Mój mąż trzasnął drzwiami, bo powiedziałam mu, że nie zamierzam dłużej sama płacić za mieszkanie, rachunki i jedzenie, podczas gdy on wydaje swoją wypłatę na piwo i dywaniki do auta. „Jestem…

Mój mąż trzasnął drzwiami, bo powiedziałam mu, że nie zamierzam dłużej sama płacić za mieszkanie, rachunki i jedzenie, podczas gdy on wydaje swoją wypłatę na piwo i dywaniki do auta. „Jestem...

Zbyszek odsunął talerz tak gwałtownie, że widelec zadzwonił o blat. Jeszcze przed chwilą leżała na nim porządna porcja zapiekanki z ziemniakami, kiełbasą i serem. Basia stała przy kuchennym stole i zbierała okruszki na dłoń. – Nie żartuję, Zbyszek.

Thumbnail

W tym miesiącu zapłaciłam czynsz, prąd, gaz, internet. Kupiłam jedzenie, proszek do prania, papier toaletowy, wszystko. A ty? Zbyszek prychnął, jakby usłyszał największą głupotę świata.

– A ja pracuję – rzucił. – Tak samo jak ty. – No właśnie, tak samo jak ja. Tylko że po mojej wypłacie zostają rachunki i pełna lodówka, a po twojej nowe dywaniki do auta i piwo z ryśkiem.

Na jego twarzy pojawiło się święte oburzenie, takie jakie mają mężczyźni, kiedy ktoś przez pomyłkę nazwie ich wygodnictwo po imieniu. – Moja wypłata to moja sprawa – powiedział twardo. – Mieszkanie jest twoje, Basia. Twoje mieszkanie, twoje opłaty.

Ja tu nie jestem właścicielem. Basia powoli strzepnęła okruszki do kosza. Nawet nie podniosła głosu i właśnie to najbardziej go drażniło. Gdyby płakała, gdyby krzyczała, mógłby powiedzieć, że znowu robi scenę.

A ona stała spokojna, zmęczona, z rękawami swetra podciągniętymi do łokci. – Nie jesteś właścicielem, ale mieszkasz tu codziennie. Bierzesz prysznic, ładujesz telefon, oglądasz telewizor, jesz obiady. Internet też jakoś nie pyta, czy jesteś wpisany w księgę wieczystą.

– Oho, zaczyna się wykład – burknął Zbyszek. – Nie, to nie wykład. To zwykła rozmowa. I nie chodzi tylko o pieniądze.

Chodzi też o dom. Wracasz czasem godzinę, czasem dwie przede mną. Mógłbyś odkurzyć mieszkanie, wynieść śmieci, nastawić ziemniaki, zmyć po sobie talerz. A ty siadasz na kanapie i czekasz, aż ja wrócę.

Zbyszek aż się wyprostował. – Czyli teraz mam jeszcze obiadki gotować? Jak wrócę wcześniej, to mam założyć fartuszek i czekać na panią z ziemniakami? No chyba cię poniosło.

– Nie masz być dorosłym człowiekiem we własnym domu. – W twoim domu? – warknął. – Dobrze, w moim mieszkaniu, skoro tak bardzo chcesz to podkreślać.

Przez chwilę słychać było tylko tykanie starego zegara z odpustu, który Basia dostała od matki na imieniny. – Ja jestem facetem, Basia. Nie będziesz mnie rozliczać z każdej złotówki i z każdego talerza. – Nie rozliczam cię z każdego talerza.

Proszę, żebyś po sobie zmył chociaż jeden. – A jutro co? Grafik mi rozpiszesz? W poniedziałek odkurzanie, we wtorek śmieci, w środę zupa ogórkowa.

– Gdybyś robił cokolwiek sam z siebie, nie trzeba byłoby grafiku. Trafiła. Widać było po jego oczach. Przez sekundę coś mu drgnęło na twarzy, ale zaraz przykrył to gniewem.

– Najpierw moja kasa na twoje zakupy, teraz jeszcze sprzątanie. Może mam ci pensję oddawać do koperty i meldować się przy drzwiach? – Masz dorzucać się do życia, które prowadzimy razem i pomagać w mieszkaniu, w którym razem brudzimy, jemy i zużywamy wodę, prąd i gaz. – Nie będziesz mi mówić, co mam robić.

Wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę. Basia nawet nie drgnęła. Patrzyła na niego spokojnie, ale w tym spokoju było coś nowego. Jakby w środku zamknęły się jakieś drzwi.

– To ja ci powiem krótko – odezwała się. – Od dziś rachunki i zakupy są wspólne. Obowiązki też. Nie będę cię utrzymywać i obsługiwać, bo masz dwie zdrowe ręce.

A jak ci się nie podoba, to sam zdecyduj. Zbyszek nie spodziewał się tego. Był przygotowany na łzy, wyrzuty, może nawet prośby. A Basia stała przy stole i patrzyła na niego tak, jak patrzy się na kogoś, komu właśnie skończył się kredyt zaufania.

– Dobra – syknął. – Skoro tak stawiasz sprawę, to ja idę do Ryśka. Zobaczymy, jak długo będziesz taka mądra. Ruszył do przedpokoju, głośno tupiąc.

Z wieszaka zerwał kurtkę, wcisnął stopy w buty, nawet nie rozwiązując sznurówek. – Jak ochłoniesz i przeprosisz, to może wrócę! – krzyknął jeszcze. Basia wzięła jego pusty talerz i wstawiła do zlewu.

– Tylko nie zapomnij po drodze kupić sobie kolacji – powiedziała cicho. Drzwi trzasnęły tak mocno, że na półce w przedpokoju zabrzęczały klucze. Basia odkręciła wodę, opłukała talerz, potem wytarła ręce w ściereczkę. Nie płakała, nie miała już siły na łzy.

Sięgnęła po telefon i wybrała numer matki. – Mamo – powiedziała zwyczajnym głosem. – Zbyszek właśnie postanowił zostać wolnym panem. Poszedł do Ryśka, bo nie spodobało mu się, że ma płacić za jedzenie, rachunki i czasem ruszyć ręką w domu.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, a potem rozległ się niski, serdeczny śmiech. – No proszę, wolny pan się znalazł. Dobrze, Basiu, jutro rano przyjadę. – Mamo, tylko bez awantur.

– Ależ dziecko, jaka awantura – odparła Wiesia słodko. – Przywiozę tylko pomocnika. Taki spokojny, kudłaty argument. Zobaczymy, czy Zbyszek dalej będzie taki niezależny.

Zbyszek leżał u Ryśka na kanapie i już po pierwszej godzinie wiedział, że honor honorem, ale kręgosłup ma swoje zdanie. To nawet nie była porządna kanapa, raczej rozkładany zabytek. Materiał był wytarty na środku, bok zapadał się jak stary materac, a jedna sprężyna wbijała się dokładnie tam, gdzie człowiek najmniej potrzebuje niespodzianek. Rysiek siedział przy komputerze w słuchawkach, podświetlony niebieskim blaskiem monitora.

Co jakiś czas klikał myszką, mruczał coś pod nosem i popijał napój prosto z butelki. – Ty śpisz czy jęczysz? – rzucił bez odwracania głowy. – Jak mam spać na tym narzędziu tortur?

– burknął Zbyszek, przewracając się na drugi bok. – Nie marudź, sam przyszedłeś. No i tyle było ze współczucia. Zbyszek zacisnął zęby.

Nie wróci teraz do Basi. Nie po tym, jak tak pięknie trzasnął drzwiami. Musiał wytrzymać. Tylko że noc była długa, kanapa krótka, a Rysiek chrapał później tak, jakby ktoś odpalił stary traktor.

Rano Zbyszek obudził się połamany, z głową ciężką jak po weselu. W kuchni Ryśka znalazł suchą bułkę, kawałek sera zawinięty w folię i herbatę w kubku z napisem „Najlepszy kumpel”. Choć to określenie wydawało mu się w tej chwili mocno przesadzone. Podniósł herbaciany woreczek za sznurek.

Był blady, zmęczony i wyglądał tak, jakby ktoś go parzył już od Bożego Narodzenia. – Masz coś normalnego do jedzenia? – zapytał. Rysiek w samych dresach podrapał się po brzuchu.

– Keczup jest. – Na śniadanie? – A co, hrabia jesteś? Zbyszek nie odpowiedział.

Wziął telefon, wyszedł na klatkę i zadzwonił do matki. Jadwiga zawsze była konkretna, ale przecież syn to syn. Liczył, że westchnie, powie „przyjedź dziecko, zrobię jajecznicę”, a potem dołoży Basi przez telefon, że przesadza. Odebrała po trzecim sygnale.

