Pierwsze, co zobaczyłam z drogi, to że w oknie nie pali się lampka. Babcia zapalała ją zawsze, kiedy miałam przyjechać. Mała mosiężna, z zielonym kloszem, stała na parapecie w kuchni od czterdziestu lat. Zapalała ją o siedemnastej i gasiła dopiero, gdy usłyszała mój samochód.

Tego dnia okno było ciemne. Wracałam z trzytygodniowego szkolenia i jechałam sto osiemdziesiąt kilometrów prosto do niej, z bagażnikiem pełnym zakupów i nowym czajnikiem, bo stary przepalił się w maju. Zaparkowałam przed furtką i od razu zobaczyłam drugą rzecz: nową kłódkę na bramie. Srebrną, błyszczącą, jeszcze bez śladu deszczu.
Klucz, który miałam na breloczku od dwunastu lat, nie pasował do niczego. Zadzwoniłam. Otworzyła Bożena, żona mojego wujka. W jednorazowych rękawiczkach, z workiem na śmieci w ręce.
Za nią w przedpokoju stały spakowane kartony. Przez otwarte drzwi do pokoju widziałam, że kredens jest odsunięty od ściany i że nie ma już dywanu. Zapytałam, gdzie jest babcia. Bożena zawołała do środka: „Rysiek, to ta”.
Wujek Ryszard wyszedł z kuchni, spocony, w koszulce, z telefonem w ręce. Powiedział: „Babcia jest w dobrym miejscu. Ma opiekę dwadzieścia cztery godziny na dobę. I lepiej jej tam niż tu”.
Zapytałam, gdzie. I wtedy powiedział to zdanie, które słyszę do dziś, kiedy nie mogę zasnąć: „Marlena, uspokój się. Ty tu nic nie masz i nigdy nie miałaś. Twój ojciec nie żyje od dwunastu lat, więc przestań się wtrącać i przestań udawać wnuczkę”.
Z głębi domu wyszła moja ciotka Grażyna z pudełkiem po butach pełnym zdjęć. Powiedziała: „Ona i tak już nikogo nie poznaje. Nie ma sensu, żebyś się szarpała”. Pięć dni wcześniej rozmawiałam z babcią przez telefon.
Podyktowała mi z pamięci swój numer PESEL, żebym mogła zamówić jej receptę, i zapytała, czy wymieniłam już dachówkę nad łazienką, bo padało. Nie krzyknęłam, nie wepchnęłam się do środka. Stałam przy tej furtce, patrzyłam na ciemne okno w kuchni i policzyłam sobie w głowie trzy rzeczy, które wiem z pracy. Że nikogo nie da się umieścić w domu opieki bez jego zgody, że każda taka placówka ma teczkę z dokumentami przyjęcia i że w tej teczce musi być podpis.
Jeśli chcesz usłyszeć, co znalazłam w tej teczce i co babcia zrobiła dwudziestego trzeciego maja, nie mówiąc o tym nikomu, zasubskrybuj kanał. Ta historia jest dla każdej kobiety, której powiedziano, że nie ma prawa głosu we własnej rodzinie. Mam na imię Marlena, trzydzieści sześć lat. Od jedenastu lat pracuję jako specjalistka pracy socjalnej w ośrodku pomocy społecznej w innym mieście, sto osiemdziesiąt kilometrów od domu babci.
Moja praca polega między innymi na tym, że prowadzę postępowania w sprawie umieszczenia osób starszych w domach pomocy społecznej. To znaczy, że siadam w cudzych kuchniach, przeprowadzam wywiady środowiskowe, liczę dochody, sprawdzam, kto się kim opiekuje, i kompletuję dokumenty. I wiem o tym systemie rzecz, której nie wie prawie nikt spoza niego. Osoby dorosłej, w pełni świadomej, nie da się nigdzie umieścić wbrew jej woli.
Ani w domu pomocy społecznej, ani w prywatnym domu seniora, ani nigdzie indziej. Potrzebna jest jej własna zgoda na piśmie albo postanowienie sądu. Trzeciej drogi nie ma. Rodzina nie ma tu żadnego głosu.
Rodzina może chcieć, prosić, naciskać, ale nie może zdecydować. To jest moja praca. To jest to, co tłumaczę obcym ludziom po dwadzieścia razy w miesiącu. I muszę teraz powiedzieć, kim była dla mnie babcia, bo bez tego reszta nie ma sensu.
