Kolejka w Kauflandzie przy Górczyńskiej. Wtorek, 17:40. Za mną cztery osoby. Przede mną taśma z moimi zakupami.

Klep, mleko, dwie puszki, proszek do prania i kilogram jabłek. Sto dwadzieścia trzy złote i osiemnaście groszy. Karta odrzucona. Spróbowałem drugi raz.
Odrzucona. Powiedziałem kasjerce, że musi być awaria. Odparła, że terminal działa. Wyjąłem z portfela wszystko, co miałem – czterdzieści złotych i bilon – i poprosiłem, żeby zdjęła proszek i jabłka.
Miałem wtedy sześćdziesiąt trzy lata, czterdzieści jeden lat pracy w zawodzie i konto zajęte przez komornika. Dowiedziałem się o tym przy taśmie, przy czterech obcych ludziach stojących za moimi plecami. Kwota, przez którą tam stałem? Dwieście dziewiętnaście tysięcy złotych.
Trzy zobowiązania, których nigdy w życiu nie podpisałem. Największe z nich – sto pięćdziesiąt tysięcy. Niech to na chwilę osiądzie. Ale wybiegam naprzód.
Cofnę się trochę. Nazywam się Janusz Sikora. Mam sześćdziesiąt trzy lata. Mieszkam w Gorzowie Wielkopolskim na Górczynie i całe życie jestem elektrykiem.
Zaczynałem w osiemdziesiątym pierwszym jako uczeń na wydziale energetycznym Stilonu – tego samego Stilonu, którego dziś już prawie nie ma, a którego kominy pamięta w tym mieście każdy, kto ma ponad pięćdziesiąt lat. Od dziewięćdziesiątego trzeciego pracuję na swoim. Instalacje, rozdzielnice, pomiary, odbiory. Mam w tym fachu jedno zdanie, które powtarzałem uczniom przez trzydzieści lat.
Prąd nie dyskutuje. Albo styk jest, albo go nie ma. Z człowiekiem można się spierać godzinę, ale z miernikiem się nie da. To opowieść o rodzinie i o sprawiedliwości.
Zacznę po kolei. Mariannę poznałem w osiemdziesiątym drugim w stołówce zakładowej. Pracowała w Stilonie na przewijalni, potem po upadku zakładu w sklepie na Piaskach przez szesnaście lat. Pobraliśmy się w osiemdziesiątym czwartym.
Beata urodziła się rok później, Sebastian w dziewięćdziesiątym. Marianna umarła w dwudziestym listopada, w szpitalu przy Deerta. Nie było mnie przy niej, bo wtedy nie wpuszczali. To zdanie musi w tym kraju wypowiedzieć bardzo wielu ludzi z mojego rocznika i żaden z nas nie nauczył się mówić go spokojnie.
Beata mieszka w Szczecinie. Jest pielęgniarką na oddziale wewnętrznym. Dzwoni w każdą niedzielę o siedemnastej od pięciu lat i nigdy nie spóźnia się więcej niż dziesięć minut. Sebastian został w Gorzowie.
Zawsze był tym zdolniejszym z dwojga. Mówił szybciej, śmiał się głośniej, umiał wejść do pokoju pełnego ludzi i po pięciu minutach być w centrum. Chodził za mną po budowach od czternastego roku życia i naprawdę miał rękę do roboty. Nie chciał tego fachu.
Poszedł w sprzedaż, potem w swój biznes, potem w kolejny. W dwudziestym drugim poprosił mnie o trzydzieści tysięcy wkładu do spółki z kolegą, coś z fotowoltaiką. Powiedział: „Tato, za pół roku oddam z górką”. Dałem.
Miałem odłożone po Mariannie i uznałem, że to lepiej pracuje w rękach syna niż na lokacie. Nie oddał. Nie wspomniał o tym więcej ani razu. A ja nie zapytałem, bo ojciec, który przypomina synowi o pożyczce, staje się wierzycielem i przestaje być ojcem.
