Czwartego stycznia wtuliłam się w miękki kocyk, podwinęłam nogi na fotelu i leniwie przerzucałam kanały. Zegar miarowo odmierzał kolejne godziny nowego roku, a w domu wreszcie zapanował porządek i cisza. Po świątecznym i sylwestrowym szaleństwie nie został ani ślad, więc mogłam w końcu odetchnąć. Zasłużyłam na ten spokój.

Od dnia przed sylwestrem aż do wczoraj harowałam bez wytchnienia, a gdy wspominam ten czas, do dziś czuję ból w kościach. Najpierw przedświąteczna gorączka, bieganie po marketach i doprowadzanie każdego kąta mieszkania do blasku, a potem stanie przy garach i przyjmowanie gości przez trzy dni z rzędu. Na koniec, jeszcze poprzedniego dnia, wielkie sprzątanie całego pobojowiska. Byłam wykończona fizycznie i psychicznie, a to wszystko przez to, że w tym roku na głowę zwaliła nam się teściowa z teściem oraz młodszy brat Tomka, Mirek, ze swoją świeżo poślubioną żoną.
Na szczęście z Tomkiem mamy przestronne trzypokojowe mieszkanie, więc bez problemu pomieściliśmy całą rodzinę. Dzieciaki, mojego ośmioletniego Leszka i o rok młodszego Bartka, wysłałam dużo wcześniej na wieś do moich rodziców. Tata od tygodni obiecywał im, że razem ubiorą choinkę w ogrodzie, puszczą petardy i będą śmigać na sankach po górce, którą specjalnie dla nich usypał. Gdy tylko ogłoszono przerwę świąteczną, chłopcy wiercili dziurę w brzuchu ojcu, żeby jak najszybciej zawiózł ich do dziadków.
Szaleństwa na dworze to dla nich o wiele lepsza frajda niż sztywne siedzenie przy stole z dorosłymi, a do tego babcia przygotowała górę drożdżówek, którym nikt nie potrafi się oprzeć. Wybyli więc na całe dwa tygodnie, a my z Tomkiem zostaliśmy, żeby przyjąć gości. Z teściową, panią Danutą, od początku miałyśmy poprawne relacje. Nie byłyśmy przyjaciółkami, ale obie starałyśmy się trzymać klasę, być dla siebie miłe i szanować granice.
Mówiłam do niej elegancko pani Danuto, a ona zwracała się do mnie po prostu Irenko. Całe towarzystwo, teściowie oraz Mirek z Karoliną, zajechało do nas jednym autem w sylwestrowe popołudnie przed drugą. Pani Danuta od razu weszła do kuchni, żeby pomóc mi ogarnąć przygotowania, bo widziała, że ledwo wyrabiam z potrawami. Karolina wolała zostać z facetami w salonie, rzucając na odchodnym, że nie chce przeszkadzać dwóm gospodyniom w ich królestwie.
Aż mnie skręcało z ciekawości, żeby wypytać teściową o nową wybrankę Mirka, ale nie chciałam bezczelnie wtykać nosa w cudze sprawy. Postanowiłam poczekać, aż pani Danuta sama zacznie ten temat. Tyle że minęła uroczysta kolacja, nastał nowy rok, a teściowa konsekwentnie omijała ten wątek szerokim łukiem. Kiedy krzątałyśmy się w kuchni, rozmawiałyśmy o wszystkim innym.
Wymieniałyśmy się przepisami, gadałyśmy o serialach, obgadywałyśmy znajomych. Opowiedziałam jej o chłopakach, a pani Danuta pożaliła się, że prawie nie widziała dzieci Mirka, gdy wstąpiła do swojej byłej synowej, u której po rozwodzie mieszkają wnuki. Maluchy akurat wychodziły na świąteczny jarmark, więc zdążyła je tylko ucałować i wcisnąć im prezenty. Mimo że przez te cztery dni nie padło o Karolinie ani jedno słowo, sama zdążyłam wyrobić sobie o niej bardzo wyraźne zdanie.