Moja matka odeszła, kiedy miałam siedem lat, wyjechała za granicę i przez pierwsze dwa lata dzwoniła w Wigilię, a potem przestała. Ojciec Jerzy pracował na budowach. W tygodniu go nie było, więc od dziewiątego roku życia mieszkałam u babci Haliny w tym domu w Podkowie, który dziadek postawił własnymi rękami w 1974 roku i który babcia tynkowała razem z nim w ciąży na ósmym miesiącu. Babcia była szwaczką w zakładach odzieżowych przez trzydzieści jeden lat.
Wstawała o piątej i każdego dnia, kiedy miałam wracać ze szkoły, ze studiów, z pracy, z drugiego końca Polski, ona zapalała w kuchennym oknie tę mosiężną lampkę. Zapytałam ją raz, po co? Przecież i tak trafię. Powiedziała: „Żebyś wiedziała z drogi, że ktoś na ciebie czeka”.
Pamiętam jedną rzecz z pierwszego roku, kiedy u niej zamieszkałam. Miałam dziewięć lat i nie chciałam iść do nowej szkoły. Siedziałam w kuchni i płakałam, że nie mam mamy. Babcia nie powiedziała mi, że mam.
Nie powiedziała też, że mama wróci. Postawiła przede mną talerz i powiedziała: „Marleno, ja ci nie obiecuję, że ktoś wróci, ale ci obiecuję, że jak wyjdziesz z tego domu, to zawsze będziesz miała dokąd wrócić”. I dotrzymała tego przez dwadzieścia siedem lat. Kiedy zdałam maturę, upiekła sernik i zaprosiła trzy sąsiadki, bo uznała, że ktoś powinien mi pogratulować oprócz niej.
Kiedy rzucił mnie chłopak, do którego wyprowadziłam się do Gdańska, przyjechała pociągiem sama, siedemdziesiąt trzy lata, z dwiema przesiadkami, i pomogła mi zapakować rzeczy do kartonów. Kiedy dostałam tę pracę, powiesiła moje zdjęcie z legitymacji na lodówce magnesem. Wisiało tam jedenaście lat. Mój ojciec umarł dwanaście lat temu.
Zawał na budowie w czerwcu. Miałam dwadzieścia cztery lata i po pogrzebie zostały mi dwie osoby, które kiedykolwiek na mnie czekały, i jedna z nich właśnie umarła. Wujek Ryszard jest młodszym bratem mojego ojca. Ciotka Grażyna najmłodsza.
I trzeba powiedzieć jedno, żeby było uczciwie. Oni nie byli dla babci źli. Oni po prostu przez piętnaście lat nie byli. Ryszard mieszka czterdzieści kilometrów dalej.
Grażyna sześćdziesiąt. Przez ostatnie cztery lata, odkąd zaczęłam liczyć, bo zaczęłam liczyć, Ryszard był u niej jedenaście razy, Grażyna siedem, w tym trzy razy na imieninach. Ja przyjeżdżałam co drugi weekend, sto osiemdziesiąt kilometrów w jedną stronę. Robiłam zakupy na dwa tygodnie.
Sprzątałam, prałam firanki, umawiałam wizyty, wypełniałam wnioski o dofinansowanie. Dwa razy załatwiłam ekipę do dachu, raz do pieca. Nie mówię tego, żeby dostać medal. Mówię, bo potem ktoś to policzył za mnie w dokumentach i to miało znaczenie.
Za każdym razem, kiedy przy rodzinnym stole ktoś mówił o babci, padało jedno zdanie. Grażyna mówiła: „No Marlena tam jeździ, ona ma czas”. Ja też miałam pracę. Etat, dyżury, dwadzieścia trzy rodziny pod opieką.
Kiedy raz o tym wspomniałam, Ryszard powiedział: „Marlena, no ty nie masz dzieci, ty się nie porównuj”. I był w tym jeszcze jeden ton, którego przez lata nie umiałam nazwać. Za każdym razem, kiedy mówiłam cokolwiek o babci przy nich, ktoś przypominał, czyją jestem córką. „No ale ty jesteś po Jerzym”.
Jakby to była gałąź, która uschła i już się nie liczy. W marcu babcia złamała szyjkę kości udowej. Poślizgnęła się na progu do piwnicy we wtorek rano i leżała sama przez dwie godziny, aż sąsiadka pani Zofia usłyszała przez okno. Operacja, endoproteza.
Dwanaście dni w szpitalu. Byłam tam codziennie przez pierwszy tydzień. Wzięłam urlop na żądanie, potem zaległy, potem jeździłam po pracy, dwie godziny w jedną stronę, wracałam o dwudziestej pierwszej w nocy i o siódmej byłam w biurze. Ryszard był raz, przywiózł wodę mineralną i wyszedł po dwudziestu minutach, bo miał parking na godzinę.
