W holu rezydencji unosił się mdlący zapach perfum Klaudii. Leżałam u podnóża schodów, z rozdartą skórą na kolanach i krwią wsiąkającą w mój dresowy komplet. Dziesięć sekund wcześniej Klaudia posłała mi prowokacyjny uśmiech, po czym rzuciła się do tyłu i upadła tuż przede mną, trzymając się za kostkę. W tym samym momencie drzwi frontowe otworzyły się z hukiem.

Wojciech Barański wpadł do środka, a jego oczy wyglądały, jakby miały wypaść z orbit. Odepchnął mnie brutalnie, gdy wciąż trwałam w osłupieniu, i natychmiast chwycił w ramiona szlochającą Klaudię. – Wojtku, proszę, nie obwiniaj Lidii. To była moja własna niezdarność – jęczała, a łzy spływały po jej policzkach.
Wiedziałam, że wystarczyłoby sprawdzić kamery, by obalić to kłamstwo. Ale wiedziałam też, że Wojciech nigdy tego nie zrobi. Dla niego łzy Klaudii były jedynym dowodem, jakiego potrzebował. – Lidia, czy cię nie ostrzegałem?
– Jego głos był zimny jak ostrze wykute z lodu. – Klaudia ma delikatne zdrowie. Radzę ci schować tę obrzydliwą zazdrość. – Nie popchnęłam jej.
Sama skoczyła – próbowałam się bronić. Policzek uderzył mnie z niszczycielską siłą. Metaliczny smak krwi zalał mi usta. Wojciech patrzył na mnie z góry, jakbym była obrzydliwym owadem.
– Naprawdę myślisz, że Klaudia użyłaby własnego ciała, żeby wrobić taką bezużyteczną kurę domową jak ty? – Wycedził przez zęby. – Gdyby nie to, że spędziłaś trzy lata, opiekując się moją matką, myślisz, że w ogóle miałabyś kwalifikację, by zostać panią Barańską? W tym momencie coś we mnie pękło.
Przez trzy lata gotowałam mu każdy posiłek. Piłam za niego podczas biznesowych kolacji, aż dorobiłam się wrzodów żołądka. Znosiłam pogardę jego matki, myśląc, że jeśli będę wystarczająco cierpliwa, stopię to serce z kamienia. Jakaż byłam naiwna.
Wojciech nawet już na mnie nie patrzył. Z przerażającym chłodem wydał rozkaz swoim ochroniarzom:
– Klaudia spadła z trzeciego stopnia i uszkodziła kostkę. Znacie moje zasady. Lidia, skoro nie potrafisz kontrolować swoich rąk, nauczę cię, jak działają rzeczy w rodzinie Barańskich.
Zanim zdążyłam zareagować, jeden z ochroniarzy wymierzył mi kopnięcie w żebra. Usłyszałam trzask łamanych kości. Drugie kopnięcie. Trzecie.
Skuliłam się na podłodze, a każdy oddech rozdzierał moje płuca. Wojciech stał z boku, obserwując wszystko z mroczną satysfakcją. Klaudia, skulona w ramionach gospodyni, posłała mi zwycięski uśmiech. Nie wiem, ile czasu minęło, zanim przestali.
Leżałam w kałuży krwi, nie mając siły nawet poruszyć palcem. Wojciech podszedł i rzucił mi w twarz stos dokumentów. – Dwa miliony za każdą złamaną kość. Osiem kopnięć, osiem złamanych żeber.
Ten czek na szesnaście milionów kupuje twoje absolutne milczenie. Weź pieniądze i zapomnij, co się dziś wydarzyło. Jeśli do prasy wycieknie choć jedna plotka, zniszczę cię. Spojrzałam na rząd zer, podczas gdy mój wzrok stawał się mętny.
Moja godność, moja młodość, wszystkie poświęcenia ostatnich trzech lat. Wszystko wycenione na tę kwotę i zdeptane pod jego butami. Nie płakałam. Kiedy ból i rozpacz osiągają absolutny limit, zostają zastąpione przerażającą jasnością umysłu.
– Wojtek – wydusiłam z siebie chrapliwym głosem. – Zmarnowałam trzy lata mojego życia, bawiąc się w dom ze wściekłym psem. Brwi Wojciecha zmarszczyły się gwałtownie. Wydał zimny śmiech.
– Uparta. Zabierzcie ją stąd. Nie pozwólcie, żeby psuła widok Klaudii. Wyrzucono mnie przed rezydencję jak worek na śmieci.