Dziewczyna ma dwadzieścia pięć lat, wiecznie się uśmiecha, ma świetną figurę i doskonale wie, jak zawracać facetom w głowach, z czego bezczelnie korzysta. Pewnie nie zwróciłabym na to większej uwagi, gdyby nie to, że przyłapałam ją na podrywaniu mojego Tomka, i to przy aprobującym rechocie samego Mirka. Ej, Tomek, nie śliń się tak, bo to moja żona. Dowcipkował szwagier, patrząc, jak Karolina strzela oczami do mojego męża.
Widać było, że rozpiera go duma z posiadania tak atrakcyjnej partnerki. Mnie jednak ukłuła nagła, czysta zazdrość. Przez cały pobyt Karolina ani razu nie zjawiła się w kuchni. I nie chodziło mi o stanie przy garach czy zmywanie naczyń.
Ta dama nie potrafiła nawet odnieść do zlewu swojego pustego kubka po kawie. Gdy teść pan Maciej zasugerował, że mogłaby mi chociaż trochę pomóc, po prostu machnęła ręką. To w domu to ja się jeszcze narobię przy sprzątaniu, a tutaj jestem w gościach. Rzuciła z wyższością.
Mam prawo odpocząć. A tak w ogóle, Tomek, dlaczego wy nie macie zmywarki? Mój Mikołaj obiecał mi ją kupić, żebym nie niszczyła sobie paznokci. Tomek tylko prychnął z rozbawieniem.
A po co nam kolejny klamot? Moja Irenka świetnie daje sobie radę sama. Karolina wybuchnęła perlistym śmiechem. Ach, to dawne pokolenie.
Wszyscy przyzwyczajeni, żeby robić wszystko po staremu, własnymi rękami. Sprzątając ze stołu, poczułam ogromny żal. W oczach tej smarkuli wyglądałam jak eksponat z muzeum, a przecież nie skończyłam nawet trzydziestu pięciu lat. Krzątałam się po kuchni, porównując tę kokietkę z pierwszą żoną Mirka, Anią.
Bardzo się z Anią lubiłyśmy i utrzymałyśmy kontakt nawet po ich głośnym rozwodzie. Wiedziałam, że po podziale majątku, przy którym Mirek procesował się o każdą złotówkę, Ania została z niczym. Pieniędzy starczyło jej ledwie na jakąś ruderę na dalekiej Białołęce, a przecież ma z nim dwójkę dzieci, dokładnie tak jak my z Tomkiem. Mirek miał jednak kompletnie gdzieś, w jakich warunkach będą wychowywać się jego własne dzieciaki.
Wydarł od byłej żony wszystko, co zdołał, a teraz ta musi gnieździć się u rodziców i szukać lepiej płatnej pracy, żeby mieć szansę na kredyt, podczas gdy jej były mąż hula w najlepsze z nową dziewczyną. Od samego początku nie miałam ochoty oglądać Karoliny w moim domu, ale Mirek nawet nie raczył zapytać o zgodę. Po prostu przywiózł ją i postawił nas przed faktem dokonanym. A ta czuła się jak ryba w wodzie, zachowywała się, jakby przyjechała do kurortu z opcją all inclusive, łaskawie pozwalając, żeby wokół niej skakać.
W sylwestrową noc, gdy wymieniałam kieliszki, chlapnęłam czerwonym winem na sukienkę i pobiegłam do sypialni, żeby się przebrać. I właśnie wtedy niechcący podsłuchałam rozmowę mojego męża z bratem. Faceci palili na balkonie, a drzwi były lekko uchylone. Nawet nie wiesz, jak mi się teraz świetnie żyje.
Wyczekiwał z dumą Mirek. Zero awantur, zero ciągłego gderania nad uchem. Karolina to po prostu skarb. Tylko te dzieciaki, chociaż w sumie nawet lepiej, że mam je z głowy.