Grażyna zadzwoniła. Po wypisie babcia potrzebowała pomocy przy wstawaniu i przy myciu. Głowę miała zupełnie czystą. Chodzenie było problemem, nie myślenie.
Zorganizowałam usługi opiekuńcze przez ośrodek, cztery godziny dziennie, i sama dokładałam się do drugiej opiekunki na popołudnia. Zamontowałam uchwyty w łazience, krzesełko pod prysznic, poręcz na schodach. I wtedy Ryszard powiedział po raz pierwszy to zdanie, które potem wracało co miesiąc. Powiedział: „Ten dom to jest za duże obciążenie.
Trzeba by to sprzedać, a mamę gdzieś ładnie umieścić”. Babcia siedziała wtedy w fotelu dwa metry od niego przy włączonym radiu. Odezwała się, nie odwracając głowy. Powiedziała: „Rysiu, ja stąd wyjdę nogami do przodu i ani chwili wcześniej”.
Ryszard się zaśmiał i zmienił temat. A ja zapamiętałam, że babcia nie podniosła głosu i że po tym zdaniu przez godzinę nic już nie powiedziała. Dziś wiem, że przez tę godzinę ona podejmowała decyzję. Sygnały były wcześniej trzy i ja je wszystkie widziałam.
Pierwszy w kwietniu. Przyjechałam w sobotę i zastałam w kuchni ulotkę kolorową, złożoną na pół, z fotografią ogrodu i uśmiechniętą panią w fartuchu. Dom Seniora Kalina. Komfortowe pokoje, pełna opieka.
Zapytałam babcię, skąd to ma. Powiedziała: „Rysiek zostawił. Mówi, żebym sobie poczytała”. Zabrałam tę ulotkę do samochodu i wyrzuciłam na stacji benzynowej.
Jakby to cokolwiek dawało. Drugi na przełomie kwietnia i maja. Do babci dwa razy przyszedł mężczyzna, którego pani Zofia widziała przez okno. Chodził wokół domu, robił zdjęcia telefonem i mierzył coś przy garażu.
Babcia powiedziała, że to od ubezpieczenia. „Rysiek załatwia polisę”. Dziś wiem, że żadnej polisy nie było i że tamten człowiek robił zdjęcia do ogłoszenia. Trzeci w maju, tydzień przed tą sobotą z pączkami.
Rozmawiałam z babcią przez telefon i w pewnym momencie zapytała mnie o rzecz zupełnie z niczego. Zapytała: „Marleno, a ty w tej swojej pracy to widziałaś kiedyś, żeby ktoś kogoś umieścił, jak on nie chce? ” Odpowiedziałam jej zawodowo, że nie, że tak się nie da, że potrzebna jest zgoda albo sąd. Powiedziała: „No to dobrze”.
I zmieniła temat na nasturcję. Nie zapytałam, dlaczego pyta. To jest ta rzecz, przez którą dziś nie potrafię się na siebie do końca złościć, ale i nie potrafię sobie tego całkiem wybaczyć. Ona mnie wtedy pytała o coś, co miało jej uratować dom, a ja odpowiedziałam jak z broszury i przeszłam do kwiatków.
Dwudziestego trzeciego maja zadzwoniła do mnie w czwartek wieczorem i poprosiła o rzecz, o którą nigdy wcześniej nie prosiła. Powiedziała: „Marleno, przyjedź w sobotę rano i zawieź mnie do miasta na dziesiątą”. Zapytałam, do lekarza. Powiedziała: „Nie, do miasta”.
W sobotę przyjechałam. Była ubrana od siódmej w tej granatowej sukience, w której chodziła kiedyś na wywiadówki, i miała włożone kolczyki. Pojechałyśmy. Podała mi adres w centrum, kamienica, drugie piętro.
Powiedziała: „Poczekaj w samochodzie, to potrwa z godzinę”. Zapytałam, czy nie pójść z nią. Odpowiedziała bardzo stanowczo: „Nie, ty masz w tym nie być”. Weszła o poręczy sama, w tempie, w którym pokonanie dwóch pięter zajmuje jej dwanaście minut.
Wyszła po siedemdziesięciu pięciu minutach, wsiadła, zapięła pas i powiedziała: „No to załatwione”. Zapytałam, co. Powiedziała: „Kupimy pączki, bo mi się zachciało”. Kupiłyśmy pączki, zjadłyśmy je w samochodzie na parkingu przy Biedronce i ja jej więcej nie zapytałam.