Na zewnątrz lało jak z cebra. Lodowaty deszcz uderzał w moje rany. Leżałam w błocie, obserwując ciepłe światła willi i sylwetkę Wojciecha oddalającego się z ramieniem wokół ramion Klaudii. Zimny uśmiech pojawił się na moich ustach.
– Dobrze, bardzo dobrze, Wojtku. Zasad, których mnie dziś nauczyłeś, nauczyłam się perfekcyjnie. Jakiś dobry samarytanin zawiózł mnie do prywatnego szpitala na Krzykach. Młody lekarz dyżurny trząsł się, oglądając moje zdjęcia rentgenowskie.
– Osiem złamanych żeber, trzy poważnie przemieszczone. Są milimetry od przebicia płuc. Potrąciła panią ciężarówka? Gdzie jest pani rodzina?
– Nie mam rodziny – odpowiedziałam spokojnie. – Sama podpiszę dokumenty. Zróbcie stabilizację i podajcie środki przeciwbólowe. Spieszę się.
Lekarz spojrzał na mnie, jakbym postradała zmysły, ale ustąpił. W momencie, gdy specjalistyczny gorset został zapięty wokół mojej klatki piersiowej, zamknęłam oczy. Trzy lata temu rodzina Barańskich była na skraju bankructwa. To był pierwszy i jedyny raz, kiedy sprzeciwiłam się mojemu ojcu.
Klęczałam w deszczu przed posiadłością Sokołowskich w Konstancinie, aż moje czoło zaczęło krwawić. Wszystko po to, by zdobyć kapitał, który wyciągnie rodzinę Barańskich z przepaści. Ukrywałam swoją prawdziwą tożsamość. Byłam Wiktorią Sokołowską, jedyną dziedziczką gigantycznej grupy Sokołowskich.
Wyszłam za Wojciecha, posługując się drugim imieniem Lidia, i przyniosłam fundusze, które ocaliły jego rodzinę. Wierzyłam, że w ten sposób ochronię dumę mężczyzny i w zamian otrzymam prawdziwą miłość. Ostatecznie chroniłam jadowitego węża, który w końcu mnie ukąsił. Po zabiegu odrzuciłam zalecenie pozostania w szpitalu.
Wyciągnęłam z kieszeni czarny, zaszyfrowany telefon, którego nie włączałam od trzech lat. Wybrałam jedyny numer z listy kontaktów. Odebrano po pierwszym sygnale. – Panienko Wiktorio – usłyszałam starszy, pełen autorytetu głos, przepełniony emocjami.
– Panie Henryku – mój głos był miękki, ale ważył tyle, by wywrócić cały kraj do góry nogami. – Proszę po mnie przyjechać. Skończyłam się bawić. – Tak, panienko.
Proszę dać nam dziesięć minut. Rozłączyłam się. Następnie wzięłam zakrwawiony czek na szesnaście milionów złotych, podarłam go na drobne kawałki i wyrzuciłam do kosza. – Wojciechu Barański – szepnęłam.
– Myślałeś, że możesz kupić moje życie za te marne miliony. Ale gra dopiero się rozpoczęła. Od tej chwili nie jestem już posłuszną kura domową Lidią. Jestem Wiktorią Sokołowską, żywym żniwiarzem, przed którym nawet twoi najwięksi sponsorzy muszą pochylić głowy.
Następnego ranka w rezydencji Barańskich Wojciech siedział przy stole, elegancko krojąc jajka sadzone. Klaudia polewała mu mleko z kokieteryjnym uśmiechem. – Ta wariatka nie wróciła zeszłej nocy – rzucił, nawet nie podnosząc głowy. Stary kamerdyner stał z boku.
Jego twarz była biała jak ściana, a zęby szczękały. – Panie Barański… Rzeczy Lidii całkowicie zniknęły. Nie tylko ubrania i biżuteria.
Zniknęła nawet jej szczoteczka do zębów. To tak, jakby nigdy nie istniała w tym domu. I dziś rano o piątej ochrona osiedla zgłosiła, że dwanaście opancerzonych czarnych maybachów na warszawskich blachach dyplomatycznych zaparkowało przed naszym domem. W niecałe trzy minuty zlikwidowali każdy ślad związany z Lidią.
Wojciech zamarł. Nóż i widelec wysunęły mu się z rąk. Po raz pierwszy poczuł strach. Kilka setek kilometrów dalej, w Warszawie, leżałam w ogromnej podgrzewanej wannie w posiadłości Sokołowskich w Konstancinie.