Wreszcie mam pełną wolność. Aż mnie zmroziło. Czy Mirek naprawdę miał swoje dzieci tak głęboko gdzieś? Tomek zdawał się wątpić w jego słowa.
E, no bez przesady, brachu. Dzieci to dzieci. Z nimi się przecież nie rozwiedziesz. Mirek machnął ręką, jak miał w zwyczaju.
Daj spokój, Tomek. Jakoś to przetrawią. W końcu daję im kasę. Z oficjalnej pensji uczciwie idą alimenty, ale cała reszta, co wpada na czarno, należy tylko do mnie.
Sam też musi z czegoś żyć, bo taką dziewczynę jak Karolina trzeba ciągle rozpieszczać. To nowe kolczyki, to markowa torebka, buty. No i ze dwa razy w roku trzeba wyskoczyć na wczasy, i to nie nad nasze polskie morze, tylko co najmniej do Grecji albo Hiszpanii. A teraz wymyślił, że kupi jej własne auto, bo przecież taka laska nie będzie tłukła się autobusami.
Jak wspomnę te wieczne pretensje Ani, to aż mnie ciarki przechodzą. Kontynuował z wylewnością. A to młodszemu kurtkę trzeba, bo podarł. A to starszemu za korepetycje czy basen zapłacić.
Sam wiesz, ile kasy idzie w te dzieciaki, jak w studnię bez dna. A teraz księgowość puści przelew na alimenty i mam święty spokój. Od razu zapowiedziałem Ance, że ode mnie nie dostanie ani grosza ponad to, co musi. Zamarłam w napięciu, czekając na reakcję mojego męża.
Ale to, co usłyszałam, kompletnie mnie podłamało. No, no, całkiem nieźle to sobie ustawiłeś. Westchnął Tomek. Nawet ci trochę zazdroszczę.
Wychodzi na to, że wreszcie trafiłeś na swoje szczęście. Aż mnie zatkało. Co to miało znaczyć? Czyżby mój własny mąż nie był ze mną szczęśliwy?
Trzeciego stycznia pod wieczór goście wreszcie się zabrali, a ja natychmiast wzięłam się za porządki. Oczywiście mojego ślubnego też pogoniłam do roboty, chociaż ten aż się skręcał, bo wyjątkowo nie uśmiechało mu się latanie z odkurzaczem i mopem. Trzymał go jeszcze imprezowy nastrój, a tu żona każe sprzątać. Nie miałam jednak zamiaru mu odpuszczać.
Wcisnęłam mu w dłoń rurę od odkurzacza. Niech chociaż to zrobi, kiedy ja muszę ogarnąć cały ten majdan w kuchni i zmyć góry naczyń. Zauważ tylko, że to była twoja rodzina, a skakałam wokół nich jak służąca wyłącznie ja. Rzuciłam w stronę Tomka z wyraźną pretensją.
Cały ten czas po prostu dobrze się bawiłeś. Gdyby nie pomoc pani Danuty, chyba padłabym z wyczerpania. Tomek strzelił focha i do samego wieczora chodził nabuzowany, ostentacyjnie wzdychając. Rano wzięłam się za przygotowania do nadchodzącego tygodnia w pracy.
Wyprasowałam ubrania dla chłopaków i dla męża na kilka dni do przodu, po czym zajrzałam do lodówki, żeby zrobić listę zakupów. Tomek, który do tej pory bezmyślnie gapił się w telefon, nagle się ożywił. Mruknął, że musi pilnie coś załatwić, błyskawicznie wskoczył w kurtkę i po prostu zniknął. Mijały cztery godziny.
Zdążyłam wnieść na trzecie piętro ciężkie siatki z marketu, rozpakować wszystko, puścić kolejne pranie, ugotować wielki gar rosołu i nasmażyć całą patelnię schabowych. Mój małżonek łaskawie wrócił dopiero na kolację. Gdy zapytałam go spokojnie, gdzie go wcięło na pół dnia, odpowiedział z jakąś bezsensowną agresją. A co cię to w ogóle obchodzi?
