekretacją. On w tym czasie leżał po operacji kolana w szpitalu miejskim.
Fizycznie nie mógł tego podpisać. Cisza w sali zmieniła swój charakter. — Dalej widzimy oryginalną fakturę od dostawcy oraz tę samą fakturę, która trafiła na moje biurko. Kwota jest trzykrotnie wyższa.
Powtórzę dla tych, którzy mają problem z liczbami. Trzykrotnie wyższa. Dawid roześmiał się. Cicho, poufale.
Zupełnie jakby żona przy stole palnęła uroczą bzdurę. — Heluś, Hela, co ty opowiadasz? Przecież nie o tym teraz dyskutujemy. — Dyskutujemy dokładnie o tym.
Natalio, na ekranie pojawił się zapis z komunikatora. Dwa imiona w nagłówku. Paczkowski przestał obracać długopis w palcach. — Przeczytam na głos, żeby nie było żadnych wątpliwości.
Kamil, technicznym to przykryjemy. On jest jej ulubieńcem, ale sama uznała te podpisy. Odpowiedź: ona nie czyta dokumentów, przecież wiesz. Czyta pierwszą i ostatnią stronę.
Po trzecie: pieczątkę ma w biurku. Klucz mam ja. Oderwała wzrok od ekranu. — Klucz do sejfu ma pan Dawid.
U mnie w biurku jest moja pieczątka. — To mistyfikacja — powiedział Dawid, tym razem bez uśmiechu. — To fotomontaż. Hela, chyba rozumiesz, że przynieśli ci to ludzie, którym na tym zależało.
— Natalio, jedziemy dalej. Dowód przelewu. Odbiorca: osoba fizyczna. Lisowski Arkadiusz.
Pół miliona złotych tytułem usług doradczych. Lisowski uniósł się i znów usiadł. — Doktorze Arkadiuszu — powiedziała Helena równym tonem — prowadzi pan konsultacje w mojej sieci od dwunastu lat. Niech pan powie radzie, jakie usługi doradcze wyświadczył pan osobiście dyrektorowi handlowemu za taką sumę.
Naprawdę mnie to ciekawi. Milczał. — W takim razie ja to wyjaśnię. Odwróciła się w stronę ekranu.
— Oto opis badania z niezależnego ośrodka w innym mieście, zrobionego na innym sprzęcie. Rezonans magnetyczny mózgu. Czytam. Nie stwierdzono zmian ogniskowych w tkance mózgowej.
Brak zmian guzowatych. A oto drugie zaświadczenie, powtórzone w Narodowym Instytucie Onkologii, zrobione na dowód, ze skierowaniem, z pieczęciami państwowymi. To samo. Nie mam żadnego guza, koledzy.
Nigdy go nie miałam. Doktor Marek powoli zdjął okulary, a Helena nie przerywała. — Wyniki badania krwi i włosów. Metoda: spektrometria mas.
Wykryto obecność substancji, której nie ma w żadnym protokole leczenia stosowanym w mojej sieci i której nie ma w ani jednym moim skierowaniu. We włosach odłożona na całej długości, z ostatnich sześciu miesięcy. Wszystko to, na co uskarżałam się przez ostatnie pół roku — ręka, mowa, rozmywające się litery — widnieje na liście skutków ubocznych tej substancji. Dosłownie, słowo w słowo.
Zrobiła pauzę. — Podawano mi to tutaj, w moim gabinecie zabiegowym. Fiolki przywoził osobiście mój mąż, omijając aptekę, omijając magazyn, omijając was wszystkich. Dawid wstał.
Był blady, ale mówił równie spokojnym tonem co przed chwilą, z odcieniem szczerego współczucia. — Sami koledzy widzicie, ona jest chora. Doktor Arkadiusz przed chwilą odczytał diagnozę. Ta kobieta ma guza mózgu, rozpad tkanek.
Sama nie rozumie, co robi i o czym mówi. Heluś. Odszedł od krawędzi stołu i mocno chwycił ją za nadgarstek. — Chodź, usiądziemy.
Podam ci wody. Nie wyrwała ręki. Spojrzała tylko na jego palce, a potem prosto w jego twarz. — Nataliu, ostatni slajd.
Wyciąg z KRS. Pierwsza klinika. Jedyny udziałowiec to spółka zagraniczna, a jedyną osobą fizyczną figurującą we wpisie jest Wiktoria Szymańska. Kim jest Wiktoria Szymańska?
Dawid puścił jej nadgarstek. Drzwi się otworzyły, weszło ich czworo. Śledczy w szarym swetrze wszedł jako pierwszy, a za nim mecenas Agnieszka z aktówką. Dalej wszystko potoczyło się nudno, aż do nieprzyzwoitości.
Doktor Lisowski sam wstał i oznajmił:
— Wszystko wyjaśnię. To jakieś nieporozumienie. I wyprowadzili go. Powtarzał to samo na korytarzu w kółko, raz za razem.