– No Zbyszek, co tam? – W tle słychać było radio i stukanie garnków. – Mamo, mogę do ciebie wpaść? Pokłóciłem się z Basią.

Na parę dni bym został. – A o co poszło? – zapytała krótko. Zbyszek skrzywił się.

– No bo ona już całkiem przesadza. Każe mi dokładać się do jedzenia, rachunków, czynszu, prądu, internetu. Jeszcze wymyśliła, że jak wrócę wcześniej z pracy, to mam sprzątać, gotować, śmieci wynosić. Ja po robocie mam jeszcze ziemniaki nastawiać?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Taka, po której człowiek zaczyna żałować, że w ogóle otworzył usta. – Czyli mieszkasz u niej? – powiedziała w końcu Jadwiga powoli.

– Za wynajem nie płacisz. Jej obiady. Kąpiesz się w jej łazience. Światło palisz.

Internetem się bawisz. A ona ma za to wszystko płacić sama? – Mamo, ale to jej mieszkanie. – Nie przerywaj mi.

I jeszcze masz pretensje, że jak wrócisz wcześniej, to Basia chce, żebyś zupę podgrzał, odkurzył albo śmieci wyniósł. Synu, ręce ci od tego nie odpadną. – Ale ja jestem facetem. – Ty nie jesteś facetem, tylko wygodnicki chłop.

Facet to umie zarobić, zapłacić, pomóc i jeszcze nie robić z siebie ofiary przy talerzu. A ty co? Król kanapy? – Mamo, ty chyba nie rozumiesz.

– Ja rozumiem. Aż za dobrze. Ojca twojego też musiałam kiedyś nauczyć, że skarpety same nie idą do pralki. Tylko twój ojciec załapał szybciej.

Zbyszek poczuł, jak robi mu się gorąco. – To mogę przyjechać czy nie? – Nie. – Jak to nie?

– Normalnie. Nie przyjeżdżaj mi tu z torbą i obrażoną miną. Nie będę dorosłemu synowi robiła hotelu, bo mu żona kazała wynieść śmieci. Wracaj do Basi, przeproś i dorzuć się do domu.

– Serio? – Bardzo serio. I nie dzwoń do mnie po litość, bo mam rosół na gazie. Rozłączyła się.

Zbyszek przez chwilę patrzył w ekran telefonu, jakby urządzenie osobiście go zdradziło. Wrócił do mieszkania Ryśka, ale tam czekała na niego tylko zimna bułka i kolega, który właśnie zapytał, czy długo jeszcze będzie blokował łazienkę. To przeważyło. Do Basi wracał z miną człowieka, który idzie na własny proces, ale wciąż udaje, że jest sędzią.

W tramwaju układał sobie w głowie przemowę, że przesadziła, że nie pozwoli sobą pomiatać, że może i wrócił, ale tylko dlatego, że nie będzie spał byle gdzie. Przepraszać nie zamierzał ani trochę. Kiedy wszedł na swoje piętro i przekręcił klucz w zamku, spodziewał się ciszy, może zapłakanych oczu Basi, może zapachu kawy na zgodę. Zamiast tego zobaczył w przedpokoju coś wielkiego, czarnego i kudłatego.

Pies siedział na chodniczku przy drzwiach jak ogromny żywy mebel. Miał szeroką głowę, ciężkie łapy i spojrzenie tak spokojne, że aż niepokojące. Oddychał powoli, z mokrym nosem skierowanym prosto na Zbyszka. – Co to jest?

– wydusił Zbyszek, cofając się o pół kroku. Z kuchni wychyliła się Wiesia w kwiecistym fartuchu, z łyżką w dłoni i uśmiechem tak pogodnym, jakby właśnie podawała szarlotkę na imieninach. – O, Zbysiu, wróciłeś. No patrz, jak ładnie.

Poznaj. Fado. – Jakie Fado? Co pies robi w mieszkaniu?

– Siedzi – odparła Wiesia. – Na razie bardzo grzecznie. Basia stała za matką, oparta o framugę. Nie wyglądała ani na zapłakaną, ani na skruszoną.

Miała spokojną twarz i kubek herbaty w ręku. Zbyszek przełknął ślinę. – Zabierzcie go. Ja nie będę mieszkał z cielakiem w futrze.