Aż mnie zamurowało. W życiu nie słyszałam, żeby Tomek odezwał się do mnie takim tonem. A on ciągnął dalej z jadowitą satysfakcją. Co?
Nie podoba się taki ton? A ty jak zachowywałaś się przez te wszystkie dni wobec Karoliny? Czysta kultura, co? Kompletnie mnie zatkało.
Przecież traktowałam wszystkich gości jednakowo, a do Karoliny odezwałam się może ze trzy razy na krzyż. Skąd u mojego męża nagle taka determinacja, żeby bronić szwagierki? Mirek przed chwilą dzwonił. Rzucił Tomek, uciekając wzrokiem w kąt.
Karolina ryczy w poduszkę, bo poczuła, że przyjęłaś ją jak zło konieczne. Aż zagotowało się we mnie z oburzenia. No przepraszam cię bardzo, ale na pogawędki z Karoliną po prostu nie miałam czasu. Urabiałam sobie ręce po łokcie w kuchni, kiedy wasza hrabina nawet nie ruszyła tyłka od stołu, tylko czekała, aż ktoś wsunie jej talerz pod nos.
I tak uwielbiam Anię, bo to świetna dziewczyna i wspaniała matka, a z tą lalką Mirek jeszcze gorzko pożałuje. Zresztą to, że Karolina ma jakieś urojone pretensje, to żaden powód, żebyś odnosił się do mnie jak do śmiecia i uciekał z domu nie wiadomo gdzie. Tomek prychnął z pogardą. Gdybym tylko miał dokąd, to już dawno byś mnie tu nie widziała.
Wypalił prosto w twarz. Zamarłam bez ruchu. W głowie huczała mi tylko jedna myśl. Czyli jedyne, co trzyma mojego męża przy mnie i przy dzieciach, to brak innego miejsca, do którego mógłby się spakować i wynieść.
No to ładny numer. Aż powiało chłodem. No to pięknie. Z tym problemem akurat szybko sobie poradzimy.
Wykrztusiłam w końcu, czując, jak dławią mnie łzy i wściekłość. Jak tylko skończą się te wolne dni, składamy pozew o rozwód i dzielimy majątek. Sprzedamy wszystko w cholerę. Mam nadzieję, że z połowy kasy wystarczy ci na jakąś kawalerkę.
Będziesz miał wreszcie swój azyl, żeby ode mnie uciec. Następnego dnia rano bez zastanowienia spakowałam się i pojechałam do rodziców na wieś. Przebywanie pod jednym dachem z facetem, który tak bardzo mnie obrzydł, było ponad moje siły. A poza tym strasznie stęskniłam się za chłopcami.
Do Warszawy wróciłam dopiero w ostatniej chwili, pod sam koniec przerwy świątecznej, bo od poniedziałku trzeba było wracać do pracy. Tomka, co było do przewidzenia, nie zastałam. Zjawił się dopiero po północy, nadęty jak paw, z wyższością w oczach, pachnący jakimiś obcymi damskimi perfumami i wyraźnie pod wpływem. I tak wyglądała nasza codzienność aż do samej sprawy rozwodowej.
Wpadał do domu wyłącznie na noc. Gdzie jadł śniadania, obiady czy kolacje, nie miałam pojęcia i szczerze mówiąc, nawet nie chciało mi się o to pytać. Jednak w ostatnią niedzielę przed finalną rozprawą w progu mojego domu stanęła teściowa. Irenko, czy ty naprawdę przemyślałaś to do końca?
Zaczęła uroczyście pani Danuta. Może nie warto palić za sobą mostów i podejmować decyzji pod wpływem emocji? Przecież wyście się nawet nigdy na poważnie nie pokłócili. Byłam pewna, że tworzycie takie zgrane, dobre małżeństwo.