Dawid początkowo domagał się prawnika, potem zaczął krzyczeć coś o jej diagnozie, a na koniec zamilkł i poszedł przed siebie, patrząc w pustkę. Paczkowski nie podniósł się z miejsca. Gdy podeszli do niego, w milczeniu wyciągnął z kieszeni telefon, położył na stole i odsunął go od siebie, niczym żetony w pokerze, gdy gracz pasuje. — Tu jest wszystko — powiedział, wpatrzony w blat stołu.
— Szczerze mówiąc, czekałem na to od pół roku. Byłem na pogrzebie Romana Tyszkiewicza i stałem tuż obok. Na korytarzu przy windach Helena dostrzegła kobietę, młodą, może trzydziestoletnią, w jasnym płaszczu. Biegła od wejścia i zatrzymała się, natrafiając na kordon ochrony.
Tuż za nią, trzymając się poły jej płaszcza, szedł sześcioletni chłopiec w czapce założonej na bakier, ciągnąc po podłodze zabawkową koparkę na sznurku. — Dawid! — krzyknęła kobieta. — Dawid, co się dzieje?
Zadzwonili do mnie. Zobaczyła Helenę i zamarła. Stały może cztery metry od siebie. Helena nie miała dzieci.
Nie wyszło. Przestali o tym rozmawiać z mężem dwadzieścia lat temu, stwierdzając, że w zamian za to mają przecież wspólny biznes. Chłopczyk podniósł głowę, spojrzał na nią i dla pewności schował się całkowicie za płaszcz matki. Helena nie powiedziała ani słowa.
Wyciągnęła z torebki ostatnią teczkę, tę, którą przez ostatnie tygodnie kompletowała sama, i wręczyła ją śledczemu. — Tu są oryginały dokumentów z pierwszej kliniki oraz umowa najmu lokalu. Resztę przekaże mecenas Wójcik. Potem odeszła i usiadła na ławce przy kaloryferze pod wysokim oknem, dokładnie tam, gdzie siedziała tamtego dnia.
Pan Stefan podszedł, przestąpił z nogi na nogę i zapytał:
— Może przynieść wody, pani Heleno? — Niech pan przyniesie — odpowiedziała. — I panie Stefanie, jeśli ten chłopiec znów tu przyjdzie, proszę go więcej nie wyganiać. Ani dziś, ani nigdy.
— Przecież go nie wyganiam. Przecież on mi żarówkę wymieniał. Śledztwo ciągnęło się przez osiem miesięcy. Doktor Marek zeznawał dwa razy.
Przy drugim podejściu, kiedy prokuratura przedstawiła mu pliki źródłowe wyciągnięte z serwerów archiwum, długo porównywał je z tym, co oglądał na negatoskopie. A potem powiedział krótko:
— To cudze zdjęcia. Kobieta z takim obrazem mózgu nie mogłaby o własnych siłach wejść do gabinetu. Po prostu by nie wstała.
Siostra Bożena rozpłakała się podczas okazania i z miejsca rozpoznała fiolkę po charakterystycznie odciętym brzegu etykiety. Potem wzięła się w garść, poprosiła o kartkę i spisała wszystko, co pamiętała. Kto przywoził towar, u kogo potwierdzała odbiór i gdzie go przechowywała. Pani Krystyna sama zadzwoniła do Heleny.
W słuchawce było słychać, że długo zbierała się na odwagę. — Pani Heleno, to ja. Prokurator poinformował mnie, że wycofali państwo powództwo cywilne wobec Romka. Przysłali mi zresztą oficjalne pismo.
Przeczytałam je cztery razy. Jest tam napisane, że on był całkowicie niewinny. Zapadła cisza. — Wsadziłam to pismo w ramkę i powiesiłam na meblościance.
Może to trochę późno, ale i tak powiesiłam. Proces trwał jeszcze pół roku. Dawid dostał dziewięć lat. Doktor Lisowski osiem, z dożywotnim zakazem wykonywania zawodu.
Paczkowski, który od pierwszego dnia poszedł na współpracę i spisywał wszystko, o czym zdołał sobie przypomnieć, dostał wyrok w zawieszeniu. Sąd uznał transakcję zbycia pierwszej kliniki za nieważną i udziały wróciły do majątku sieci. Rodzinie Tyszkiewiczów wypłacono zadośćuczynienie, którego pani Krystyna długo nie chciała przyjąć, ale w końcu się złamała, bo Tymek potrzebował aparatów, obuwia korekcyjnego i mnóstwa innych rzeczy. Wyrok odczytywano w dusznej, niewielkiej sali.
Dawid zza szyby oskarżonych ani razu nie spojrzał w jej stronę. Dopiero na samym końcu, kiedy wszystkich wyprowadzano, odwrócił się i rzucił przez szybę, samymi wargami, coś krótkiego. Nawet nie próbowała tego wyczytać. Po odstawieniu kroplówek objawy ustąpiły całkowicie po pięciu tygodniach.
Najpierw przestała drętwieć ręka. Zauważyła to rano, próbując zapiąć pasek od zegarka i dając sobie z tym radę za pierwszym podejściem. Potem litery na powrót stały się ostre i przeczytała czternaście stron umowy, nie męcząc przy tym wzroku. Następnie powrócił głos, ten sam twardy, zdecydowany, którym uciszała niepokornych podwykonawców.