To jest ta rzecz, o której myślę najczęściej, że siedziałam w tym aucie siedemdziesiąt pięć minut, słuchałam radia i nie zadałam ani jednego pytania. W czerwcu wyjechałam na trzytygodniowe szkolenie specjalizacyjne, kurs, na który czekałam dwa lata. Zorganizowałam wszystko. Opiekunki, leki w kasetce z przegródkami, zakupy, pani Zofia z kluczem awaryjnym.
Dzwoniłam co drugi dzień. Ostatnia normalna rozmowa była w piątek. Babcia opowiadała, że posadziła nasturcję przy schodach i że boli ją bardziej pogoda niż biodro. W poniedziałek nie odebrała, we wtorek też nie.
W środę odebrał Ryszard i powiedział, że babcia jest u niego, bo źle się poczuła, i że nie ma się co nakręcać. W czwartek napisał SMS-a: „Załatwiliśmy mamie miejsce w bardzo dobrym ośrodku. Wszystko z jej zgodą. Odezwiemy się, jak się zaaklimatyzuje”.
A w sobotę stałam przy furtce z nowym czajnikiem w bagażniku i patrzyłam na ciemne okno. Jeśli ta historia trzyma cię przy ekranie, zostaw łapkę w górę. To jedna sekunda, a sprawia, że trafia do kolejnej osoby, która ma w rodzinie kogoś, kogo trzeba pilnować. Ośrodek nazywał się Dom Seniora Kalina i leżał dwieście czterdzieści kilometrów od Podkowy, w zupełnie innym województwie.
Adres wyciągnęłam od pani Zofii, która widziała nalepkę na busie, który po babcię przyjechał. Pojechałam w niedzielę, sześć godzin w jedną stronę, bo objazdy. W recepcji młoda dziewczyna sprawdziła w systemie i powiedziała, patrząc w monitor: „Przykro mi, nie ma pani na liście osób upoważnionych do odwiedzin”. Rodzina wskazała dwie osoby.
Zapytałam, jakie. Powiedziała, że nie może podać. Zapytałam, czy mogę chociaż przekazać torbę. Powiedziała, że tak, i wzięła ode mnie reklamówkę z jej ulubioną herbatą, kremem do rąk i zdjęciem dziadka w ramce.
Wyszłam na parking i siedziałam w samochodzie czterdzieści minut, zanim byłam w stanie prowadzić, a potem zrobiłam to, co robię w pracy, kiedy mam sprawę. Wyjęłam notes i napisałam u góry strony, co muszę mieć, bo w tym momencie przestałam być wnuczką stojącą przy furtce, a zaczęłam być kimś, kto od jedenastu lat kompletuje takie teczki zawodowo. Do prywatnego domu seniora przyjmuje się na podstawie umowy cywilnoprawnej. Umowę podpisuje mieszkaniec albo jego przedstawiciel ustawowy, czyli opiekun prawny ustanowiony przez sąd.
Babcia nie była ubezwłasnowolniona, nie miała opiekuna prawnego. Nikt nigdy takiego wniosku nie złożył, bo nie miałby najmniejszych szans. Czyli albo babcia podpisała tę umowę sama, albo ktoś podpisał za nią. Trzeciej możliwości nie ma.
Napisałam do ośrodka pismo nie jako wnuczka, jako osoba, która wie, jak takie pisma się pisze. Zwróciłam się o wskazanie podstawy pobytu mojej babki w placówce, o informację, kto zawarł umowę i w jakim charakterze, oraz o wskazanie, na jakiej podstawie ograniczono krąg osób odwiedzających mieszkankę mającą pełną zdolność do czynności prawnych. Dopisałam, że w razie braku odpowiedzi skieruję wniosek o kontrolę do wojewody, który sprawuje nadzór nad takimi placówkami. To ostatnie zdanie zadziałało w cztery dni.
Zadzwoniła dyrektorka, pani Iwona Lech. Głos miała ostrożny. Powiedziała: „Pani Marleno, ja bym chciała, żeby pani przyjechała i żeby pani przyjechała w czwartek przed południem, bo wtedy nie ma odwiedzin”. Przyjechałam w czwartek o dziesiątej.
Pani Iwona zamknęła drzwi gabinetu i położyła przede mną teczkę. Powiedziała: „Ja to sprawdziłam po pani piśmie i mam problem”. Otworzyłam. Pierwsza kartka: umowa o świadczenie usług opiekuńczych, zawarta osiemnastego czerwca.