Do łazienki wszedł mój ojciec, Artur Sokołowski. Kiedy zobaczył krwiaki pokrywające moje plecy i żebra, jego oczy natychmiast poczerwieniały. – Moja córko… – Jego głos drżał.
– I to wszystko przez jakiegoś śmiecia. – Uderzył laską o podłogę, aż marmur zadrżał. – Tato, przepraszam, że musisz mnie taką oglądać – powiedziałam z zimnym uśmiechem. – Potraktuj te trzy lata jako bardzo kosztowne czesne za życiową lekcję.
Ale już opłaciłam lekcje. Teraz nadszedł czas, by ściągnąć odsetki. Następnego dnia grupa Sokołowskich wydała oficjalny komunikat. Ogłosiła bezterminowe wycofanie wszystkich inwestycji związanych z grupą Barańskich i globalny nakaz bojkotu finansowego w całym systemie bankowym.
To był wyrok śmierci dla imperium Wojciecha. W ciągu dziesięciu minut wszystko, co zbudował, runęło. Wojciech poleciał do Warszawy. Chciał osobiście spotkać się z najwyższym kierownictwem grupy Sokołowskich.
Klaudia pojechała z nim, bo była przekonana, że jej kontakty towarzyskie pomogą. Znalazłam się w ekskluzywnej restauracji Korona w Warszawie. Miałam na sobie czarną aksamitną suknię. Moje żebra nie były jeszcze w pełni wyleczone, ale wyraz mojej twarzy był spokojny jak posąg.
Pan Henryk stał pół kroku za mną w pełnej szacunku postawie. Wojciech i Klaudia wpadli do środka, próbując się przebić przez ochronę. Kiedy Klaudia mnie zauważyła, jej twarz wykrzywiła się z zazdrości i złośliwości. – Lidia, ty bezwstydna suko!
– wrzasnęła. – Wzięłaś pieniądze Wojtka i przyjechałaś tutaj udawać bogatą dziedziczkę? Wynoś się stąd natychmiast! Podniosła rękę, żeby mnie spoliczkować.
Nie mrugnęłam nawet okiem. Ochroniarz stojący po mojej lewej stronie złapał jej nadgarstek i brutalnie wykręcił go w dół, aż kość trzasnęła. Klaudia zawyła z bólu. Zanim zdążyła cokolwiek zrobić, drugi ochroniarz pchnął jej twarz nad gotujący się bulion, zatrzymując ją kilka centymetrów nad parującą powierzchnią.
– Wojtku, ratuj mnie! – krzyczała przerażona. Wojciech próbował rzucić się w jej stronę, ale ochroniarz wymierzył mu kopnięcie z tyłu kolan i przygniótł go do podłogi. Wstałam powoli i podeszłam do niego.
– Wojtku – mój głos nie był głośny, ale krył chłód zdolny zamrozić krew. – Zapomniałeś, że to nie Wrocław. Tutaj gra się według moich zasad. – Czym ty u diabła jesteś?!
– ryknął. – Wynajęłaś kilku bandziorów i myślisz, że jesteś nietykalna? Zadzwonię na policję! – Twoje pieniądze – zrobiłam krok w jego stronę – naprawdę zostały ci jeszcze jakieś?
Twój kredyt pomostowy na dwa miliardy został przecież odwołany. Źrenice Wojciecha skurczyły się. – To ty? To ty to zrobiłaś?!
– Nie odpowiedziałam. Spojrzałam na Klaudię, która drżała nad wrzącym bulionem. – We Wrocławiu nadużywałeś swojej władzy, żeby wywołać u niej uśmiech. Złamałeś mi osiem żeber.
– Wyprostowałam się. – W Warszawie nie muszę nadużywać swojej władzy. Ponieważ to ja jestem władzą. Następnego ranka Wojciech stał w lodowatym deszczu przed warszawską siedzibą grupy Sokołowskich, próbując dostać się na spotkanie.
Po trzech godzinach przed budynkiem zatrzymała się kolumna opancerzonych rolls-royce’ów. Dyrektorzy wybiegli na deszcz bez parasoli, by powitać prezes. Wojciech z niedowierzaniem patrzył, jak z głównego pojazdu wysiada kobieta w czarnym garniturze. Twarz, którą znał lepiej niż własną, teraz zimna jak lód.
– Lidia?! Jakich sztuczek użyłaś? Przespałaś się z tym starcem, który kieruje imperium?! – krzyczał jak obłąkany.
