„Sabina, nie czas teraz na głupoty” – rzucił mąż, odkładając herbatę, i poszedł do telewizora. Cały wieczór w kuchni spokojnie pakowałam zupełnie inną walizkę, ale on myślał, że planuję sobotni…

„Sabina, nie czas teraz na głupoty” – rzucił mąż, odkładając herbatę, i poszedł do telewizora. Cały wieczór w kuchni spokojnie pakowałam zupełnie inną walizkę, ale on myślał, że planuję sobotni...

„Jakie może nigdzie nie pojedziesz? ” – krzyczał mąż. Chciał, żebym jak co roku tylko usługiwała mu na działce. Nie wiedział tylko, że bilety do Grecji już dawno miałam kupione.

Thumbnail

Drodzy widzowie, zostawcie łapkę w górę i napiszcie w komentarzu, gdzie najchętniej odpoczywacie: na działce, nad jeziorem czy nad ciepłym morzem. A teraz zaczynamy historię Sabiny. Kazik odsunął kubek z herbatą, jakby ktoś mu do środka wlał ocet zamiast cytryny. „Ty siebie w ogóle słyszysz?

Grecja? ”

Sabina stała przy kuchennym blacie i mieszała zupę. Chociaż zupa już dawno nie potrzebowała mieszania. Po prostu musiała czymś zająć ręce.

Za oknem ich mieszkania w bloku we Wrocławiu wisiało ciężkie czerwcowe powietrze. Na balkonie suszyły się ręczniki, z dołu dochodził stuk kółek dziecięcego rowerka i czyjś głos, który wołał psa po imieniu. Zwyczajny wieczór, taki sam jak setki innych. „Kazik, ja nie mówię o żadnych luksusach” – zaczęła ostrożnie.

„Znalazłam tani wyjazd. Last minute. Hotel trzygwiazdkowy, śniadania. Kilka dni bez żadnych cudów.

Po prostu ciepłe morze, trochę słońca, kawa wypita bez pośpiechu. Żebym przez chwilę nie musiała gotować, sprzątać, podlewać i słuchać: Sabina, podaj, Sabina, przynieś, Sabina, zobacz, gdzie dałaś”. Kazik parsknął takim śmiechem, który bardziej przypominał prychnięcie niż wesołość. „No pięknie.

Człowiek całe życie pracuje, rachunki płaci, ceny w sklepach widzi, a żonie się Grecja zachciała. Może jeszcze basen z widokiem na palmy albo kelner z tacą? ”

„Nie przesadzaj”. „Ja przesadzam?

” – podniósł brwi. „Sabina, ty chyba dawno w Lidlu nie byłaś. Masło, ile kosztuje? Widziałaś?

Paliwo, prąd, czynsz, leki? A ty mi tu z Grecją wyskakujesz, jakbyśmy pieniądze w piwnicy hodowali”. Usiadł wygodniej przy stole, ciężko, z poczuciem człowieka, który właśnie będzie tłumaczył rzeczy oczywiste komuś wyjątkowo nierozsądnemu. Miał na sobie domowy podkoszulek, trochę rozciągnięty przy szyi, i spodnie od dresu, w których chodził od lat, bo jeszcze dobre.

Sabina znała ten ton. Ten spokojny, pouczający głos, od którego bardziej bolało niż od krzyku. „Normalni ludzie odpoczywają na działce” – oznajmił. „Świeże powietrze, cisza, jezioro niedaleko.

Wezmę wędkę. Człowiek sobie posiedzi nad wodą, głowę przewietrzy. A nie jakieś lotniska, hotele, Grecję. Po co?

Żeby się smażyć jak kotlet”. Sabina spojrzała na niego krótko. „Ty sobie posiedzisz nad wodą. No i ty też odpoczniesz.

Gdzie? Przy zlewie w altance? ”

Kazik machnął ręką, jakby odganiał muchę. „O, znowu zaczynasz.

Przecież na działce też jest przyjemnie, tylko trzeba trochę ogarnąć. Grządki podlać, w altance zamieść, obiad jakiś prosty zrobić. Co to za wielka filozofia? A przy okazji człowiek ma pomidory swoje, zieleninę, trochę ruchu”.