W komparycji jako strona wpisana Halina Zarębska. Podpis na dole. To nie był podpis mojej babci. Babcia podpisuje się tak, że litera Z ma ostro ściętą górną kreskę, bo tak ją uczono w szkole w latach pięćdziesiątych.
Robi to od siedemdziesięciu lat i nie da się tego oduczyć. Tu z było zaokrąglone. Druga kartka: oświadczenie o dobrowolnej zgodzie na zamieszkanie w placówce. Ten sam podpis, ta sama data.
Trzecia kartka i to była ta, przy której pani Iwona nie patrzyła mi w oczy. Karta informacyjna przyjęcia wypełniona przez rodzinę. W rubryce o stanie poznawczym mieszkanki było wpisane odręcznie: „Zaawansowane otępienie, kontakt logiczny ograniczony, nie rozpoznaje osób”. Podpisane przez Ryszarda Zarębskiego.
Zapytałam panią Iwonę, czy ona rozmawiała z babcią. Odpowiedziała: „Pani Marleno, pani babcia w pierwszym tygodniu powiedziała mi, ile ma lat, z dokładnością do dwóch, i zapytała, czy u nas płaci się za pranie osobno. Ja od dwudziestu lat pracuję w tym zawodzie”. Potem dodała cicho: „Ona pytała o panią codziennie.
Powiedzieli jej, że pani wyjechała za granicę”. Nie zapłakałam w tym gabinecie. Zapłakałam później w samochodzie. W gabinecie zadałam tylko jedno pytanie.
Zapytałam, czy mogę zobaczyć babcię. Pani Iwona wstała i powiedziała: „Może pani. Ja nie mam żadnej podstawy prawnej, żeby zabraniać dorosłej kobiecie widywania się z kim chce. I od dziś tej listy nie ma”.
Babcia siedziała w świetlicy przy oknie. Kiedy mnie zobaczyła, nie zapłakała. Wyprostowała się w fotelu i powiedziała: „No wreszcie, bo ja tu nie mam nawet nożyczek”. Rozmawiałyśmy dwie i pół godziny.
Powiedziała mi wszystko po kolei, spokojnie, w porządku chronologicznym, bo ona zawsze mówiła chronologicznie. Że w niedzielę przyjechali obydwoje, że powiedzieli jej, że jadą do sanatorium na dwa tygodnie na rehabilitację biodra, że spakowali jej torbę, że kiedy zorientowała się, że to nie sanatorium, poprosiła o telefon do mnie. Ryszard powiedział jej, że mój numer nie odpowiada, bo jestem za granicą. Zabrali jej telefon w busie, żeby nie zginął w podróży, i nie oddali.
Potem babcia powiedziała rzecz, po której poczułam zimno. Powiedziała: „Marleno, oni tu przyjechali w lipcu we dwoje i przywieźli mi papiery do podpisania. Mówili, że to do ośrodka”. Zapytałam, czy podpisała.
Powiedziała: „Nie. Bo ja nie podpisuję niczego bez okularów, a okulary schowałam do szuflady i powiedziałam, że zgubiłam”. Osiemdziesiąt jeden lat i schowała okulary. Wróciłam do domu i pierwszą rzeczą, którą zrobiłam w poniedziałek rano, było zamówienie odpisu z księgi wieczystej.
Dom w Podkowie został sprzedany trzeciego lipca, sześćset dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Nabywca Marian Kot, brat Bożeny. Sprawdziłam ceny w tej okolicy. Domy z takim metrażem i taką działką schodziły wtedy za milion sto, milion dwieście.
I w rubryce ze sposobem reprezentacji sprzedającej było napisane, że działał pełnomocnik Ryszard Zarębski. Wtedy przypomniałam sobie o pełnomocnictwie. Cztery lata wcześniej, po śmierci dziadka, babcia dała Ryszardowi pełnomocnictwo notarialne, szerokie, do spraw domu, bo trzeba było wymienić piec i załatwiać rzeczy w gminie, a ona nie chodziła po urzędach. Pojechałam do babci w następną sobotę i zapytałam ją o to wprost.
Popatrzyła na mnie i powiedziała: „Marleno, ja to odwołałam”. Zapytałam, kiedy. Powiedziała: „W maju, wtedy jak mnie wiozłaś do miasta i czekałaś w aucie”. Dwudziestego trzeciego maja, kamienica w centrum, siedemdziesiąt pięć minut.