Dyrektoowie pobledli. Ochroniarze natychmiast powalili go na bruk. Zatrzymałam się i spojrzałam na niego z obojętnością, jaką darzy się drobinkę kurzu. – Wojtku – powiedziałam spokojnie.
– Naprawdę jesteś głupszy, niż sobie wyobrażałam. Pan Henryk wręczył mi teczkę. Rzuciłam nią w jego ubłoconą twarz. – Ta korporacja Sokołowskich, której próbowałeś się przypodobać przez tyle lat, nosi moje nazwisko.
Jestem jej posiadaczką w stu procentach. Wojciech spojrzał na dokumenty. W rubryce „beneficjent rzeczywisty” widniały dwa słowa: Wiktoria Sokołowska. Kobieta, którą upokarzał przez trzy lata.
Kobieta, której kazał połamać osiem żeber. Była prawdziwą właścicielką wszystkiego, bogiem, do którego od lat próbował bezskutecznie dotrzeć. – Nazywam się Wiktoria Sokołowska – powiedziałam stanowczo. – Jestem tą idiotką, która kiedyś była na tyle ślepa, by wierzyć, że taki śmieć jak ty zasługuje na szczere serce.
Ale już się obudziłam. Odwróciłam się i zaczęłam wchodzić po schodach. – Wykupcie cały jego dług. Chcę, żeby żył.
Chcę, żeby budził się każdego ranka, żyjąc w strachu, który dla niego zaprojektowałam. Róbcie to powoli. Nie pozwólcie mu umrzeć zbyt szybko. Kolejne dni były dla Wojciecha prawdziwym piekłem.
Żadna linia lotnicza nie sprzedała mu biletu, żaden hotel nie przyjął go na noc. Schronił się z Klaudią w obskurnym motelu na Pradze Północ. Każdego ranka o szóstej kurier doręczał mu czarną kopertę ze zdjęciem rentgenowskim ośmiu złamanych żeber Lidii. Piątego dnia, gdy usłyszał pukanie do drzwi, schował się w kącie i zakrył uszy.
Klaudia, widząc, że Wojciech jest całkowicie zrujnowany, zdjęła maskę. – Ty bezużyteczny śmieciu! – krzyczała. – Mówiłeś, że się odbijesz?
Zmarnowałam na ciebie młodość! Zaczęli tarzać się po podłodze jak wściekłe psy, rozdrapując sobie najgłębsze rany. Dokładnie tego chciałam. Potem wysłałam Wojciechowi nagranie, na którym Klaudia śmieje się i opowiada, jak rzuciła się ze schodów, żeby wrobić Lidię, i jak obserwowała łamanie jej żeber z gęsią skórką.
Wojciech wymiotował, słysząc każde słowo. Jego światopogląd legł w gruzach. Kobieta, dla której zniszczył małżeństwo, była tanią oportunistką, która kpiła z niego od samego początku. Ostatnimi pieniędzmi – czterdziestoma milionami ze szwajcarskiego konta – wynajął porywaczy, żeby mnie schwytać.
Dwie noce później, w opuszczonych magazynach stoczni na Żeraniu, otoczyli mnie mężczyźni uzbrojeni w maczety. Mój czarny płaszcz był pokryty błotem. Wojciech siedział na beczce, bawiąc się pistoletem. – Wiktoria Sokołowska – zaśmiał się chorym śmiechem.
– Nie myślałaś, że możesz zakryć całe niebo? Zasady podziemia to coś, czego taka rozpieszczona księżniczka nigdy nie zrozumie. Wynająłem króla podziemnego świata. Ryszard Kruk-Krukowski.
Ma trzy tysiące uzbrojonych ludzi! Wtedy do magazynu wpadło ponad stu mężczyzn w kamizelkach taktycznych, z karabinami szturmowymi. Tłum się rozstąpił i pojawił się on – Ryszard Kruk. Wojciech podbiegł do niego jak pies.
– Szefie! Niech pan się pozbędzie tej kobiety, a wszystko, co mi zostało, należy do pana! Kruk nawet na niego nie spojrzał. Jego wzrok spoczął na mnie.
Cygaro wypadło mu z ust. Twarz mu zbielała. Padł na kolana w błoto. – Panienko Wiktorio!
– Jego głos się łamał. Zaczął uderzać czołem o ziemię. – Jestem ślepy! Zasługuję na śmierć dziesięć tysięcy razy!