Sabina poczuła, jak coś w niej cicho się napina. Nie pęka, jeszcze nie, ale już trzeszczy, bo tak było co roku. Zawsze w czerwcu zaczynał się ten sam teatr, tylko dekoracje się zmieniały. Trzy lata temu Kazik mówił, że nie czas na wyjazdy, bo trzeba było dopłacić do czynszu i wymienić lodówkę.

Dwa lata temu zepsuł się samochód, a przecież bez auta jak bez ręki. Rok temu działka wymagała nowego ogrodzenia, bo jak się teraz nie zrobi, to potem będzie dwa razy drożej. A teraz przyszła kolej na dach altanki, rynnę, deski i oczywiście ryby. „Poza tym” – ciągnął Kazik już całkiem rozkręcony – „dach w altance przecieka.

Rynnę trzeba wymienić, deski kupić, farbę, parę narzędzi. Składki wędkarskie też same się nie opłacą. Zanęty mi się kończą, żyłka stara, kołowrotek ostatnio coś przeskakiwał, i paliwo nad jezioro. Ty myślisz, że to wszystko za darmo?

Sabina odłożyła łyżkę bardzo powoli. Jego deski były potrzebne. Jego farba, jego kołowrotek, krzesełko wędkarskie, kurtka przeciwdeszczowa, pudełka na haczyki, pozwolenia, paliwo i kiełbasa na grilla. Wszystko było potrzebne.

Rozsądne, praktyczne, męskie. A jej kilka dni nad ciepłym morzem, bez garnków i bez działki, było fanaberią. „Ja chciałam tylko odpocząć” – powiedziała cicho. „To odpoczniesz.

W sobotę pojedziemy z samego rana. Wyjedziemy przed korkami. Ja rano skoczę nad jezioro, bo teraz dobrze bierze. A ty w tym czasie sobie spokojnie ogarniesz altankę.

Potem coś zjemy, może grilla rozpalimy, zobaczysz. Będzie jak w sanatorium”. Sabina prawie się uśmiechnęła. Jak w sanatorium, tylko bez zabiegów, bez ciszy i bez nikogo, kto podałby jej choćby herbatę.

Widziała już tę sobotę, jakby ktoś puścił jej w głowie stary film. Ona z siatkami z Biedronki, z wodą, chlebem, pomidorami, ręcznikami, płynem do naczyń i workami na śmieci. On z wędkami, dumny i zadowolony, bo przecież cały tydzień harował. Ona przy małej kuchence w altance, mieszająca coś w garnku.

On nad wodą z telefonem wyciszonym, bo ryb się nie płoszy. Ona z miską brudnych talerzy. On w składanym krzesełku, zapatrzony w spławik. „To postanowione” – powiedział Kazik, dopijając herbatę.

„W sobotę działka. Tylko zrób listę, co trzeba kupić, i nie wymyślaj już z tą Grecją. Sabina, naprawdę nie czas teraz na głupoty”. Wstał, poklepał ją po ramieniu ciężką dłonią i poszedł do pokoju włączyć telewizor.

Po chwili z salonu dobiegł głos prezentera i znajome pomruki Kazika, który komentował wszystko, jakby od jego opinii zależały losy kraju. Sabina została w kuchni sama. Zupa cicho bulgotała. Na stole leżała gazetka z marketu, rachunek za prąd i kartka przyczepiona magnesem do lodówki – lista na działkę.

Chleb, kiełbasa, woda, płyn do naczyń, ręczniki papierowe, ziemia, kawa, worki, coś na komary. Patrzyła na tę kartkę długo. Potem podeszła do lodówki, zdjęła magnes i wzięła listę do ręki. Nie płakała.

Nawet jej się nie chciało. Tylko zmięła papier w ciasną kulkę i wrzuciła do kosza pod zlewem. „Dobrze, Kazik” – szepnęła. „Skoro tak chcesz”.