To była kancelaria notarialna. Babcia odwołała pełnomocnictwo dla syna i tego samego dnia wysłała mu o tym zawiadomienie listem poleconym za potwierdzeniem odbioru. Potwierdzenie odbioru wróciło do kancelarii dwudziestego siódmego maja, podpisane przez Bożenę Zarębską. Pięć tygodni przed sprzedażą domu wiedzieli, że pełnomocnictwo nie istnieje, i sprzedali.
Zapytałam babcię, dlaczego mi nie powiedziała. Odpowiedziała mi zdaniem, które będę pamiętać do końca życia. Powiedziała: „Bo gdybyś wiedziała, to byś się zaczęła kłócić z Ryśkiem, a ja nie chciałam, żeby oni mogli potem mówić, że to ty mi kazałaś”. Ona to przemyślała.
Osiemdziesiąt jeden lat, złamane biodro, i przemyślała nawet to, żeby nie dało się mnie oskarżyć. Wyszła stamtąd we wrześniu. To była najprostsza rzecz w całej tej historii i najtrudniejsza do przyjęcia dla mojej rodziny. Nie było potrzebne żadne postanowienie sądu.
Nie było potrzebne niczyje pozwolenie. Babcia w obecności dyrektorki i pracownika socjalnego placówki oświadczyła na piśmie, że rezygnuje z pobytu i wypisuje się na własne żądanie. Kobieta z pełną zdolnością do czynności prawnych po prostu powiedziała, że wyjeżdża. Spakowałyśmy trzy torby.
Zabrałam ją do siebie, do mieszkania w bloku, do pokoju, który miał być gabinetem, a przez pół roku był składzikiem. W pierwszy wieczór postawiłam na parapecie lampkę, nie tę mosiężną, bo tamta została w domu, do którego nie miałam już klucza. Kupiłam podobną z zielonym kloszem w sklepie z używanymi meblami. Babcia zobaczyła ją, kiedy weszła do pokoju.
Nie powiedziała nic. Usiadła na łóżku i przez chwilę patrzyła w okno. Potem powiedziała: „Krzywo wisi firanka”. I to było wszystko.
Tak wyglądały u nas wzruszenia. Te cztery miesiące były najdziwniejszym okresem mojego życia. Rano wychodziłam do pracy, a ona zostawała z panią Anią, opiekunką, którą opłacałam z własnej pensji, bo nie chciałam czekać na decyzję. Wracałam o siedemnastej i zawsze, ale to zawsze, w oknie paliła się ta lampka.
Ona, osiemdziesiąt jeden lat, o kulach, ale wstawała i szła do parapetu, żeby ją włączyć, zanim ja wjadę na osiedle. Raz powiedziałam jej, żeby nie wstawała, że przecież mieszkam tu i tak wejdę. Odpowiedziała: „To nie jest dla ciebie, to jest dla mnie, żebym miała po co wstać”. W październiku odzyskałam klucze do domu w Podkowie na czas postępowania na podstawie postanowienia sądu o zabezpieczeniu.
Zawiozłam ją tam w listopadzie w sobotę na cztery godziny. Nie weszła do środka. Powiedziała, że nie ma po co, że tam jest zimno i że i tak wszystko wie. Siedziała w samochodzie przy furtce i patrzyła na dom przez szybę.
Potem powiedziała: „Dobrze, stoi”. I poprosiła, żebyśmy wracały, bo o siedemnastej leciał jej serial. Sprawa cywilna ruszyła w październiku. Pozew o stwierdzenie nieważności umowy sprzedaży złożyła babcia, reprezentowana przez adwokata, którego znalazłam przez koleżankę z pracy.
Podstawa była prosta. Umowę zawarł człowiek, który w dniu jej zawarcia nie był niczyim pełnomocnikiem, bo pełnomocnictwo zostało odwołane pięć tygodni wcześniej, a odwołanie zostało mu skutecznie doręczone, co widać na potwierdzeniu odbioru z podpisem jego żony. Adwokat powiedział mi wtedy jedno zdanie: „Pani Marleno, oni przegrali tę sprawę w maju, tylko o tym nie wiedzieli”. Zawiadomienie do prokuratury złożyłam ja w listopadzie, po konsultacji z prawnikiem naszego ośrodka.
Posłużenie się podrobionym dokumentem w związku z podpisami na umowie z domem seniora oraz doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem. Do zawiadomienia dołączyłam kopię z teczki, które pani Iwona wydała oficjalnie, na wniosek babci jako mieszkanki. Biegły z zakresu badania pisma ręcznego wydał opinię w lutym. Cztery strony, ale wystarczyło jedno zdanie: „Podpisy nie zostały nakreślone przez Halinę Zarębską”.