Tak sobie wtedy tłumaczyłem. Teraz wiem, że to była pierwsza rzecz, której nie zmierzyłem. Z tamtych lat muszę wspomnieć o dwóch rzeczach. Bez nich nic z tego, co opowiem, nie miałoby prawa się wydarzyć.
Pierwsza. W dwudziestym pierwszym Sebastian założył mi bankowość elektroniczną. Siedział u mnie przy stole cały wieczór, z moim dowodem i moim telefonem, i mówił: „Tato, wszystko ci wylikam. Po co masz stać w oddziale?
”. Byłem z niego wtedy dumny jak głupi. Hasło zapisałem w zeszycie w kratkę, tym leżącym przy telefonie stacjonarnym w przedpokoju, tym samym, w którym mam numery do hurtowni i do dwóch hydraulików. Jedno hasło do wszystkiego, wielkimi literami, żebym widział bez okularów.
Druga. Tego samego wieczoru Sebastian założył mi adres mailowy. Powiedział, że będą na niego przychodzić faktury z hurtowni. Nigdy w życiu nie zalogowałem się na tę skrzynkę.
Nie umiem i nie chcę. Mam sześćdziesiąt trzy lata, trzech stałych klientów i telefon z klapką w kieszeni roboczej. Marek Sobczak był moim uczniem w dwutysięcznym szóstym. Dziś ma firmę przy Walczaka.
Monitoringi, sieci, alarmy. Raz w roku przed świętami przywozi mi karton mandarynek i mówi: „Panie Januszu, gdyby pan czegoś potrzebował z tych komputerów, to pan dzwoni”. Za każdym razem odpowiadałem, że nie potrzebuję. Zacznę od tego, czego wtedy nie zrozumiałem.
W sierpniu przyszła mi emerytura mniejsza o siedemset dwadzieścia złotych. Poszedłem do ZUS-u przy Sikorskiego, odstałem swoje, a pani w okienku powiedziała, że jest zajęcie komornicze. Powiedziałem, że to pomyłka, bo ja nigdy nikomu nie byłem winien złotówki. Pani odpowiedziała, że ona nic nie może i że muszę iść do komornika.
Nie poszedłem. Powiem to wprost, bo to jest część tej historii, z której nie jestem dumny. Przez pięć tygodni nie poszedłem, bo byłem pewien, że to się samo wyjaśni, że ktoś gdzieś pomylił pesel. Człowiek, który przez czterdzieści lat sprawdzał każdy styk dwa razy, we własnej sprawie założył, że pewnie się wyjaśni.
Trzynastego października karta nie przeszła w Kauflandzie. Zablokowali mi rachunek. To już nie było siedemset złotych z emerytury. To był cały dostęp do pieniędzy, z których żyję.
Wracałem do domu z jedną reklamówką zamiast z dwiema. Szedłem przez most na Warcie i pamiętam, że była mgła – taka październikowa, w której nie widać drugiego brzegu – i że myślałem wyłącznie o jednym: żeby nie spotkać nikogo znajomego. W domu zrobiłem kawę i wypiłem ją całą, stojąc przy blacie. Dopiero potem zadzwoniłem do syna.
Sebastian odebrał po czwartym sygnale. Opowiedziałem mu o karcie i o ZUS-ie. Powiedział: „Tato, spokojnie. To na pewno jakieś oszustwo.
Teraz kradną dane na potęgę. Jutro to załatwimy”. Odetchnąłem. Naprawdę odetchnąłem.
Miałem syna, który się tym zajmie. Nie zadzwonił ani jutro, ani przez następne dziewięć dni. Poszedłem sam, dwudziestego drugiego października, z dowodem osobistym i z zawiadomieniem, które znalazłem w skrzynce. Pani w kancelarii komorniczej sprawdzała mnie w systemie może cztery minuty.
Potem odwróciła monitor lekko w moją stronę i zaczęła czytać. Trzy postępowania, nie jedno. Pierwsze z dwudziestego trzeciego – dwadzieścia osiem tysięcy. Drugie – dwadzieścia cztery.