Nie miałem pojęcia, że to pani! Ponad stu mężczyzn padło za nim na kolana, rzucając broń na ziemię. Rozwiązałam ręce. Pan Henryk wyciągnął gorący, czysty ręcznik, którym wytarłam błoto z palców.
Spojrzałam na kruka. – Masz zbyt krótkie ręce, by boksować się z Bogiem. Wygląda na to, że układ sił w warszawskim podziemiu potrzebuje zmiany krajobrazu. Odwróciłam się do Wojciecha.
Jego nogi się ugięły. – Lidia… – wyjąkał. – Myliłem się.
Błagam, wybacz mi. To Klaudia mnie oszukała! Moja dłoń wystrzeliła. Uderzenie powaliło go na ziemię.
– Nigdy więcej nie wymawiaj mojego imienia tymi obrzydliwymi ustami. – Wbiłam obcas w jego dłoń. – Dałam ci szansę. Kiedy kazałeś złamać mi osiem żeber.
Kiedy rzuciłeś mi w twarz miliony. Nie zniszczyłam cię od razu. Czekałam tylko, żeby zobaczyć twój wyraz twarzy, kiedy spadasz prosto z nieba do piekła. – Panie Henryku – wyprostowałam się.
– Zajmijcie się tym śmieciem. Lubi łamać kości, prawda? Upewnijcie się, że zapamięta na zawsze, co oznacza ból. Potem wyślijcie go do najlepszej kliniki ortopedycznej.
Chcę, żeby spędził resztę życia przykuty do łóżka. W pełni świadomy. W pokoju szpitalnym Wojciech obudził się pod jasną lampą operacyjną. Nie mógł poruszyć ani ręką, ani nogą.
Tytanowe pręty i metalowe wsporniki utrzymywały jego ciało w bezruchu. Lekarz w białym kitlu czytał mu wyniki zimnym tonem:
– Trzydzieści siedem skomplikowanych złamań. Nogi i rzepki zniszczone w sposób powtarzalny i precyzyjny. Nigdy więcej pan nie będzie chodził.
Ścięgna prawego ramienia całkowicie zerwane. Ale to, co jest naprawdę poważne, znajduje się tutaj. – wskazał na kręgosłup. – Czwarty i piąty kręg lędźwiowy doznały miażdżącego urazu.
Rdzeń kręgowy został całkowicie przerwany. Mówiąc prościej: od szyi w dół jest pan trupem. – Mam pieniądze! – Wojciech próbował krzyczeć przez rurkę.
– Wyleczcie mnie! Lekarz pokręcił głową. – Panie Barański, wciąż pan nie rozumie, kogo postanowił pan obrazić. Pan Henryk opłacił z góry pięćdziesiąt lat pełnego pobytu w tym apartamencie.
Zostawił nam jasne instrukcje: używajcie najdroższych leków, kupujcie narządy, rozwiążcie problemy bez względu na koszty. Pod żadnym pozorem nie wolno nam pozwolić panu umrzeć. Dokładne słowa pana Henryka brzmiały: „Utrzymujcie tego śmiecia w pełni przytomnego w jego własnym, gnijącym ciele. Niech w każdej sekundzie doświadcza cierpienia chęci do życia przy jednoczesnym pragnieniu śmierci”.
Do sali weszli agenci Centralnego Biura Śledczego. Wojciech został aresztowany za oszustwa korporacyjne, przestępstwa karno-skarbowe, wynajęcie zorganizowanej grupy przestępczej i usiłowanie porwania Wiktorii Sokołowskiej. Jego konta zostały zablokowane, nieruchomości zajęte, a grupa Barańskich oficjalnie ogłosiła upadłość. Wózek inwalidzki wjechał do sali.
Siedziała na nim jego matka. Wiadomość o upadku rodziny wywołała u niej rozległy udar. Była sparaliżowana i oskarżona o współudział w praniu brudnych pieniędzy. Matka i syn spojrzeli na siebie w całkowitej rozpaczy.
Więzienna cela Klaudii znajdowała się w areszcie na Grochowie. Prawą połowę jej twarzy pokrywała ogromna, czerwona blizna po oparzeniu bulionem. Prawnik grupy Sokołowskich przyszedł jej powiedzieć, że wszyscy jej „znajomi”, w tym prezes Chmielewski, poszli na współpracę z prokuraturą i przekazali dowody przeciwko niej. Groziło jej minimum piętnaście lat więzienia o zaostrzonym rygorze.