Babcia umarła osiemnastego stycznia, nie w domu opieki. U mnie, w tym pokoju, który miał być gabinetem, w nocy z soboty na niedzielę, we śnie. Miała osiemdziesiąt dwa lata i cztery miesiące. Ostatnie cztery miesiące przeżyła u mnie i to jest jedyna rzecz w tej całej historii, którą uważam za wygraną.
Na pogrzebie Ryszard i Grażyna stali w pierwszym rzędzie i przyjmowali kondolencje. Ktoś powiedział do Grażyny: „Pani tak się poświęciła”. Nie sprostowałam. Stałam z tyłu z panią Zofią.
Trzy dni po pogrzebie przyjechał do mnie Ryszard sam, bez Bożeny, w kurtce, która wisiała na nim jak na wieszaku, bo przez te miesiące schudł. Usiadł w mojej kuchni i przez pierwsze dziesięć minut mówił o pogodzie i o tym, że ładnie mieszkam. Potem powiedział, po co przyjechał. Powiedział, że sprawa cywilna zniszczy całą rodzinę, że jeśli wycofam zawiadomienie i dogadamy się polubownie, to on odda mi połowę tego, co dostał ze sprzedaży, i wszyscy będziemy mieli spokój.
Powiedziałam, że zawiadomienie w prokuraturze nie działa w ten sposób i że pozew złożyła babcia za życia, a nie ja. Wtedy zmienił ton. Powiedział: „Marlena, ona miała osiemdziesiąt jeden lat i złamane biodro. Ona nie wiedziała, co robi”.
Popatrzyłam na niego i zadałam mu jedno pytanie. Zapytałam, czy pamięta, co powiedział mi przy furtce, kiedy przyjechałam z czajnikiem. Nie odpowiedział, więc powtórzyłam mu to jego własnymi słowami, że nie mam głosu, bo mój ojciec nie żyje od dwunastu lat, i dodałam jedno zdanie, jedyne, na jakie miałam wtedy siłę: „Rysiek, ona wiedziała dokładnie, co robi. Ty tylko nie wiesz jeszcze, kiedy to zrobiła”.
Wstał i wyszedł. Nie zamknął za sobą drzwi. Zrobiłam to ja. Otwarcie testamentu odbyło się jedenastego lutego w kancelarii notarialnej w centrum, w tej kamienicy, przed którą czekałam w samochodzie siedemdziesiąt pięć minut, jedząc potem pączki.
Zawiadomienia wysłał adwokat Marek Sadowski, którego babcia dwudziestego trzeciego maja ustanowiła wykonawcą testamentu. O tym też mi nie powiedziała. Przy stole siedzieli pani notariusz Anna Wielgorz, mecenas Sadowski, Ryszard z Bożeną, Grażyna z mężem i ja. Ryszard wszedł pewnym krokiem i powiedział do mnie od progu: „No to teraz się okaże, kto się rzeczywiście matką zajmował”.
Pani notariusz otworzyła protokół i zaczęła czytać. „Testament sporządzony w formie aktu notarialnego dwudziestego trzeciego maja w tej kancelarii w obecności notariusza przez Halinę Zarębską, w pełni świadomą i swobodnie podejmującą decyzję. Punkt pierwszy. Do całości spadku powołuję moją wnuczkę Marlenę Zarębską, córkę mojego zmarłego syna Jerzego”.
Bożena powiedziała głośno: „Co pani notariusz? ” Czytała dalej. „Punkt drugi. Wydziedziczam mojego syna Ryszarda Zarębskiego oraz moją córkę Grażynę Wilk”.
I potem był fragment, którego babcia podyktowała pięć zdań, a notariusz zapisała je co do słowa, bo tak się przy wydziedziczeniu robi. Przyczyna musi być wskazana wprost. Brzmiało to tak: „Przyczyną wydziedziczenia jest uporczywe niedopełnianie wobec mnie obowiązków rodzinnych. Moje dzieci przez ostatnie lata nie interesowały się moim zdrowiem ani warunkami mojego życia.
Nie udzielały mi pomocy w chorobie ani po złamaniu biodra. Nie odwiedzały mnie, a jedyne rozmowy, jakie ze mną prowadziły, dotyczyły sprzedaży mojego domu wbrew mojej wyraźnej woli”. Cisza w tej sali trwała może osiem sekund. Potem Grażyna powiedziała: „Ale zachowek nam się należy”.