Operację Tymka przeprowadzono w Warszawie. Chirurg, suchy facet o krótkich, zręcznych palcach, najpierw przestudiował wypisy, a potem spojrzał na chłopca. — Blizna jest gruba, zrosty poważne, to nie jest robota na jeden etap. Nie daję żadnych gwarancji, ale szansa istnieje i to całkiem spora.
Ale proszę mieć świadomość, że głos już nigdy nie będzie taki sam. Będzie chrypiał. Wielu pacjentów potem się tego wstydzi. — On nie będzie się wstydził — odpowiedziała Helena.
Przesiedziała z nim w sali przez cały ten czas, ucząc się czytać z ruchu jego warg i wyłapywać znaczenia z gestów dłoni. Założyli sobie wspólny zeszyt w kratkę. On pisał jej zdania, a ona odpowiadała mu pisemnie, chociaż mogła po prostu mówić. Robiła to tylko po to, żeby było sprawiedliwie.
Po równo. Krystyna przyjechała po niego na wypis ze szpitala i już została. — Czy ja nie będę dla pani ciężarem? — zapytała pierwszego wieczoru, stojąc w przedpokoju z ogromną torbą i nie zdejmując butów.
— Pani Krystyno, mam do dyspozycji cztery pokoje. A jestem tu sama. Niech pani zdejmuje buty. Miesiąc później starsza pani sama podniosła temat formalności.
— Mam siedemdziesiąt dziewięć lat, pani Heleno. Nie będę żyć wiecznie. Gdyby mi się coś stało, zabiorą go do systemu i żadna ciotka mu nie pomoże, bo dla prawa jestem tylko babką. Niech go pani adoptuje.
Zgodnie z prawem będzie pani i nikt go nie ruszy. Ja wszystko podpiszę. Rozprawa w sądzie rodzinnym trwała zaledwie dwadzieścia minut. Sędzia zapytała chłopca, czy wyraża zgodę.
Skinął głową. Potem, po chwili namysłu, wyciągnął z kieszeni złożoną na czworo kartkę i położył ją przed sędziną. Ta rozwinęła ją. Spojrzała na krzywy budynek z kwadratowymi oknami i dwie postacie przed wejściem, z których jedna trzymała drugą za rękaw.
Stwierdziła, że nie włączy tego do akt sprawy, ale przeczytała wszystko bardzo uważnie. Rehabilitacja logopedyczna szła jak po grudzie. Najpierw z krtani dobywało się samo powietrze, potem pojawił się dźwięk. W końcu dźwięk połączony z tonem, który przypominał skrzypienie zawiasów.
Tego dnia siedzieli we troje w małym gabinecie. On, logopedka, a Helena pod ścianą na krześle. Logopedka po raz kolejny wyciągnęła fiszkę i poprosiła o wypowiedzenie najprostszego, najważniejszego słowa, jakiego tylko zapragnie. Tymek spojrzał na nią przez całą szerokość gabinetu.
— Ma… — wyrwało mu się z gardła. Przerwał, zaczerpnął tchu i dokończył chrapliwie, dzieląc słowo na sylaby:
— Ma-mo. Od półtora roku nie wypowiedział ani jednego dźwięku.
Logopedka odwróciła się do okna i zaczęła układać fiszki. Helena siedziała na krześle przy ścianie i nawet nie drgnęła, bo gdyby drgnęła, nie potrafiłaby utrzymać fasonu, a fason potrafiła trzymać jak mało kto. Dwa lata później w budynku pierwszej kliniki otwarto dziecięcy oddział rehabilitacji mowy. Tablica przy wejściu była skromna, bez złotych zdobień.
Imię, nazwisko, dwie daty i jedna linijka tekstu. Dla inżyniera, który się nie bał. Przed ceremonią otwarcia pani Krystyna starła z niej kurz trzy razy, mimo że była nowiutka. Przychodziły tam dzieci, które zamilkły po urazach, po operacjach, po tych wszystkich rzeczach, które w historiach chorób opisuje się sucho, jednym zdaniem.
Przychodzili rodzice, którzy wyczekiwali godzinami na korytarzu, wpatrując się tępo w ściany. Helena kazała wstawić tam miękkie kanapy z podłokietnikami i dystrybutor z wodą, a ściany pomalować na ciepłe kolory. Tamtego ranka Tymek stał przy wejściu obok niej i co chwilę poprawiał kołnierzyk koszuli, która najwyraźniej go uwierała. Zgromadził się tłum.
Ktoś właśnie rozwijał kabel do mikrofonu. Pan Stefan, ubrany w nowy garnitur, odganiał gołębie ze schodów. Chłopiec pociągnął ją za rękaw. Dokładnie tym samym gestem, całą dłonią.
— Mamo — odezwał się ochrypłym głosem. — Chodźmy, bo jeszcze zaczną bez nas. Poprawiła mu kołnierzyk i ruszyli.


