Było późno, mokro i zimno. Taki krakowski wieczór, kiedy mgła znad Wisły wisi nisko nad ulicami, światła latarni rozlewają się po szybie, a człowiek po kilkunastu godzinach pracy zaczyna marzyć tylko o gorącym jedzeniu i ciszy.

Stałem pod szpitalem uniwersyteckim.
Właśnie wysadziłem starszego pana, który przez cały kurs opowiadał mi o wnukach. Zdjąłem kurtkę, rzuciłem ją na fotel pasażera i wyłączyłem taksometr.
Miałem zamiar postać pięć minut.
Rozprostować plecy.
Sprawdzić, czy nie ma jeszcze jakiegoś sensownego kursu w stronę Nowej Huty.
Potem usłyszałem trzask tylnych drzwi.
Do samochodu najpierw wpadła ciężka skórzana torba.
Chwilę później kobieta.
Błękitny medyczny uniform.
Rozpięty biały fartuch.
Włosy związane w niedbały kok.
Stetoskop wystający z kieszeni.
Zatrzasnęła drzwi, oparła głowę o zagłówek i powiedziała:
– Proszę po prostu do domu. Błagam.
Po czym zamknęła oczy.
Patrzyłem na nią przez lusterko.
Przez pierwszą sekundę pomyślałem, że to jakiś żart.
Drugą myślą było:
„Ona zaraz zaśnie”.
Trzecią:
„Nie mam pojęcia, kim jest ani dokąd mam ją zawieźć”.
Odwróciłem się.
– Proszę pani?
Zero reakcji.
– Proszę pani.
Otworzyła jedno oko.
– Mhm?
– Bardzo chętnie zawiozę panią do domu.
– Dziękuję.
Znowu przymknęła powieki.
– Tylko mamy drobny problem.
Otworzyła oba oczy.
– Jaki?
– Nie wiem, gdzie pani mieszka.
Przez chwilę wyglądała, jakby naprawdę potrzebowała kilku sekund, żeby zrozumieć sens tego zdania.
Potem sięgnęła do kieszeni.
Wyjęła telefon.
Nacisnęła przycisk.
Nic.
Jeszcze raz.
Czarny ekran.
Popatrzyła na niego, jakby właśnie zdradził ją po dwudziestu latach małżeństwa.
– Nie.
– Bateria?
– Najwyraźniej postanowiła umrzeć dokładnie teraz.
Westchnęła.
Potem spojrzała na mnie uważniej.
– Proszę mi tylko powiedzieć, że ma pan na imię Ryszard.
– Mam.
Jej ramiona natychmiast opadły.
– Dzięki Bogu.
– To miłe, ale nie rozwiązuje problemu.
– Jakiego?
– Nie mam pani kursu.
Wyprostowała się gwałtownie.
– Jak to pan nie ma?
– Normalnie.
Pokazałem jej pusty ekran terminala.
– Wysadziłem klienta i stoję.
– Ale ja zamówiłam samochód.
– Wierzę.
– Srebrny.
Spojrzałem na maskę.
– To się zgadza.
– Kierowca miał na imię Ryszard.
– To też.
– To gdzie jest problem?
– Najwyraźniej Kraków ma dziś co najmniej dwóch Ryszardów jeżdżących srebrnymi samochodami.
Patrzyła na mnie przez moment.
Potem schowała twarz w dłoniach.
– Nie.
Nie wytrzymałem.
Zaśmiałem się.
Nie złośliwie.
Po prostu sytuacja była zbyt absurdalna.
Eliza – choć wtedy jeszcze nie znałem jej imienia – również zaczęła się śmiać.
Bardzo cicho.
Bardzo zmęczonym śmiechem.
– Wyszłam ze szpitala – powiedziała – zobaczyłam srebrny samochód, otworzyłam drzwi i chyba uznałam, że sprawdzanie numerów rejestracyjnych to luksus dla ludzi z działającym mózgiem.
– To siedzi pani przynajmniej w prawdziwej taksówce.
– Pocieszające.
– Tylko niekoniecznie tej zamówionej.
– Już mniej.
Wyciągnąłem kabel z ładowarki.
– Proszę.