I wtedy odezwał się mecenas Sadowski, spokojnie, tym tonem, jakim mówi się rzeczy, które się mówiło już sto razy. Powiedział: „Nie. Skuteczne wydziedziczenie pozbawia prawa do zachowku. Na tym ono polega.
Państwo nie dostają nic”. Ryszard wstał od stołu tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o kaloryfer. Powiedział: „To ona ją do tego namówiła. Ona jej to podsunęła”.
Mecenas Sadowski otworzył teczkę i wyjął jedną kartkę. Powiedział: „Panie Ryszardzie, pani Halina przewidziała to zastrzeżenie. Poprosiła, żebym w takim wypadku odczytał jej oświadczenie”. I przeczytał: „Były to dwa zdania.
Nikt mnie do niczego nie namawiał. Moja wnuczka czekała tego dnia w samochodzie i do dziś nie wie, po co ją prosiłam, żeby mnie tu przywiozła”. Siedziałam przy tym stole i pierwszy raz od pogrzebu naprawdę się rozpłakałam, bo ona wiedziała. Ona osiem miesięcy wcześniej wiedziała dokładnie, co powiedzą, i przygotowała na to zdanie.
Sprawa cywilna skończyła się w czerwcu. Sąd stwierdził nieważność umowy sprzedaży z trzeciego lipca. Osoba, która występowała jako pełnomocnik, nie miała umocowania, a nabywca nie mógł powoływać się na dobrą wiarę, bo jest bratem żony rzekomego pełnomocnika i uczestniczył w rodzinnych ustaleniach. Wpis w księdze wieczystej został wykreślony w sierpniu.
Dom wrócił do masy spadkowej, czyli do mnie. Marian Kot zażądał zwrotu sześciuset dziewięćdziesięciu tysięcy. Zapłacili mu Ryszard i Bożena, bo to oni te pieniądze wzięli i sprzedali na to swoje mieszkanie w bloku. Grażyna dostała ze sprzedaży sto siedemdziesiąt tysięcy i wydała je w ciągu roku.
Sąd zasądził od niej zwrot. Ściąga to komornik. Postępowanie karne skończyło się w listopadzie. Wyroki w zawieszeniu, grzywny, obowiązek naprawienia szkody.
Nie poszłam na ogłoszenie. Grażyna zadzwoniła do mnie w grudniu. Nie poznałam jej głosu. Był cienki i szybki, bez tej całej lekkości, z jaką mówiła kiedyś, że ja mam czas.
Mówiła, że została z niczym, że Ryszard z nią nie rozmawia, że przecież jesteśmy rodziną i że babcia by tego nie chciała. Pozwoliłam jej mówić dwie minuty. Potem zadałam jedno pytanie. Zapytałam, ile razy była u babci w ciągu ostatnich czterech lat.
Milczała długo, a potem powiedziała: „Marlena, ja miałam swoje sprawy”. Odpowiedziałam: „Siedem. Trzy razy na imieninach”. I odłożyłam słuchawkę.
Domu nie sprzedałam. Wszyscy mnie o to pytają i wszyscy uważają, że powinnam, bo sto osiemdziesiąt kilometrów to sto osiemdziesiąt kilometrów i bo dach znowu wymaga roboty. Jeżdżę tam raz w miesiącu, koszę trawę, wietrzę, sprawdzam piec. W kuchni na parapecie stoi mosiężna lampka z zielonym kloszem.
Ta prawdziwa. Znalazłam ją w kartonie w garażu, kiedy odzyskałam klucze. Bożena spakowała ją do pudła z napisem „różne”. Kiedy przyjeżdżam, zapalam ją.
Wiem, że to nie ma sensu, bo w tym domu nie ma już nikogo, kto miałby wracać. Ale sąsiadka pani Zofia powiedziała mi w zeszłym roku, że jak widzi to światło, to jej lżej. W pracy zmieniło się jedno. Przy każdym wywiadzie środowiskowym w sprawie umieszczenia w placówce zadaję teraz pytanie, którego wcześniej nie zadawałam.
Pytam osobę starszą, bez rodziny w pokoju, czy ona sama tego chce. Kierowniczka powiedziała, że to wydłuża wizyty. Odpowiedziałam, że tak, bo ja przez trzy tygodnie byłam na szkoleniu, a moja babcia w tym czasie wsiadła do busa, myśląc, że jedzie do sanatorium.
Napisz w komentarzu, czy na moim miejscu poszłabyś do prokuratury przeciwko własnej rodzinie, czy zostawiłabyś to i po prostu zabrała babcię do siebie.