Przez cały tydzień Sabina była spokojna. Tak spokojna, że Kazik aż puchł z zadowolenia. Nie pytała już o Grecję. Nie wracała do tematu ciepłego morza, hotelu ze śniadaniami ani kawy wypitej bez pośpiechu.

Nie wzdychała przy reklamach wakacji w telewizji. Nie robiła miny, kiedy Kazik rozkładał na kuchennym stole swoje wędkarskie skarby, jakby przygotowywał wyprawę co najmniej na drugi koniec świata, a nie nad jezioro za miastem. „No i widzisz, Sabina” – mówił w środę wieczorem, przewijając żyłkę między palcami. „Jak człowiek ochłonie, to od razu inaczej myśli.

Grecja Grecją, ale rozsądek trzeba mieć. Na działce odpoczniemy, zobaczysz. Rano ja skoczę na ryby, bo teraz naprawdę dobrze bierze, a potem coś tam przy altance porobię. Jak pogoda pozwoli, to może ten dach obejrzę.

Grilla się rozpali, kiełbaskę zjemy. Po co komu więcej? ”

Sabina kroiła chleb na kolację i tylko kiwnęła głową. Kazik odebrał to jako zgodę.

Zresztą on często brał jej milczenie za zgodę. Przez lata nauczył się słyszeć w ciszy to, co było mu wygodne. W przedpokoju rosła już mała góra rzeczy na sobotę. Gumowe buty, stare wiadro, pokrowiec z wędkami.

Składane krzesełko Kazik kupił rok wcześniej, bo poprzednie nie trzymało kręgosłupa. Pudełka z haczykami, spławikami i przynętami, termos z obtłuczoną nakrętką, reklamówki z rzeczami na działkę, które sam wyciągnął z piwnicy i kazał Sabinie później jakoś sensownie przepakować. „Tylko pamiętaj, żeby wziąć tę niebieską miskę” – rzucił w czwartek – „i płyn do naczyń. Tamten na działce się skończył”.

„Pamiętam”. „I kawę. Bez kawy to ja rano człowiekiem nie jestem”. „Wiem, Kazik”.

„I coś na komary. W zeszłym roku mnie tak pogryzły, że myślałem, że do przychodni pojadę”. Sabina spojrzała na niego znad kubka. „Ciebie pogryzły?

Ty przecież cały wieczór siedziałeś w długich spodniach przy grillu”. „No właśnie. A co by było, gdybym nie siedział? ”

Nie odpowiedziała.

Wzięła telefon i weszła do łazienki, niby po ręcznik z pralki. Dopiero tam, przy zamkniętych drzwiach, odczytała wiadomość od Klaudii. „Kochana, wszystko opłacone, kreta czeka. Wylot z Katowic w sobotę.

Taksówka będzie pod twoim blokiem o szóstej i nie waż się spóźnić”. Sabina przeczytała to trzy razy. Serce uderzało jej mocniej, ale nie ze strachu. Raczej tak jak wtedy, gdy człowiek stoi na brzegu zimnej wody i już wie, że za chwilę wskoczy.

Klaudia widziała od dawna więcej, niż Sabina chciała przyznać sama przed sobą. Widziała jej zmęczenie, te drobne westchnienia, kiedy w pracy ktoś opowiadał o urlopie. Widziała, jak Sabina odmawia sobie nowych butów, dobrej fryzjerki, wyjścia na kawę, a potem słucha, że w domu nie ma pieniędzy na głupoty. To Klaudia pierwsza powiedziała: „Sabina, ty nie potrzebujesz pozwolenia, ty potrzebujesz biletu”.

A bilet już był. W aplikacji banku Sabina miała osobny cel. Nazwała go „Oddech”. Nikt poza nią o nim nie wiedział.

Odkładała tam przez półtora roku premię świąteczną, której Kazik nawet nie zauważył. Pieniądze za drobne zlecenia po godzinach, zwroty za zakupy, małe kwoty, które normalnie rozpłynęłyby się na chleb, proszek i coś tam do domu. Czasem po pięćdziesiąt złotych, czasem po sto. Raz więcej, kiedy dostała nagrodę w pracy i powiedziała Kazikowi, że w tym roku nic specjalnego nie dali.