Fado poruszył jednym uchem, jakby uznał uwagę za mało błyskotliwą. – Widzisz, Zbysiu – powiedziała Wiesia słodko. – Skoro zwykłe rozmowy o pieniądzach, rachunkach i pomocy w domu do ciebie nie trafiają, to pomyślałam, że przyda się ktoś bardziej przekonujący. Fado będzie tu przez chwilę głównym księgowym i inspektorem porządku.

– Wy sobie żarty robicie. – Ależ skąd. On jest bardzo poważny. Szczególnie przy lodówce, śmieciach i rachunkach.

Fado powoli podniósł się z chodniczka. Był jeszcze większy niż wyglądał na siedząco. Podszedł do kurtki Zbyszka, którą ten rzucił na szafkę, obwąchał ją dokładnie, westchnął ciężko i ruszył w stronę kuchni. Tam usiadł w przejściu, szeroki jak komoda, spokojny jak urzędnik spółdzielni, i patrzył na Zbyszka tak, jakby już dawno policzył, ile ten jest winien temu domowi.

Następnego ranka Zbyszek wstał z poczuciem, że wczorajszy dzień był jakimś głupim snem. No dobrze, była awantura. No dobrze, teściowa przyjechała z psem wielkości małej szafy. Ale przecież człowiek nie będzie podporządkowywał życia kudłatemu stworzeniu, które nawet nie płaci podatków.

Wyszedł z sypialni w starych dresach i ruszył prosto do kuchni. Plan miał prosty, sprawdzony od miesięcy. Otworzyć lodówkę, wyjąć jogurt Basi, ten truskawkowy, co zawsze kupowała sobie do pracy. Potem ukroić kilka plastrów kiełbasy, dorzucić ser, zrobić kanapkę tak grubą, żeby ledwo dało się ją ugryźć, i wypić herbatę z cytryną, którą też oczywiście kupiła Basia.

Tylko że na granicy przedpokoju i kuchni siedział Fado. Nie warczał, nie szczekał, nie pokazywał zębów. Po prostu siedział. Wielki, czarny, kudłaty, z łapami rozłożonymi tak szeroko, jakby ktoś postawił w przejściu tapicerowaną blokadę drogową.

Z jednej strony futro dotykało framugi, z drugiej prawie ściany. Przejście zostało może dla kota i to szczupłego. – No, przesuń się – mruknął Zbyszek. Fado zamrugał powoli.

– Fado, miejsce. Pies westchnął głęboko jak stary wujek po obiedzie i nie ruszył się ani o centymetr. Zbyszek spróbował przejść bokiem. Wciągnął brzuch, przycisnął się do ściany, ale zaraz natrafił biodrem na twardy, kudłaty bok.

Fado podniósł głowę i spojrzał na niego tak, że Zbyszek odruchowo cofnął nogę. Z kuchni dobiegł spokojny głos Basi. – Uważaj, bo Fado jest bardzo zasadniczy. – Basia, zabierz tego psa.

Chcę śniadanie. – Śniadanie jest w lodówce. – No właśnie. Próbuję do niej dojść.

Basia stała przy blacie i mieszała herbatę. Miała już na sobie sweter do pracy, włosy spięte byle jak i twarz kobiety, która nie zamierza zaczynać dnia od kłótni, ale też nie zamierza ustępować. – Lodówka jest wspólna dla tych, którzy biorą udział w zakupach – powiedziała. Zbyszek aż poczerwieniał.

– Przecież ja jestem w swoim domu, w moim mieszkaniu. – Sam wczoraj bardzo to podkreślałeś – poprawiła go bez podnoszenia głosu. – Nie wierzę. Ty naprawdę urządziłaś tu cyrk z psem?

Fado ziewnął. Pysk otworzył mu się tak szeroko, że Zbyszek zobaczył różowy język i zęby, których wolałby nie oglądać z bliska. Potem pies zamknął paszczę z ciężkim klapnięciem i znów popatrzył na niego obojętnie. Zbyszkowi zaburczało w brzuchu głośno i zdradziecko.

Basia zerknęła na telefon leżący na stole. – Sto złotych na zakupy wystarczy na początek. – Sto złotych za przejście do lodówki? – Nie.