Trzecie, najnowsze – sto pięćdziesiąt tysięcy plus odsetki i koszty. Wierzyciel przy tym największym? Fundusz sekurytyzacyjny, czyli firma, która kupuje długi od banków. Pierwotny wierzyciel – bank, w którym nigdy nie miałem konta.
Zapytałem, jak to możliwe, żeby istniał komornik, skoro nigdy nie dostałem żadnego pisma z sądu. Pani odpowiedziała, że nakazy zapłaty wydał e-sąd, a korespondencja szła na adres podany w umowie. Poprosiłem, żeby przeczytała ten adres. Kosynierów Gdyńskich.
Mieszkanie po mojej matce, w którym mieszkałem do dwutysięcznego jedenastego i które sprzedaliśmy po jej śmierci. Sebastian znał ten adres, bo spędził tam całe dzieciństwo. Poprosiłem o wydruki. Pani powiedziała, że mogę przeglądać akta, i dodała jeszcze jedno zdanie.
Spokojnie, bez cienia złośliwości, bo ona naprawdę nie była tu winna niczego. „Panie Sikoro, dla mnie pan jest dłużnikiem. Ja wykonuję tytuł wykonawczy. To pan musi załatwić w sądzie”.
Wyszedłem na Chrobrego i stałem pod tą kamienicą, aż zdrętwiały mi ręce. To jeszcze nie było najgorsze. Pojechałem do niego tego samego wieczoru. Mieszka na Piaskach, w bloku na drugim piętrze, z Klaudią.
Otworzył w dresie, z telefonem w ręce. Powiedziałem mu, ile jest postępowań, jakie kwoty i jaki adres do korespondencji. Nie podniosłem głosu ani razu. Możecie mi wierzyć albo nie, ale ja naprawdę nie umiem inaczej.
Sebastian najpierw mówił to, co mówił przez telefon – że kradną dane, że są wycieki, że to jakiś Rumun z internetu. Zapytałem, skąd Rumun z internetu miałby znać adres, pod którym mieszkaliśmy do dwutysięcznego jedenastego. I wtedy mój syn zmienił twarz. Nie na złą.
Na spokojną. To było najgorsze. Oparł się o framugę, popatrzył mi w oczy i powiedział: „Tato, no i co teraz zrobisz? Pójdziesz na policję na własnego syna?
”. Milczałem. „Udowodnij jedno słowo”. Powiedział to bez agresji, prawie życzliwie.
Tak jak się mówi komuś, kto i tak nie ma szans, żeby oszczędzić mu chodzenia. A potem dodał jeszcze coś, i to zdanie chodziło za mną przez cztery miesiące. „Mama by tego nie zrobiła”. Zszedłem po schodach.
W samochodzie siedziałem chyba dwadzieścia minut, zanim przekręciłem kluczyk, bo trzęsły mi się ręce. A ja mam siedemdziesiąt osiem lat stażu za kierownicą, licząc od pierwszej WF-mki, i nigdy wcześniej mi się nie trzęsły. Beata zadzwoniła w niedzielę o siedemnastej punktualnie. Wiedziała już wszystko.
Sebastian zadzwonił do niej pierwszy tego samego wieczora i przedstawił to po swojemu. „Tato, ja wiem, że on to zrobił, ale posłuchaj mnie. On ma trzydzieści pięć lat. Jak ty zgłosisz, to jest sprawa karna.
On się po tym nie pozbiera”. Powiedziałem, że komornik zabiera mi z emerytury i że mam zablokowane konto. „To weź kredyt konsolidacyjny i spłać. Sprzedaj samochód.
Tato, to są pieniądze, to da się jakoś przeżyć, a tego drugiego się nie odkręci”. Moja siostra Krystyna zadzwoniła w środę i powiedziała krócej: „Januszek, zapłać i zamknij temat. To jest twoje dziecko”. Przez dwa tygodnie liczyłem.
Serio, na kartce, przy kuchennym stole. Samochód, oszczędności. Ile jeszcze mogę robić zleceń przy tych plecach i przy tych oczach? Wychodziło, że dwieście dziewiętnaście tysięcy spłacę w wieku osiemdziesięciu jeden lat.