Na początku naprawdę chciała jechać z nim. Wyobrażała sobie nawet, jak powie: „Kazik, zrobiłam niespodziankę. Lecimy”. Myślała, że może tam, daleko od działki, od cieknącej rynny i od jego wiecznego liczenia, przypomną sobie, jak kiedyś było między nimi.

Ale po tamtej rozmowie w kuchni coś w niej przygasło. A może przeciwnie – zapaliło się wreszcie we właściwym miejscu, bo nagle zobaczyła to jasno. Gdyby Kazik poleciał z nią do Grecji, liczyłby każdą kawę, każdą butelkę wody, każdą leżankę na plaży. Narzekałby, że gorąco, że zasłono, że obiad drogi, że w Polsce też jest słońce.

I znów jego humor stałby się jej obowiązkiem. W piątek wieczorem Kazik był w świetnym nastroju. Sprawdzał pogodę, ostrzył nożyk, szukał czapki z daszkiem. „Jutro wstajemy o szóstej” – oznajmił.

„Trzeba wyjechać przed korkami. Ty się nie grzeb, Sabina, bo jak zwykle potem wszystko na ostatnią chwilę”. „Dobrze”. „I ubierz się normalnie, tam błoto może być po deszczu”.

„Dobrze”. Spojrzał na nią podejrzliwie, ale tylko przez moment. Jej spokój go uspokajał. W sobotę budzik zadzwonił o szóstej.

Kazik zerwał się pierwszy, jakby jechał na własny ślub. Wciągnął stare dresy, koszulkę i bluzę z plamą po farbie. W przedpokoju zaczął przestawiać wiadro, wędki i reklamówki, przy okazji robiąc tyle hałasu, że obudziłby pół bloku. „Sabina, wstawaj!

” – zawołał. „Herbata już się robi. No szybciej, bo nie będę przez ciebie stał na wylotówce”. Sabina otworzyła oczy.

Przez chwilę leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Potem spokojnie wstała, wzięła prysznic, ułożyła włosy, nałożyła lekki makijaż – taki, który Kazik pewnie nawet by nie nazwał makijażem, tylko: „Po co ci to? ”. Włożyła jasne, lekkie spodnie, bluzkę w kolorze dojrzałej moreli i wygodne sandały.

Te, które kupiła wiosną i schowała na dnie szafy. W przedpokoju stała walizka. Nieduża, granatowa, z przywiązaną kolorową stążką przy rączce. Kazik właśnie podnosił wiadro i pokrowiec z wędkami, kiedy ją zobaczył.

„A ty co? ” – zmarszczył czoło. „Na działkę w takich spodniach? Sabina, przecież ty się tam cała upaćkasz.

I co to za walizka? Przecież mówiłem, że rzeczy trzeba w torby spakować. Nie będziemy się z tym pudłem targać”. W tej samej chwili zadzwonił telefon Sabiny.

Na ekranie pojawiło się imię Klaudii. Sabina odebrała. „Już schodzę” – powiedziała spokojnie. Kazik znieruchomiał.

„Jak to schodzisz? Dokąd schodzisz? ”

Sabina wsunęła telefon do torebki, chwyciła rączkę walizki i spojrzała na niego bez drżenia, bez łez, bez przepraszania. „Kazik, ja nie jadę na działkę.

Jadę do Grecji z Klaudią”. Kazik przez chwilę patrzył na Sabinę tak, jakby powiedziała do niego w obcym języku. „Do Grecji? ” – powtórzył powoli.

„Z Klaudią? Tak? Ty chyba zwariowałaś”. Wiadro stuknęło o podłogę.

Pokrowiec z wędkami osunął mu się z ramienia i oparł o ścianę. W przedpokoju zrobiło się ciasno od jego złości, od reklamówek, od starych butów i od tej granatowej walizki, która nagle wyglądała jak coś bardzo niebezpiecznego. „Sabina, czy ty wiesz, co ty robisz? ” – głos Kazika robił się coraz wyższy.