Popatrzyła na niego tak, jak inni patrzą na koło ratunkowe.
– Naprawdę ma pan kabel?
– Mam też wodę, chusteczki i parasol. W tym zawodzie człowiek wozi pół mieszkania.
Podłączyła telefon.
– Dwie minuty – powiedziałem. – Poczekamy.
– Nie przeszkadza to panu?
– Bardziej przeszkadzałoby mi zawiezienie obcej kobiety pod losowy adres.
– Rozsądne.
– Staram się.
Telefon włączył się po kilku minutach.
Eliza otworzyła aplikację.
Patrzyła w ekran.
Potem zaczęła się śmiać.
– Co?
Odwróciła telefon w moją stronę.
– Mój kierowca rzeczywiście nazywa się Ryszard.
– To już wiemy.
– Tylko stoi po drugiej stronie szpitala.
– Też dobrze.
– I ma zupełnie inny samochód.
– Jeszcze lepiej.
Anulowała kurs i napisała krótkie przeprosiny.
– To co teraz? – zapytała.
– Mogę panią odwieźć jako normalny kurs.
– Z taksometrem?
– Taki mam zwyczaj.
– Podoba mi się.
Podała adres na Dębnikach.
Dopiero kiedy zapięła pas, uruchomiłem taksometr.
Ruszyliśmy.
Przez pierwszych kilka minut milczała.
Nie próbowałem zaczynać rozmowy.
Taksówkarze dzielą się na dwa typy.
Pierwsi uważają, że pasażer płaci również za obowiązek rozmowy.
Drudzy rozumieją, że czasem człowiek płaci właśnie po to, żeby przez dwadzieścia minut nikt niczego od niego nie chciał.
Zawsze należałem do drugiej grupy.
Eliza patrzyła przez okno.
Dopiero po dłuższej chwili odezwała się:
– Tak w ogóle mam na imię Eliza.
– Ryszard.
– To już wiem.
– W takim razie jesteśmy kwita.
Uśmiechnęła się.
– Jestem lekarzem.
– Tego też się domyśliłem.
Spojrzała na biały fartuch.
– Rzeczywiście. Świetnie się maskuję.
– Ciężki dzień?
W lusterku zobaczyłem, jak na chwilę zamyka oczy.
– Ciężki tydzień.
– To gorzej.
– Dziś miałam skończyć dwie godziny wcześniej.
– Klasyka.
– Pracuje pan kiedyś według grafiku?
– Teoretycznie cały czas.
– A praktycznie?
– Grafik działa do momentu, kiedy pojawi się samolot opóźniony o dwie godziny, korek na obwodnicy albo ktoś, kto wsiada do niewłaściwego samochodu.
Parsknęła śmiechem.
– Rozumiem aluzję.
– Nie była subtelna.
Pod kamienicą próbowała zostawić napiwek, który był absurdalnie wysoki.
Zablokowałem terminal.
– Nie.
– Co nie?
– Za dużo.
– To rekompensata.
– Za co?
– Za to, że pięć minut spałam w pańskim samochodzie i jeszcze oczekiwałam transportu bez podania adresu.
– To nawet nie weszło do cennika.
– To powinno.
– Normalny kurs, normalny napiwek.
Eliza zmrużyła oczy.
– Jest pan uparty.
– Zawodowo.
Zmniejszyła kwotę.
Zapłaciła.
Wysiadła.
Myślałem, że to koniec.
Już miałem ruszać, kiedy zapukała w szybę.
Opuściłem ją.
– Tak?
– Mogę dostać pana numer?
To mnie zaskoczyło.
– Służbowy?
– Bezpośredni.
Patrzyłem na nią.
Ona patrzyła na mnie.
Nie wyglądała jak ktoś, kto flirtuje dla zabawy.
– Nie potrzebuję następnego kursu dzisiaj – dodała. – Zamierzam przespać tyle godzin, że prawdopodobnie będę potrzebowała nowego aktu urodzenia.
Roześmiałem się.
– To po co numer?
Wzruszyła ramionami.
– Bo chciałabym wiedzieć, jak się z panem skontaktować, kiedy znowu będę człowiekiem.
Wyjąłem wizytówkę.
Na odwrocie napisałem prywatny numer.