Jeżeli będę pracował do końca i nie zachoruję. Sebastian mógł zachować się inaczej. Miał na to trzy lata, trzy umowy i jedną rozmowę na klatce schodowej. Wybrał inaczej.
W czwartek, dziesiątego listopada, poszedłem do starostwa, do punktu nieodpłatnej pomocy prawnej. Zapisałem się telefonicznie i pobrałem numerek jak w przychodni. Zrobiłem to dlatego, że nie miałem pieniędzy na adwokata – konto miałem zablokowane – i dlatego, że się wstydziłem. W Gorzowie ludzie się znają.
Nie chciałem wchodzić do żadnej kancelarii w centrum i opowiadać tej historii komuś, kto zna moich klientów. Dyżur miał aplikant. Michał, dwadzieścia dziewięć lat, marynarka, długopis i ten rodzaj skupienia, jaki ma człowiek, który jeszcze nie zdążył się znudzić swoją pracą. Rozłożyłem na stole wszystko, co miałem.
Zawiadomienia od komornika, decyzje z ZUS-u, notatki z akt. Czytał osiemnaście minut. Potem wyjaśnił mi trzy rzeczy, a zajęło mu to czterdzieści. Pierwsza.
Nakazy zapłaty z elektronicznego postępowania upominawczego uprawomocniły się, bo korespondencja szła na adres, pod którym nie mieszkam od czternastu lat. Skoro nigdy ich nie odebrałem, mogę złożyć wniosek o przywrócenie terminu i sprzeciw. Sprzeciw skutecznie wniesiony powoduje, że nakaz traci moc w całości, a bez tytułu wykonawczego komornik nie ma czego egzekwować. Druga.
Sam sprzeciw to za mało. W sądzie i tak trzeba będzie wykazać, że tych umów nie zawierałem. Do tego służą dwie rzeczy. Opinia biegłego z zakresu badania pisma ręcznego przy umowach papierowych oraz dane techniczne przy umowach zawartych przez internet.
Z jakiego adresu IP złożono wniosek? Na jaki numer telefonu przyszedł kod? Z jakiej skrzynki mailowej korespondowano? Z jakiego rachunku wykonano przelew weryfikacyjny i na jaki rachunek wypłacono pieniądze?
Trzecia była tą, po której zrobiło mi się gorąco pod kołnierzem. Bank ani fundusz nie wydadzą tych danych mnie. Wydadzą je prokuraturze, a prokuratura zaczyna działać wtedy, kiedy ktoś złoży zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Zapytałem, czy da się to zrobić bez wskazywania sprawcy.
Michał odłożył długopis i powiedział: „Panie Januszu, ja panu nie powiem, co ma pan zrobić. Powiem tylko, że trzeciej drogi tu nie ma”. Wracałem pieszo przez centrum, chociaż to dwadzieścia pięć minut i padało. Decyzję podjąłem następnego dnia rano, i to nie przy kuchennym stole, tylko w pracy.
Miałem odbiór instalacji w zakładzie fryzjerskim przy Walczaka. Zwykła robota. Pomiar rezystancji izolacji, ciągłość przewodów ochronnych, protokół. Stałem z miernikiem przy rozdzielnicy i sprawdzałem obwód numer siedem.
Na obwodzie siódmym przewód ochronny był podłączony pozornie. Wyglądał dobrze, śruba dokręcona, a ciągłości nie było. Taki styk potrafi wisieć latami i nie robić nic złego, dopóki komuś nie przebije grzałka w suszarce. Wpisałem do protokołu wynik negatywny i zaleciłem naprawę.
Pani właścicielka zapytała, czy nie można by tego jakoś przepuścić, bo przecież działa. Powiedziałem jej to samo, co mówię od czterdziestu lat. „Albo styk jest, albo go nie ma”. I usłyszałem sam siebie.
Do prokuratury poszedłem w następny wtorek. Komisariat przy Wyszyńskiego, dziewiąta czterdzieści. Zeznanie trwało dwie godziny i dwadzieścia minut. Funkcjonariusz miał ze trzydzieści lat.