„Grecja teraz, kiedy dach w altance cieknie, kiedy rynnę trzeba wymienić, kiedy działka sama się nie zrobi? A ty sobie walizeczkę spakowałaś i z koleżaneczką na wakacje? No nie wierzę. Po prostu nie wierzę”.

Sabina stała spokojnie, z torebką na ramieniu. „Wierzyć nie musisz. Taksówka czeka”. „Jaka taksówka?

” – aż się zapowietrzył. „Za czyje pieniądze? Co ty, kredyt wzięłaś? Pożyczkę?

A może ukrywałaś przede mną kasę? No pięknie. Własna żona pieniądze przed mężem chowa”. Stary scenariusz ruszył sam.

Sabina znała go na pamięć. Najpierw oburzenie, potem wstyd, potem wielkie słowa o domu, małżeństwie, odpowiedzialności i o tym, co ludzie powiedzą. Kiedyś w takim momencie serce by jej zamarło. Zaczęłaby się tłumaczyć, łagodzić, przepraszać, obiecywać, że nigdzie nie pojedzie.

Ale nie dziś. Dziś tylko wyjęła telefon z torebki, odblokowała ekran i otworzyła notatki. „Kazik, ja też umiem liczyć”. „Co ty tam znowu wymyśliłaś?

„Nic. Policzyłam twój tani odpoczynek”. Zamilkł, bo tego się nie spodziewał. „Nowy kołowrotek” – zaczęła spokojnie.

„Czterysta pięćdziesiąt złotych. Kurtka na ryby. Ta przeciwdeszczowa, co miała być na lata. Siedemset złotych.

Buty, bo stare podobno przemakały. Pięćset. Zanęty, haczyki, żyłki, przynęty i te wszystkie pudełeczka, których nawet nie umiem nazwać. Sześćset.

Składki i pozwolenia. Trzysta pięćdziesiąt. Paliwo na działkę i nad jezioro. Ponad tysiąc.

Deski, farba, grill, narzędzia, ziemia do grządek, płótno i drobne rzeczy, które zawsze są konieczne. Śrubki, latarki, rękawice, nowy nóż, termos, bo stary już nie trzymał. Około ośmiuset”. Kazik otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć.

„Razem prawie sześć tysięcy złotych” – dokończyła Sabina. „Moja Grecja kosztowała trzy tysiące. I nagle to ja jestem rozrzutna”. „To co innego” – burknął.

„To są rzeczy potrzebne”. „Właśnie. Twoje wydatki zawsze są potrzebne. Moje marzenia zawsze są głupotą.

Twoja działka to inwestycja. Twoje ryby to odpoczynek. Twoje paliwo to konieczność. A moje kilka dni nad morzem to fanaberia”.

„Sabina, nie rób scen”. Uśmiechnęła się krótko. „Ja właśnie pierwszy raz nie robię sceny, tylko wychodzę”. W przedpokoju zapadła cisza.

Z dołu dobiegł krótki dźwięk klaksonu. Klaudia czekała. Sabina poprawiła pasek torebki. „Zupa jest w lodówce, chleb w szafce.

Pralka nie gryzie, programy są podpisane, a proszek stoi tam, gdzie zawsze. Rachunki leżą w segregatorze przy biurku. Na działkę możesz jechać sam. Jeśli chcesz ryby, zrób sobie kanapki i termos.

Dasz radę, Kazik. Przecież zawsze mówisz, że jesteś zaradny”. „Ty jeszcze zadzwonisz” – syknął. „Zobaczysz.

Dwa dni z Klaudią i będziesz miała dość. Będziesz płakać, że ci tęskno, że drogo, że nie wiesz, co robić. A ja wtedy nie wiem, czy odbiorę”. Sabina chwyciła rączkę walizki.

„To się zastanowisz”. „Co ludzie powiedzą? ” – rzucił jeszcze, już trochę słabiej. Odwróciła się przy drzwiach.