– Najlepiej najpierw wiadomość. Jak jadę z klientem, nie odbieram.
– Bardzo dobrze.
Schowała kartonik.
– Dobranoc, Ryszardzie.
Pierwszy raz bez „panie”.
– Dobranoc, Elizo.
Poczekałem, aż wejdzie do bramy.
Dopiero wtedy odjechałem.
Nie spodziewałem się wiadomości.
Naprawdę.
Ludzie w taksówce mówią różne rzeczy.
„Jeszcze zadzwonię”.
„Będę pana polecał”.
„Od teraz tylko z panem jeżdżę”.
Potem życie wraca na swoje miejsce.
Następnego dnia około piętnastej siedziałem w samochodzie i czekałem na początek zmiany.
Telefon zawibrował.
Nieznany numer.
„Tutaj Eliza. Przespałam dziesięć godzin i potwierdzam, że znowu potrafię czytać numery rejestracyjne”.
Uśmiechnąłem się.
Chwilę później przyszła druga wiadomość.
„Chciałabym zaprosić cię na obiad. Tym razem bez usługi transportowej”.
Odpisałem:
„Bardzo chętnie. Pracuję od 16. Mam wolne dopiero około 21”.
Odpowiedź:
„O 21 jestem zwykle meblem. Mam dziś wolne i jestem na Kazimierzu. 15:30?”
Spojrzałem na zegarek.
Miałem mniej niż pół godziny.
„Pasuje. Tylko o 16:20 muszę ruszyć”.
„Stoi”.
Spotkałem ją przed pralnią samoobsługową.
Nie wyglądała jak lekarka.
Dżinsy.
Trampki.
Za duży zielony sweter.
Przy nogach kosz pełen niebieskich uniformów.
Kiedy mnie zobaczyła, wskazała szybę.
– Mam problem.
– Znowu z technologią?
– Suszarka mnie nienawidzi.
– Poważna sprawa.
– Mieliśmy iść na obiad, a moje ubrania są nadal mokre.
– To usiądziemy tutaj.
– Ryszard…
– Co?
– Serio nie musisz.
– Wiem.
Spojrzała na mnie.
– Mogę też przełożyć spotkanie.
– Chcesz?
Zawahała się.
– Nie.
– Ja też nie.
Usiedliśmy na plastikowych krzesłach pod ścianą pralni.
Przez kilka minut patrzyliśmy, jak jej fartuchy obracają się w bębnie.
Było to prawdopodobnie najmniej romantyczne pierwsze spotkanie w historii.
I bardzo dobrze.
Nie musieliśmy niczego udawać.
Eliza opowiedziała mi o pracy.
Nie szczegóły pacjentów.
Raczej rytm.
Dyżury.
Telefony.
Ciągłe zastępstwa.
Poczucie, że dobry lekarz powinien zawsze powiedzieć „tak”.
– Dzisiaj dwa razy odmówiłam zastępstwa – powiedziała.
– Gratuluję.
– Naprawdę?
– Tak.
– Moje sumienie nie gratuluje.
– Sumienie nie płaci rachunków za wypalenie.
Spojrzała na mnie.
– Mówisz jak lekarz.
– Siedemnaście lat za kierownicą.
– Podobne doświadczenie?
– Trochę.
Zastanowiła się.
– Ty też dużo pracujesz.
– Tak.
– Dlaczego?
To pytanie brzmiało prosto.
Odpowiedź nie była.
– Chcę odłożyć poduszkę.
– Na co?
– Na luksus odmowy.
Uśmiechnęła się lekko.
– Co to znaczy?
– Chcę dojść do momentu, w którym jeśli któregoś dnia nie mam siły, mogę nie wyjechać.
– Bez liczenia, ile tracisz?
– Dokładnie.
– I jesteś blisko?
– Dosyć.
– A co zrobisz, kiedy osiągniesz ten cel?
Otworzyłem usta.
Nie odpowiedziałem.
Nie wiedziałem.
Eliza zauważyła.
– Czyli budujesz sobie wolność, tylko jeszcze nie zdecydowałeś, po co ci ona potrzebna.
– Brzmi gorzej, kiedy mówisz to na głos