Pisał wolno i dwa razy dopytywał o nazwiska. Kiedy skończył, zapytałem, czy mogę gdzieś napisać, żeby syna nie zatrzymywano. Odpowiedział uczciwie, że to nie jest jego decyzja i że tego się nie da tak załatwić. Wieczorem zadzwoniłem do Beaty.
Powiedziałem trzy zdania. Że byłem na policji, że to zrobiłem i że chciałem, żeby usłyszała to ode mnie, a nie od kogokolwiek innego. Milczała chyba pół minuty. Potem powiedziała: „Rozumiem, tato” – i odłożyła słuchawkę.
Nie rozmawialiśmy przez dziewięć miesięcy. Do Marka Sobczaka zadzwoniłem w grudniu. Nie po pomoc prawną, tylko po to, żeby wytłumaczył mi, co to jest adres IP i skąd firma wie, kto się skąd logował. Siedzieliśmy u niego na zapleczu przy Walczaka dwie godziny, a on rysował mi to na kartce jak schemat instalacji.
Wtedy dowiedziałem się jeszcze jednego. Ta skrzynka mailowa, którą założył mi syn w dwudziestym pierwszym, została założona jedenaście dni przed pierwszą umową. Nie przed pierwszą fakturą z hurtowni. Przed pierwszą umową pożyczki.
Sąd przywrócił mi termin w lutym i przyjął sprzeciwy. Wszystkie trzy nakazy zapłaty upadły. Komornik umorzył postępowania w kwietniu, a te cztery tysiące sto złotych, które zdążył ściągnąć z mojej emerytury, wróciły do mnie w lipcu. Prokuratura pracowała siedem miesięcy.
Biegły z zakresu badania pisma ręcznego dostał umowę na czterdzieści jeden tysięcy – tę jedyną papierową, podpisaną w oddziale – i dwadzieścia trzy wzory mojego podpisu z lat dwutysięcznego osiemnastego do dwudziestego czwartego. Opinia była jednoznaczna. Podpisu nie nakreśliła ta sama ręka. Reszta była już tylko techniką.
Wniosek o sto pięćdziesiąt tysięcy złożono przez internet w środę o dwudziestej trzeciej czternaście. Adres IP – łącze w mieszkaniu na Piaskach. Numer telefonu podany do kodów autoryzacyjnych – zarejestrowany na Sebastiana. Skrzynka mailowa – ta założona jedenaście dni przed pierwszą umową.
Przelew weryfikacyjny na jedną złotówkę – z mojego rachunku, do którego hasło leżało zapisane wielkimi literami w zeszycie w kratkę przy telefonie w moim przedpokoju. Pieniądze wypłacono na rachunek, którego nigdy nie miałem. Data tego wniosku to dziewiętnasty listopada. Dziewiętnastego listopada o siedemnastej byliśmy całą rodziną na cmentarzu przy Żwirowej, na rocznicy śmierci Marianny.
Czternaście osób. Potem wszyscy przyjechali do mnie na Górczyn na barszcz i kanapki i siedzieliśmy do dwudziestej drugiej. Sebastian wyszedł jako jeden z ostatnich. Uściskał mnie w przedpokoju, przy tym zeszycie.
Godzinę i czternaście minut później złożył wniosek. Akt oskarżenia trafił do sądu we wrześniu. Zarzuty: doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem, przedłożenie nierzetelnych dokumentów w celu uzyskania kredytu, podrobienie podpisu. Przyznał się na pierwszej rozprawie.
Wyjaśnił, skąd to się wzięło. Najpierw jedno zobowiązanie, potem drugie na spłatę pierwszego, potem zakłady, na których miał to wszystko odrobić – i tak przez trzy lata w kółko, coraz szybciej. Nie będę tego opowiadał szczegółowo, bo to nie jest historia o tym, jak się w to wchodzi. To jest historia o tym, kim się przy okazji przestaje być.
Wyrok: rok i sześć miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na cztery lata. Dozór kuratora i obowiązek naprawienia szkody w całości. Zawieszenie nie wzięło się znikąd. W lipcu, jako pokrzywdzony, złożyłem do akt pismo na trzy zdania.