„Może wreszcie powiedzą, że pojechałam na urlop”. I wyszła. Drzwi zamknęły się cicho, bez trzasku, bez krzyku. Właśnie to Kazika rozsierdziło najbardziej.

Gdyby trzasnęła, mógłby powiedzieć, że histeryczka. Gdyby płakała, mógłby być wielkoduszny. A ona po prostu wyszła jak ktoś, kto podjął decyzję. Przez pierwsze minuty chodził po mieszkaniu jak nakręcony.

Mamotał pod nosem, przestawiał wiadro, kopnął reklamówkę z rzeczami na działkę, potem sam ją podniósł, bo rozsypały się papierowe ręczniki. „Grecja też coś” – mruczał. „Królowa się znalazła”. Pojechał na działkę sam.

Oczywiście, że pojechał. Zrobił to z takim uporem, jakby tym wyjazdem miał udowodnić całemu światu, że Sabina nie jest mu do niczego potrzebna. Tylko że już po drodze coś było nie tak. Nikt nie podał mu kanapek zawiniętych w papier, nikt nie przypomniał o lekach, nikt nie spytał, czy wziął czapkę.

Na stacji kupił sobie drożdżówkę i kawę z automatu, za którą zapłacił tyle, że aż się skrzywił. Nad jeziorem ryby brały słabo. Siedział w swoim krzesełku, patrzył na spławik i zamiast spokoju czuł w środku twardy kamień. Telefon leżał obok.

Co chwilę sprawdzał ekran. Nic. Żadnej wiadomości. Żadnego „Kazik, przepraszam”.

Żadnego zdjęcia. Żadnego płaczu. Po południu wrócił na działkę. Altanka pachniała wilgocią i starym drewnem.

W misce szybko uzbierały się brudne kubki i talerze. Chciał zrobić sobie obiad, ale okazało się, że makaron się skleił. Sos prysnął na kuchenkę, a herbata smakowała jakoś inaczej, chociaż przecież to była ta sama herbata. Wieczorem przyszedł deszcz.

Najpierw drobny, cichy, potem cięższy. Wreszcie z dachu altanki zaczęło kapać. Kap, kap, kap. Prosto na stary fotel, w którym Kazik lubił siedzieć po obiedzie i mówić, że człowiek na łonie natury od razu inaczej oddycha.

„Cholera jasna” – warknął, podstawiając miskę. Komary cięły jak szalone. Bluza była wilgotna. W telefonie dalej cisza.

Następnego dnia przy furtce pojawiła się pani Zosia z działki obok. Niska, siwa, w rozpinanym swetrze, z miską truskawek w rękach. „Panie Kaziku, a gdzie pani Sabina? ” – zapytała niby zwyczajnie.

„Bo tak cicho u was. Myślałam, że może chora”. Kazik odkrząknął. „Wyjechała w ważnej sprawie”.

Pani Zosia popatrzyła na niego uważnie. Za uważnie. „Aha. W ważnej sprawie.

No dobra kobieta z tej pańskiej Sabiny” – powiedziała po chwili. „Zawsze dzień dobry powie, pomoże, uśmiechnie się. Takich kobiet człowiek czasem nie widzi, jak są obok. Dopiero potem zaczyna się za nimi rozglądać”.

Postawiła miskę z truskawkami na płocie i odeszła, zanim zdążył odpowiedzieć. Kazik wrócił do altanki. Usiadł na krześle w wilgoci, między miską pod cieknącym dachem a stertą brudnych naczyń. Patrzył na swoje wędki oparte w kącie, na grill, na narzędzia, na wszystko, co miało być jego odpoczynkiem.

I pierwszy raz przyszła mu do głowy myśl tak niewygodna, że aż się skrzywił. On przez lata uważał się za gospodarza, za tego, który trzyma wszystko w ręku. A może po prostu siedział wygodnie, bo Sabina cały czas trzymała mu pod plecami poduszkę. Na krecie pierwszego dnia Sabina chodziła jak po cienkim lodzie.

