No dobre, sprawdzam trasę. Ile to ma być? Jakąś godzinę? Chwila, czy ja w ogóle wybrałem właściwą opcję?

Przecież to nie może być prawda. No nie. Jęczę i przewijam ekran. To musi być pomyłka, nie ma opcji.
A to? Czterdzieści dziewięć minut? Ludzie, gdzie myśmy wylądowali? Chwila, chwila, to nie może być dobrze.
Wzdycham ciężko i patrzę na ekran. „Zamknięte o 22:52”? Jak to możliwe? O, to czas całkowity.
Chwila. Osiemnaście minut? No i teraz wszystko jasne. Już myślałem, że będę musiał przejść cały Berlin, żeby znaleźć ten cholerny sklep.
Śmieję się sam do siebie, bo znowu zadziałał ten mój ludzki fail. Głupi błąd, głupi człowiek. No dobra, idziemy dalej. Wyświetlacz pokazuje malutki skwerek.
„Tędy mamy iść” – mówię do siebie, bo przecież nikt inny mi nie odpowie. To ten park? Jakiś taki niewielki, nie ma szału. Patrzę w bok i widzę parę w eleganckich strojach.
Chyba ktoś tam bierze ślub albo coś w tym stylu. Serio? Tu? Spodziewałem się czegoś więcej po tym miejscu.
Ale może dalej coś będzie. Idę przed siebie i po chwili orientuję się, że znowu skręciłem nie tam, gdzie trzeba. No pięknie, kolejny raz w złym miejscu. Nawigacja uparcie pokazuje, że mam się przecisnąć przez jakąś szczelinę, przez wąską ścieżkę między drzewami.
Oczywiście, przecież Google Maps wie lepiej, że mam się przecisnąć przez wielki park. No może tutaj jest jeszcze kawałek dalej. Park jest większy, niż mi się wydawało. Wyciągam z plecaka piwo, które tam jeszcze zostało.
Nazywa się jakoś śmiesznie, „Gösser” czy coś takiego. Otwieram i piję łyk. Fantastycznie. To chyba jedyny plus tej całej wycieczki.
Jest jeszcze otwarte do 22, nie? No dobra, to mamy czas. Sprawdzam, czy można przejść dalej, na drugą stronę. Wygląda, że nie bardzo.
No nic, idziemy dalej przez ten park. Byle do przodu.