Napisałem, że wnoszę o niewymierzanie kary bezwzględnego pozbawienia wolności, bo oskarżony ma zobowiązania do spłacenia, a z celi nie spłaci ich nikomu – ani mnie, ani funduszowi. Nie powiedziałem o tym nikomu. Ani Beacie, ani Krystynie, ani jemu. Sebastian dowiedział się o tym piśmie od swojego obrońcy w przerwie, na korytarzu.
Widziałem przez szybę, jak czyta. Nie podszedł. Dług przestał być mój. Sąd cywilny oddalił powództwo funduszu przeciwko mnie w listopadzie, a zobowiązanie zostało tam, gdzie powstało.
Zapłaciłem za to inaczej. W listopadzie, kiedy miałem zablokowane konto, musiałem trzem klientom wytłumaczyć, dlaczego nie mogę przyjąć przelewu. Dwóch zrozumiało. Właściciel sklepu przy Kosynierów, dla którego robiłem wszystko od dwutysięcznego dwunastego, podziękował mi za współpracę w grudniu – uprzejmie, bez podania powodu.
Krystyna nie odzywała się przez rok. Spotkaliśmy się dopiero na pogrzebie jej męża w maju. Podeszła do mnie przy bramie cmentarza i powiedziała: „Ty go wsadziłaś”. Odpowiedziałem: „On sam się wsadził.
Ja tylko przestałem za niego płacić rachunek”. Odeszła bez słowa, ale w sierpniu zadzwoniła. Nie czułem triumfu. Ani w lutym, kiedy upadły nakazy, ani w listopadzie, kiedy oddalono powództwo.
Beata odezwała się po dziewięciu miesiącach, we wrześniu, w niedzielę o siedemnastej. Jakby te dziewięć miesięcy było przerwą na reklamę. Na początku rozmowy powiedziała jedno zdanie. „Tato, ja bym tak nie umiała”.
Nie wiem do dziś, czy to była pochwała. Sebastian zadzwonił w czerwcu, po czternastu miesiącach. Spotkaliśmy się na bulwarze nad Wartą, na ławce koło mostu, bo żaden z nas nie chciał spotkać się w mieszkaniu. Nie przeprosił.
Położył na ławce, między nami, wydrukowane potwierdzenie przelewu – sześćset złotych. Pierwsza rata naprawienia szkody. I przesunął je w moją stronę. To był jego sposób.
Ten chłopak od zawsze mówił rzeczami, nie słowami. Wziąłem tę kartkę i złożyłem na pół. Zapytał wtedy: po co napisałem to pismo do sądu, skoro wcześniej poszedłem na policję. Powiedziałem mu prawdę.
I to są jedyne dwa zdania z całego tamtego roku, które powtórzyłbym słowo w słowo. Że to były dwie różne sprawy. Kradzież to jedno, a on to drugie. I że można załatwić pierwszą, nie likwidując drugiego.
Zeszytu przy telefonie już nie ma. Wyrzuciłem go w grudniu. Mam teraz jedenaście różnych haseł, których nie pamiętam, i za każdym razem, kiedy któreś resetuję, klnę pod nosem przez kwadrans. To jest najlepiej wydany kwadrans w moim tygodniu.
Numer Sebastiana mam w telefonie zapisany tak, jak był zapisany zawsze. „Sebastian”. Nie zablokowałem go. Nie zamierzam.
Kiedy ktoś, kogo kochasz, mówi ci „udowodnij”, on nie prosi cię o dowód. On prosi, żebyś odpuścił, bo doskonale wie, że ten dowód będzie kosztował ciebie więcej niż jego. Przez czterdzieści jeden lat żyłem z tego, że coś albo jest, albo go nie ma. I nigdy mi to nie przeszkadzało, bo prąd nie ma uczuć.
Miłość nie jest pomiarem, tu się zgadzam. Ale kradzież jest. I jeżeli raz zgodzisz się, żeby ktoś ci pokazał styk, którego nie ma, to od tej pory wszystko w tym domu będzie „prawie”.