Niby wszystko było dobrze. Hotel niewielki, czysty, z białymi ścianami i balkonem, z którego było widać kawałek morza między dachami. W recepcji pachniało cytryną i czymś słodkim. Klaudia od razu rzuciła torbę na łóżko, otworzyła balkon i powiedziała: „Boże, Sabina, czujesz?

To jest urlop. Prawdziwy urlop”. Sabina uśmiechnęła się, ale ręka sama powędrowała do telefonu. Czy Kazik zjadł?

Czy wziął tabletki? Czy zamknął działkę? Czy nie zostawił gazu w altance? Czy pamiętał, gdzie są rachunki?

Czy nie obraził się tak bardzo, że zrobi coś głupiego? Klaudia spojrzała na nią znad okularów przeciwsłonecznych. „Nawet nie próbuj”. „Ale ja tylko… nie”.

„Ty nie uciekłaś, Sabina. Ty pierwszy raz od lat pojechałaś na urlop. Kazik jest dorosłym chłopem. Jak zgłodnieje, znajdzie lodówkę.

Jak zmoknie, znajdzie kurtkę. Jak mu coś kapie na głowę, może wreszcie zauważy dach”. Sabina chciała zaprotestować, ale nie miała czym, bo to była prawda. Prosta, prawie bezczelna w swojej prostocie.

Pierwszy wieczór jeszcze ją ciągnęło. Telefon leżał na stoliku obok łóżka jak wyrzut sumienia. Co chwilę zerkała, czy nie ma wiadomości. Nie było.

Albo Kazik udawał dumnego, albo naprawdę był zajęty udowadnianiem sobie, że poradzi sobie bez niej. Drugiego dnia poszły na plażę. Morze było ciepłe, przejrzyste, zupełnie inne niż to, które Sabina znała z pocztówek i telewizyjnych reklam. Weszła do wody powoli, ostrożnie, jakby pytała samą siebie, czy jej wolno.

A potem fala dotknęła jej kolan, ud, brzucha – i coś w niej odpuściło. Nikt nie wołał z brzegu, że za długo siedzi w wodzie. Nikt nie marudził, że słońce za mocne. Nikt nie pytał, co będzie na obiad.

Nikt nie mówił: „No chodź już, bo szkoda dnia”. Dzień należał do niej. Piły kawę przy porcie. Małą, mocną, podaną w białych filiżankach.

Jadły sałatkę grecką z pomidorami, które smakowały słońcem, i rybę, której Sabina nie musiała czyścić, przyprawiać ani smażyć na małej kuchence w dusznej altance. Klaudia zamówiła jeszcze deser, a Sabina przez sekundę chciała powiedzieć: „Nie, po co, szkoda pieniędzy”. Ale ugryzła się w język. „Bierzemy” – powiedziała zamiast tego.

Klaudia aż klasnęła. „I to mi się podoba”. Wieczorem siedziały przy stoliku przed małą tawerną. Nad wodą zapalały się światła.

Ktoś gdzieś grał cicho na gitarze, a powietrze było miękkie i ciepłe. Sabina patrzyła na zachód słońca i nagle przyszła jej do głowy myśl tak straszna, że aż wstrzymała oddech. Ona nie tęskniła. Nie bolało jej serce.

Nie chciała wracać wcześniej. Nie zastanawiała się, jak udobruchać Kazika. Było jej dobrze, spokojnie, lekko. „Co taka zamyślona?

” – spytała Klaudia. Sabina pokręciła głową. „Nic. Po prostu dawno nie było mi tak cicho w środku”.

Klaudia nie żartowała tym razem. Tylko położyła dłoń na jej ręce. „To zapamiętaj to sobie”. Sabina zapamiętała.

Kiedy wróciły do Polski, na lotnisku w Katowicach od razu uderzyło ją chłodniejsze powietrze, gwar ludzi i zapach kawy z automatu. Kazik stał przy wyjściu z bukietem. Róże były owinięte w folię z supermarketu, trochę przywiędłe na brzegach. On sam wyglądał niewyraźnie.

Twarz miał szarą, koszulę pomiętą, włosy przyklapnięte. Jak człowiek, który przez tydzień więcej myślał niż mówił. Sabina wyszła z walizką opalona, wypoczęta, w lekkiej sukience i sandałach. Nie promieniała na pokaz.