Pokiwałam tylko głową. Sama przez te wszystkie lata myślałam, że mamy dom z obrazka, dopóki mój ślubny nie wypalił prosto z mostu, że jedyne, o czym marzy, to spakowanie walizek i wyniesienie się z domu. Irenko, ja widzę, że Tomek strasznie to przeżywa. Tylko ta jego durna, męska duma nie pozwala mu przyjść, przeprosić i posypać głowy popiołem.
Może ty zrobisz ten pierwszy krok? Nie odpuszczała teściowa. Aż prychnęłam z oburzenia. Czy naprawdę nie mam za grosz własnej godności?
Mąż prosto w oczy rzuca mi, że kisi się ze mną i z dziećmi tylko dlatego, że nie ma gdzie się podziać, jakby robił mi wielką łaskę. Napluł mi w twarz, a ja mam teraz udawać, że nic się nie stało, i jeszcze lecieć go przepraszać? O nie. To nie męczeństwo, to nie moja bajka.
Bywam ugodowa i wyrozumiała, ale wszystko ma swoje granice. Rozwód poszedł wyjątkowo sprawnie. Sprzedaliśmy mieszkanie i samochód, a pieniądze podzieliliśmy po równo. Ja bardzo szybko znalazłam i kupiłam za swoje fundusze ładne, ustawne dwupokojowe mieszkanie w nowym budownictwie.
Mogłam też liczyć na rodziców, bo dorzucili mi trochę pieniędzy do zakupu. Akurat sprzedali działkę po babci, którą ze względu na wiek i tak przekazali pod opiekę krewnym na wsi. Dzięki temu nie musiałam nawet zmieniać dzielnicy, z czego chłopcy niezmiernie się cieszyli, bo uwielbiają swoją szkołę i kolegów z podwórka. Tomek z kolei musiał zadowolić się mikroskopijną klitką na obrzeżach.
No cóż, wolnemu ptaszkowi chyba i to wystarczyło do szczęścia. Ja sama nie płakałam w poduszkę zbyt długo. Praca, wykańczanie nowego mieszkania i moje kochane chłopaki skutecznie odciągały mnie od smętnych myśli. Zdążyłam już przywyknąć do statusu rozwódki i powoli zaczynałam dostrzegać urok życia bez człowieka, który mnie zdradził.
Aż pewnego dnia zadzwonił telefon i osłupiała wysłuchałam steku wyzwisk, jakimi obrzucił mnie Mirek. W gruncie rzeczy te pretensje nie były skierowane bezpośrednio do mnie, tylko do jego zdradzieckiego brata. Mnie dostało się za to, że podobno nie potrafiłam upilnować własnego męża. Wyszło na jaw, że Mirek stracił pracę, a w nowej firmie nikt nie chciał dać mu takiej pensji jak wcześniej.
Szybko skończyły się drogie prezenty dla Karoliny, więc sprytna laska nie wymyśliła nic lepszego niż przerzucić się na Tomka. Jak się okazało, ten romans za plecami Mirka trwał w najlepsze od nowego roku. Piękna ślicznotka nie przemyślała jednak jednego. Tomek nie mieszkał już w przestronnym trzypokojowym mieszkaniu, tylko w ciasnej norze, a na dodatek miał na głowie alimenty na dwóch synów, które mocno odchudziły jego pensję.
W końcu posłała obu braci dość dosadnie, nazywając ich nieudacznikami, po czym spakowała walizki i ulotniła się w poszukiwaniu szczęścia u jakiegoś bogacza. Teraz Tomek z Mirkiem śmiertelnie się nienawidzą, a biedna pani Danuta miota się między nimi, bezskutecznie próbując pogodzić synów. Wiesza też psy na tej pazernej i niestałej Karolinie. Przecież gdyby nie ona, starsza kobieta żyłaby spokojnie w otoczeniu dzieci i wnuków, a tak wszystko się posypało i nic już z tego nie będzie.
Oto, co wyszedł z tego nowego roku. Niby rodzinne, ciepłe święto, a pozostawiło po sobie wyjątkowo gorzki posmak.