Sto złotych za jedzenie, które zamierzasz z niej wyjąć. Stał jeszcze chwilę, obrażony na żonę, na psa, na poranek i na cały Wrocław. W końcu wyjął telefon z kieszeni dresów, otworzył aplikację banku i stuknął palcem w ekran mocniej, niż było trzeba. Po chwili telefon Basi cicho zapiszczał.

– Dziękuję – powiedziała. – „Na zakupy”. Bardzo ładny tytuł przelewu. Fado podniósł się z godnością urzędnika, który właśnie podbił właściwy formularz, i odsunął się na bok.

Zbyszek wpadł do kuchni, jakby odzyskał dostęp do skarbca narodowego. Wieczorem wrócił z pracy wcześniej niż Basia. W mieszkaniu było cicho. Wiesia krzątała się gdzieś w pokoju.

Fado spał pod kaloryferem, a przy drzwiach stał worek ze śmieciami, zawiązany i bardzo wyraźnie czekający na wyniesienie. Zbyszek spojrzał na niego i udał, że nie widzi. Zadzwonił telefon. – Słuchaj – powiedziała Basia zmęczonym głosem.

– Będę za jakieś trzy kwadranse. Możesz proszę wynieść śmieci, zebrać talerze ze stołu i nastawić makaron? Sos jest w garnku, tylko podgrzać. – Basia, ja dopiero z pracy wróciłem.

– Ja też wrócę z pracy, tylko później. – No dobra, dobra – burknął, rozłączył się i oczywiście nie zrobił nic. Wszedł do pokoju, rzucił bluzę na fotel, usiadł na kanapie i włączył telewizor. Pilot leżał tam, gdzie zawsze.

Ekran rozbłysnął, konsola zamruczała, a Zbyszek poczuł, że świat jeszcze nie całkiem zwariował. Po dwóch minutach Fado wstał. Pies przeciągnął się leniwie, przeszedł przez pokój i z ciężkością, której nie dało się zignorować, ułożył się dokładnie przed telewizorem. Nie, trochę z boku.

Dokładnie na środku, zasłaniając pół ekranu szerokim grzbietem. – Ej! – krzyknął Zbyszek. – Zejdź!

Fado nie zareagował. – Fado, wynocha! W drzwiach pojawiła się Wiesia z kubkiem herbaty. – A co się stało, Zbysiu?

– Ten pies zasłania mi telewizor. – Och, widzisz. On jest bardzo oszczędny. Skoro za prąd i internet nie zapłaciłeś, a w domu nic nie zrobiłeś, to po co ma się energia marnować na rozrywki?

– To jest szantaż! – Nie, kochanieńki. To jest edukacja domowa. Zbyszek próbował patrzeć nad psem, potem z boku, potem usiadł prawie na oparciu kanapy.

Nic z tego. Fado był jak ruchoma ściana z futra. Zbyszek wytrzymał może kwadrans. Potem, sapiąc ze złości, znowu sięgnął po telefon.

Aplikacja banku, przelew, tytuł „prąd i internet”. Telefon Basi zapiszczał gdzieś w przedpokoju, bo właśnie weszła do mieszkania. – O, przyszło – powiedziała, zdejmując buty. – Czterysta złotych.

Dziękuję. Fado natychmiast podniósł łeb. – Ale pamiętaj, Zbyszek – dodała Basia, wchodząc do pokoju. – Pieniądze są ważne.

Tylko one nie wyniosą śmieci, nie umyją talerzy, nie nastawią makaronu i nie sprawią, że pusty garnek sam się podgrzeje. Zbyszek burknął coś pod nosem i zerwał się z kanapy. Chciał przejść do łazienki, ale Fado był szybszy. Stanął przy worku ze śmieciami i spojrzał najpierw na niego, potem na drzwi.

– Nie – powiedział Zbyszek. – Nawet nie próbuj. Pies nie mrugnął. Po minucie Zbyszek stał już w windzie z workiem w ręku, wściekły jak osa.

Kiedy wrócił, Fado przepuścił go do mieszkania z powagą ochroniarza na bramce. Tego wieczoru Zbyszek zrozumiał jedno – tak łatwo nie wygra. Ale poddać się też nie zamierzał. Skoro w tej kuchni wszystko nagle było wspólne, a każda kanapka miała swoją cenę, on pokaże im, że potrafi być niezależny.