– Chcę zobaczyć Wiktorię! – wrzasnęła. – Padnę przed nią na kolana! Prawnik wstał.
– Jesteś tylko drobinką kurzu pod jej butem. Samo usłyszenie twojego imienia zabrudziłoby jej uszy. Przygotuj się na długą karierę w szyciu drelichów w więziennej szwalni. Czas płynął.
Pół roku później drapacz chmur, który kiedyś nosił logo grupy Barańskich, został całkowicie odnowiony. Teraz lśniły na nim złote litery: Grupa Sokołowskich. Pod budynkiem stał stary kamerdyner rodziny Barańskich, Antoni, próbując zdobyć pracę. Ochroniarz wyśmiał go i popchnął.
Wtedy przed budynkiem zatrzymała się kolumna maybachów. Pan Henryk wysiadł z głównego pojazdu i skłonił się przed starcem pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. – Wycierpiałeś zbyt wiele, stary przyjacielu. Panienka Wiktoria bardzo dużo o panu myślała.
Osobiście wysłała mnie, bym pana stąd zabrał. Rezydencja wypoczynkowa w Konstancinie jest już przygotowana. Od dzisiaj będzie pan honorowym wiceprezesem do spraw wewnętrznych grupy Sokołowskich. Przez resztę pańskiego życia nikt już nigdy nie okaże panu braku szacunku.
Z okien wieżowca obserwowałam transmisję z monitoringu. Uśmiechnęłam się ciepło. W tym świecie łatwo znaleźć ludzi gotowych wznieść z tobą toast, gdy jesteś na szczycie. Ale trudno znaleźć kogoś, kto wyciągnie do ciebie rękę, gdy toniesz w błocie.
Przez trzy lata, kiedy traktowano mnie jak śmiecia, tylko jedna osoba nie kopała mnie, gdy leżałam na ziemi. Stary kamerdyner płakał za zamkniętymi drzwiami. Wiktoria Sokołowska nigdy nie zapomina długu wdzięczności. Zarząd czekał na moje rozkazy.
– Cały płynny kapitał uzyskany z przejęcia grupy Barańskich – powiedziałam stanowczo. – Tworzymy międzynarodową fundację charytatywną. Projekt Poczwarka. Chcę użyć brudnych pieniędzy Wojciecha Barańskiego, aby ratować kobiety, które padły ofiarą przemocy domowej.
Chcę, by każdy sprawca przemocy czuł absolutne przerażenie, gdy usłyszy nazwę Projekt Poczwarka. Nocą zamek królewski został wynajęty przez grupę Sokołowskich. Tej nocy zebrali się tam najpotężniejsi ludzie świata biznesu. Weszłam na scenę w czarnym aksamitnym garniturze.
Na klapie lśnił herb rodziny Sokołowskich – czarno-złota róża wyrzeźbiona z rzadkiego diamentu. Stary magnat, Ryszard Zaleski, uderzył laską w podłogę. – Twoje metody są zbyt okrutne. Zniszczenie całej rodziny z powodu osobistego konfliktu łamie niepisane zasady biznesu.
Biznes polega na robieniu sojuszników, a nie wrogów. Pstryknęłam palcami. Mój asystent podał mu tablet. Główne akcje jego firmy właśnie spadły o trzydzieści procent.
– Robienie sojuszników, a nie wrogów – powiedziałam do mikrofonu. – To zasada starego systemu zbudowanego na krwi słabszych. Wielu z was jest przyzwyczajonych do używania pieniędzy, by deptać godność innych. Myślicie, że łamanie komuś ośmiu żeber, a potem rzucanie mu w twarz milionami to akceptowalna forma zapłaty?
Jeśli tryby kapitalizmu są splamione niewinną krwią i napędzane przemocą domową, to grupa Sokołowskich nie będzie miała absolutnie żadnego problemu z tym, by te tryby zniszczyć. Nie można negocjować z diabłem. Jedynym sposobem, by stawić mu czoła, jest pokazanie mu, jak wygląda prawdziwe piekło. Sala eksplodowała brawami.
Wszyscy magnaci wstali ze swoich miejsc, oddając hołd nowej władczyni imperium. Stałam nieruchomo na samym szczycie. Przez materiał garnituru delikatnie pogładziłam miejsce, gdzie kiedyś były połamane żebra. Nie było już bólu.
Tylko siła. Czarno-złota róża, która narodziła się w piekle, teraz rozkwitła na absolutnym szczycie władzy. I od tego momentu nikt już nigdy jej nie złamie.


