Drzwi były jasnoniebieskie, jeszcze całkiem dobrej jakości. Takie z czasów, kiedy człowiek kupował ubrania raz na dziesięć lat i nosił je, aż same się nie rozpadły. Złapałem kluczyki do mojego wysłużonego Opla i westchnąłem ciężko. „No już dobrze, paniusia” – burknąłem do ekranu telefonu, na którym świeciła wiadomość od Danuty.

Jej matka wyjechała do Holandii, kiedy Ola miała dziewięć lat. Rano robiłem jej kanapki do szkoły, potem leciałem do roboty. „Tato, tylko proszę cię, nie pytaj ile kosztował dom” – powiedziała kiedyś Ola. Do dziś pamiętałem ten moment.
Przytuliła się wtedy do mnie mocno i szepnęła: „To trudno, damy sobie radę”. I dawaliśmy. Ja naprawiałem wszystko, co się zepsuło, a ona patrzyła na mnie z dumą i mówiła: „Mój tata wszystko naprawi”. Ale teraz stałem przed domem, do którego drzwi były do ściany.
Nie problemem do ukrycia, nie człowiekiem, którego trzeba pilnować przy eleganckim stole, bo czułem, że coś się zmienia. Weszliśmy do środka i wtedy już wiedziałem, że jestem w innym świecie. „Tato, no już siedzę cicho” – powiedziała Ola, a Danuta zaprosiła nas do stołu. Usiedliśmy i powiem wam, że byłem kiedyś na stypie weselszej od tej kolacji.
„Do Jagnięciny? ” – spytała Danuta, jakbym poprosił o keczup do komunii. Tutaj dostałem espresso w filiżance wielkości kieliszka do lekarstw i rozmowę o kursach franka szwajcarskiego. Siedziałem w salonie jak uczeń wezwany do dyrektora.
„Jak ekspres do kawy, to próbuję” – powiedziałem. „No co? ” – zapytała Zosia, nachylając się do mnie konspiracyjnie. „Przecież alarm jest podłączony do sieci” – szepnęła.
Doszliśmy do końca korytarza. Małe, niepozorne drzwi, zupełnie niepasujące do reszty domu. No i wtedy już wiedziałem. Podszedłem do drzwi i otworzyłem je.
Na środku stał stary motocykl WSK, rozebrany prawie do ostatniej śrubki. Stałem w tym ukrytym warsztacie i czułem się, jakbym odkrył tajne przejście do równoległego świata. To nie była chwilowa zachcianka. Kiedyś chciałem nawet iść do technikum samochodowego, ale matka uparła się na studia.
„No nie wierzę” – powiedziałem cicho. Zosia weszła do środka z latarką i od razu usiadła na skrzynce narzędziowej. Podszedłem do stołu warsztatowego, a Marek zaprowadził mnie do ściany za regałem. „No i wszystko jasne” – powiedziałem.
„No proszę. A jednak pamiętasz, do czego służą ręce? ” – odpowiedział Marek. „Człowiek wraca do ustawin fabrycznych” – dodałem.
„No tak, artyści od lampek i świeczek” – zaśmiał się. Czasem specjalnie jadę do pracy okrężną drogą, tylko żeby posłuchać silnika – pomyślałem. Marek podszedł do półki i wyciągnął słoik ogórków. „No to dawaj” – powiedziałem.
I dokładnie wtedy drzwi do warsztatu otworzyły się szeroko. Ola patrzyła na mnie kompletnie zaskoczona, a Danuta wyglądała, jakby system operacyjny właśnie przestał odpowiadać. „No to dobrze” – powiedziała Zosia, schodząc ze skrzynki. Kamil wszedł głębiej do warsztatu, a Ola podeszła do stołu, dotknęła kluczy, spojrzała na motocykl, na radio, na słoiki i powiedziała cicho: „Marek, ja przez pół życia chciałam tylko, żeby pralka wytrzymała do pierwszego”.
Opowiedziałem mu wszystko. Jak żona wyjechała do Holandii, jak na początku dzwoniła codziennie, potem raz w tygodniu, potem tylko na święta. Jak Ola miała gorączkę, a ja siedziałem przy niej całą noc i rano szedłem do roboty bez snu. Marek słuchał.
Podszedłem do niego i objąłem go ramieniem. „No i oczywiście zostawcie lajka” – powiedziałem z uśmiechem, patrząc na warsztat, który nagle stał się moim domem.