Usiadł na kanapie, otworzył telefon i zamówił dużą, drogą pizzę tylko dla siebie. Zbyszek usiadł na kanapie z miną człowieka, który właśnie ogłosił prywatną niepodległość. Z kuchni dochodził zapach normalnej kolacji, podgrzewanego sosu, czosnku, herbaty z cytryną. Basia i Wiesia rozmawiały cicho, jakby nic wielkiego się nie działo.

Nie poszedł do kuchni. O nie, nie będzie teraz siadał przy stole i udawał, że wszystko jest w porządku. Nie będzie jadł ich makaronu, ich sosu, ich domowych zasad podanych na talerzu. Wyciągnął telefon i zamówił największą pizzę, jaka była w okolicy.

Podwójny ser, salami, szynka, dodatkowe pieczarki, sos czosnkowy i drugi ostry, żeby już było wiadomo, że to nie jest żadna biedna kolacyjka z łaski. Zapłacił od razu kartą, z satysfakcją stukając palcem w ekran. – Sam sobie poradzę – mruknął pod nosem. – Nie potrzebuję niczyjej lodówki.

Fado leżał pod ścianą w przedpokoju i udawał, że śpi. Tylko jedno ucho poruszyło mu się lekko, jakby pies zanotował te deklaracje w swoim kudłatym notesie. Po jakimś czasie zadzwonił domofon. Zbyszek zerwał się z kanapy tak szybko, że kapcie zostały pod stolikiem.

Otworzył drzwi, a kurier, młody chłopak w czerwonej kurtce, wszedł na półpiętro i już miał powiedzieć „dobry wieczór”, kiedy zobaczył Fado za plecami Zbyszka. – O matko! – wyrwało mu się. Fado siedział spokojnie, ale wypełniał sobą pół przedpokoju.

Mokry nos, wielka głowa, spojrzenie dostojne i zupełnie bez pośpiechu. Kurier podał pudełko tak szybko, jakby wręczał tajne dokumenty. – Smacznego! – rzucił i zbiegł po schodach, zanim Zbyszek zdążył zamknąć drzwi.

Zbyszek wniósł pizzę do pokoju z dumą zwycięzcy. Zapach sera, gorącego ciasta, salami i czosnkowego sosu od razu wypełnił mieszkanie. Postawił pudełko na stoliku, spojrzał w stronę kuchni i specjalnie chrząknął głośno, żeby Basia usłyszała, że oto mężczyzna potrafi sam zadbać o swój byt. – No – powiedział do siebie.

– I tak się żyje. Poszedł tylko umyć ręce. Przecież człowiek ma zasady, nawet obrażony. Kiedy wrócił, zatrzymał się w progu pokoju.

Przy stoliku siedział Fado. Nie skakał, nie szczekał, nie rzucał się na jedzenie. Po prostu siedział z miną najuczciwszego kontrolera w całym województwie dolnośląskim, a swoją ogromną głowę położył dokładnie na środku pudełka. Karton ugiął się niebezpiecznie pod ciężarem psiego łba.

Z kącika pyska Fado spływała powoli ślina. Jedna kropla zawisła na czarnej sierści, błysnęła w świetle lampy i pacnęła na biały karton. Potem druga, potem trzecia. – Nie!

– wyszeptał Zbyszek. – Nie, nie, nie. Fado, zabieraj łeb. Pies spojrzał na niego smutno, ale stanowczo, jak ktoś, kto wcale nie chce robić przykrości.

Lecz regulamin jest regulaminem. Zbyszek złapał za brzeg pudełka i spróbował je wysunąć. Ani drgnęło. Głowa Fado ważyła chyba tyle co worek ziemniaków.

– Wiesia! – zawołał z rozpaczą. – Niech pani coś zrobi z tym psem! Z korytarza dobiegł spokojny głos teściowej.

– A co się dzieje, Zbysiu? – On mi ślini pizzę! Wiesia pojawiła się w drzwiach, wciąż w fartuchu, z miną niewinnej kobiety, która przyszła tylko sprawdzić, czy kwiatki mają wodę. – Och, Fado pewnie pomyślał, że skoro w rodzinie wszystko każdy sobie, to on też może sobie coś policzyć.

– To moja pizza. – A jedzenie w lodówce Basi też było twoje, kiedy brałeś jogurt i kiełbasę? Zbyszek otworzył usta, ale nic rozsądnego nie przyszło mu do głowy. – Widzisz, kochanieńki – ciągnęła Wiesia łagodnie.

