Położyłem na stole porozumienie o przekazaniu pięciuset tysięcy złotych z oszczędności mojej zmarłej żony. Kinga już wołała Michała do zdjęcia z jej matką. Dałem im dwadzieścia tysięcy na start, a w dokumencie było napisane, że zobowiązuję się przekazać całą resztę na uruchomienie pracowni ruchowo-plastycznej dla dzieci. Lokal należał do matki Kingi, remont miał kosztować dziewięćdziesiąt tysięcy, wyposażenie prawie dwieście.

Wziąłem telefon i zadzwoniłem do Michała. Oryginał wrócił do teczki Kingi. Nie dałem Kindze prawa do mojego rachunku – jeśli mnie zabraknie, Janusz będzie miał te pieniądze i wiedział, co mi obiecał. Jutro mieliśmy iść z tym do banku.
Schowałem kopię do teczki z dokumentami Ireny i zadzwoniłem do brygadzisty, z którym Michał pracował przy montażach. Sześćdziesiąt osiem tysięcy z weselnym prezentem – tyle wynosiła zaliczka, którą już wypłacił. Brygadzista zawołał Michała do rampy. Schował aparat i nie wrócił do ciężarówki.
Musiałem jechać do pracowni. Kinga wsunęła harmonogram do teczki, Michał odwrócił się do muralu, a potem zwrócił się do mnie. Kinga zachowała spokój aż do wyjścia, ruszyła do samochodu, a on wsiadł do auta. Nie miała umocowania do rachunku, więc zadzwoniłem do Michała.
Po południu pojechałem do matki Kingi. Zaprosiła do kuchni, lecz nie postawiła herbaty. Potem pojechałem do mieszkania młodych. Pieniądze chroniły pięćset tysięcy, ale nie chroniły Michała przed decyzją, którą podjął bez żadnego przymusu prawnego.
Przeczytał termin i schował kartkę do kieszeni. Miał na koncie niewiele ponad trzynaście tysięcy, a to nie moje nazwisko do długów. Kinga odpowiedziała, że do poniedziałku znajdzie finansowanie. Kinga ustawiała Michała do kolejnego filmu, potem pojechała do domu przygotować zapisy.
„Daję wam do południa” – powiedziała. „Ty obiecałeś” – zwróciła się do niego. Michał miał sprzedać motocykl i zamknąć należność do końca tygodnia. Nawet pełne pięćset tysięcy nie zmieniłoby faktu, że Kinga publicznie sprzedawała termin bez gotowego zaplecza.
Scenografka dała Michałowi czas do siedemnastej, a Kinga wyszła i zwróciła się do mnie. Wrócił do pracowni, a Kinga pojechała do mieszkania. Ja też pojechałem do ich mieszkania, bo zapytał o tablet. Część kartonów wywieziono do lokalu, a Kinga powiedziała, że oddała urządzenie do naprawy.
Michał zadzwonił do żony przy mnie, potem sam zadzwonił do każdego dostawcy. Przy trzeciej rozmowie Kinga weszła do mieszkania. Michał podłączył urządzenie do zwykłego przewodu z telefonu i przesunął tablet do szuflady. Kinga odwróciła się do mnie.
„Nie potrzebujesz mnie do tej rozmowy” – powiedziałem. Kinga pojechała do pracowni sama. W środę jej matka przyjechała do lokalu z kartonami. „Wracaj do ojca” – usłyszała Kinga.
Wróciła sama do mieszkania. Potem zapytała wprost, czy po śmierci Ireny Janusz dostanie całe pięćset tysięcy. Ostatnia rozmowa była jak plik do druku – Kinga przyjechała do teatru przed północą. Skróciłem rozmowę do tego, co było ważne.
Zwróciła się do mnie, ale nie podszedłem do drzwi. „Folder, małżeństwo i dalsza droga należą do ciebie” – powiedziałem. Michał wrócił do teatru w południe. Wróciliśmy do rekwizytorni.
Podobno tam szukają ludzi do nocnych montaży, więc zadzwonił do brygady w Piotrkowie. Nie dotarł do wyjścia. Potoczyła się do krawędzi sceny, a nad nami wisiała konstrukcja dekoracji do komedii. Michał włożył listę do torby.
„Po wszystkim jadę do Piotrkowa” – powiedział, chowając kartkę do kieszeni obok obrączek. Zadzwonił do kierownika, ale nie wszedł do publicznej kłótni. Dostałem dwa wezwania do uzupełnienia informacji. „Potwierdzę jutro do południa” – powiedziałem.
Kierowca mógł zabrać Michała do bazy, miał godzinę do wyjazdu. Zgodził się, więc poszliśmy do teatralnego automatu, nie do mojego mieszkania. Zanim wyszedł, odwrócił się do zdjętej ściany, skinął głową i poszedł do samochodu.
„Dziękuję, że zostaliście do zdjęcia” – powiedziałem na koniec, choć nie miałem pewności, czy to zdjęcie kiedykolwiek powstanie.