Po prostu wyglądała jak kobieta, która wreszcie przespała kilka nocy bez napięcia. Kazik zrobił krok w jej stronę. „Sabina, no dałaś czadu”. Wziął bukiet w obie ręce, jakby nie wiedział, czy ma go wręczyć, czy się nim zasłonić.

„Cześć, Kazik” – powiedziała spokojnie i przyjęła kwiaty. „Zamówiłeś taksówkę? ”

W domu było do przeżycia. To było najlepsze określenie.

Podłoga nie lepiła się, ale w zlewie stały kubki, talerze i garnek z czymś zaschniętym na dnie. W lodówce leżał kawałek sera, musztarda i dwa smutne ogórki. Na stole piętrzyły się reklamówki, rachunki i gazeta z marketu. W łazience kosz na pranie wyglądał, jakby chciał uciec.

Kazik krzątał się nerwowo. „Ja trochę ogarnąłem, ale wiesz, praca, działka, deszcz…”

„Kazik” – przerwała mu Sabina. „Ja nie będę się kłócić. Mam za dobry humor”.

Zamilkł od razu. Sabina odstawiła walizkę, zdjęła sandały i usiadła przy stole. „Ustalimy teraz kilka rzeczy”. Kazik przełknął ślinę.

„Jakich rzeczy? ”

„Po pierwsze, urlop to urlop. W przyszłym roku jedziemy normalnie. Jeśli odłożysz swoją połowę, zaczynasz od następnej wypłaty.

Jeśli nie odłożysz, jadę z Klaudią albo sama. I już wiem, że sobie poradzę”. Otworzył usta, ale tylko wypuścił powietrze. „Po drugie, działka nie jest moim obowiązkiem.

Będę tam jeździć wtedy, kiedy będę chciała posiedzieć z kawą, poczytać książkę, może zjeść kiełbasę z grilla. Nie po to, żeby pracować za dwoje, kiedy ty siedzisz nad wodą”. Kazik spuścił wzrok. „Po trzecie, ryby to twoje hobby, nie rodzinna konieczność.

Wędki, składki, zanęty, paliwo nad jezioro – proszę bardzo, ale nie kosztem mojego życia i moich marzeń”. „Sabina, ale altanka…”

„Po czwarte” – weszła mu w słowo – „jeśli altanka cieknie, znajdź fachowca, sprzedaj jeden kołowrotek, pożycz od kolegi, zrób jak uważasz. Ale ja nie będę już płaciła swoim odpoczynkiem za twój święty spokój”. Kazik siedział cicho.

Ten brak sprzeciwu był dziwniejszy niż każda awantura. Po chwili podrapał się po karku. „To może ziemniaczki bym usmażył. Coś zjemy”.

Sabina spojrzała na niego tylko raz. Spokojnie, bez krzyku. Ale w tym spojrzeniu było i morze, i lotnisko, i granatowa walizka stojąca wciąż nierozpakowana w przedpokoju. Kazik od razu sięgnął po telefon.

„Dobra, zamówię coś chińskiego”. „Może być. Może”. Kiedy zamknęła za sobą drzwi łazienki i odkręciła wodę, oparła się o umywalkę i cicho się roześmiała.

Niezłośliwie. Nie przeciwko niemu. Dla siebie, bo wiedziała już jedno. Następna podróż będzie z Kazikiem, z Klaudią albo sama ze sobą.

Ale bilet do nowego życia Sabina już miała w kieszeni. Dziękuję, że byliście ze mną do końca tej historii. Jeśli wam się spodobała, zostawcie łapkę w górę, napiszcie komentarz i zasubskrybujcie kanał, żeby nie przegapić kolejnych opowieści. A wy jaki odpoczynek wybieracie?

Spokojną działkę i ciszę nad jeziorem czy walizkę, lotnisko i ciepłe morze? Napiszcie koniecznie, bo jestem bardzo ciekaw, po której stronie jesteście.