– W domu nie da się być panem tylko od kanapy i kolacji. Jak jedzenie jest wspólne, to zakupy też są wspólne. Jak rachunki są za prąd, wodę i internet, z których korzystasz, to one też są wspólne. A jak Basia wraca po pracy i ma gotować, sprzątać, zmywać i jeszcze się uśmiechać, to ty, kiedy wracasz wcześniej, możesz postawić garnek na kuchence, możesz wynieść śmieci, możesz pokroić chleb.

To nie jest operacja na otwartym sercu. Fado westchnął ciężko. Karton pod jego pyskiem zaskrzypiał. – On zaraz ją zmiażdży – jęknął Zbyszek.

– No to nie przeciągaj – powiedziała Wiesia. – Bo sos czosnkowy nie lubi presji. Zbyszek popatrzył na psa, potem na pudełko, potem w stronę kuchni. Basia stała tam cicho, oparta o framugę.

Nie triumfowała, nie uśmiechała się złośliwie. Po prostu patrzyła. I to było najgorsze, bo nagle dotarło do niego, że nie został pokonany wrzaskiem. Nikt go nie błagał, nikt nie ciągnął za rękaw, nikt nie urządzał sceny.

Po prostu pokazano mu, jak wygląda jego własna logika, tylko odwrócona w jego stronę. Do Jadwigi nie pójdzie, bo matka zamknęłaby drzwi, zanim zdążyłby powiedzieć „mamo”. Rysiek już rano pisał, że dzisiaj ma sprawy i kanapa odpada. A tutaj, w mieszkaniu Basi, skończyły się czasy darmowego hotelu z pełnym wyżywieniem.

Zbyszek usiadł ciężko na brzegu kanapy i wyjął telefon. Otworzył aplikację banku. Przez chwilę patrzył na konto oszczędnościowe, które sam przed sobą nazywał „na felgi”. Westchnął tak głęboko, jakby żegnał stare życie.

Wpisał trzy tysiące złotych. Tytuł przelewu: „Na dom, jedzenie i rachunki”. Kliknął. W kuchni telefon Basi cicho zabrzęczał.

Spojrzała na ekran i uniosła brwi. – Przyszło? – powiedziała cicho. Zbyszek odchrząknął.

– I jutro po pracy zrobię zakupy – burknął, nie patrząc jej w oczy. – Wyniosę śmieci. I jak wrócę wcześniej, to no, mogę zrobić kolację. Makaron umiem.

Basia przez chwilę milczała. – Wiem, że umiesz. Fado, jakby tylko na to czekał, podniósł głowę z pudełka, oblizał pysk i odsunął się od stolika z godnością kogoś, kto zakończył ważną kontrolę. Pizza była trochę wgnieciona.

Karton mokry w jednym miejscu, ale środek ocalał. Zbyszek otworzył pudełko i wyjął kawałek. Jadł wolniej niż zwykle, bez tej swojej nadętej miny, bez chrząkania, bez demonstracji. Po prostu jadł zmęczony i dziwnie spokojny.

Basia weszła do pokoju i postawiła przed nim szklankę kompotu. – Masz, żebyś się nie zakrztusił tym honorem. Nie powiedziała tego złośliwie. Raczej miękko, prawie po domowemu.

Zbyszek spojrzał na nią krótko. – Dzięki – mruknął. Wiesia klasnęła lekko w dłonie. – No, Fado, zbieramy manatki.

Służba zakończona. Jedziemy do domu, bo mi jeszcze pranie na balkonie zawilgotnieje. Pies podniósł się, przeciągnął i podszedł do niej posłusznie. Przy drzwiach odwrócił jeszcze łeb w stronę Zbyszka.

– Ale pamiętajcie! – dodała Wiesia, zakładając płaszcz. – Jakby zasady się komuś pomyliły, Fado zawsze może przyjechać na kontrolę. Zbyszek nic nie odpowiedział.

Tylko popatrzył na mokry ślad na pudełku od pizzy i westchnął. Od tamtego wieczoru w mieszkaniu Basi obowiązywały nowe zasady. Rachunki wspólne, jedzenie wspólne, obowiązki też wspólne.

A gdzieś pod Wrocławiem mieszkał kudłaty inspektor, który w razie potrzeby potrafił przypomnieć to lepiej niż niejeden rachunek ze spółdzielni.