„Ryszard, ty już jesteś tu prawie jak lokator” – powiedziała synowa, a przy stole zrobiło się tak cicho, że usłyszałem własne serce. Spojrzałem na syna. Czekałem na jedno zdanie. Milczał. To był…

„Ryszard, ty już jesteś tu prawie jak lokator” – powiedziała synowa, a przy stole zrobiło się tak cicho, że usłyszałem własne serce. Spojrzałem na syna. Czekałem na jedno zdanie. Milczał. To był...

W moim własnym domu synowa zaśmiała się i powiedziała: „Ryszard, ty już jesteś tu prawie jak lokator”. Spojrzałem na syna. Czekałem, aż powie chociaż jedno zdanie. Milczał.

Thumbnail

Następnego ranka policzyłem wszystko, za co płaciłem. Mam na imię Ryszard. Miałem 64 lata, kiedy po raz pierwszy naprawdę poczułem, że cisza potrafi człowieka zmęczyć bardziej niż hałas całego dnia. Nasz dom stał na spokojnych obrzeżach Torunia.

Nie była to żadna willa z katalogu. Około stu pięćdziesięciu metrów, dwa piętra, garaż, kawałek ogrodu i stara jabłoń przy płocie, która od lat rodziła kwaśne jabłka. Krystyna zawsze mówiła, że trzeba ją wyciąć, ale kiedy przychodziła jesień, piekła z tych jabłek szarlotkę i wycinka znowu czekała na następny rok. Budowę zaczynaliśmy, gdy pieniędzy mieliśmy tyle, że dziś trudno mi uwierzyć, że w ogóle się na to zdecydowaliśmy.

Każdą większą rzecz omawialiśmy po kilka razy. Pamiętam, jak Krystyna uparła się na kuchenne szafki z jasnego drewna. Ładne były, nie powiem. Ale cena zwalała z nóg.

„Rysiek, przecież kuchnię robimy na lata”. „Kryśka, za takie pieniądze te szafki powinny jeszcze obiad gotować”. Obraziła się na mnie, może na kwadrans. Potem parsknęła śmiechem i znaleźliśmy tańsze.

Tak wyglądała właściwie cała budowa. Po płytki jechaliśmy do hurtowni pod Bydgoszczą, bo ktoś powiedział, że wychodzi taniej. Drzwi przywoziłem pożyczoną przyczepką. Panele na piętrze kładłem z kolegą przez dwa weekendy.

Krystyna malowała ściany, a potem narzekała, że więcej farby miała na sobie niż na wałku. Nie wszystko było równe. Nie wszystko zrobiliśmy tak, jak zrobiłaby to dziś porządna ekipa. Ale ten dom był nasz.

Tutaj wychowały się nasze dzieci. Najpierw urodził się Grzegorz. Był takim dzieckiem, którego wszędzie było pełno. W ciągu jednego popołudnia potrafił rozbić kolano, zgubić czapkę i jeszcze zapytać, dlaczego mama się denerwuje.

Kilka lat później pojawiła się Natalia. Była zupełnie inna – spokojniejsza, po cichu uparta. Grzegorz trzaskał drzwiami, kiedy coś mu nie pasowało. A Natalia patrzyła człowiekowi prosto w oczy i pytała: „Ale dlaczego?

”. I potrafiła pytać tak długo, aż człowiek sam przestawał wiedzieć dlaczego. Dzieci dorosły. Grzegorz został w okolicy Torunia.

Natalia po studiach przeniosła się do Wrocławia. Tam znalazła pracę, ułożyła sobie życie. Dzwoniła regularnie, przyjeżdżała kilka razy w roku. Nie miałem do niej pretensji.

Krystyna też nie miała. „Dzieci wychowuje się po to, żeby kiedyś poszły swoją drogą” – mawiała. Dopiero po jej śmierci zacząłem rozumieć, jak bardzo wypełniała ten dom. Odeszła nagle.

Jeszcze rano rozmawialiśmy przy kawie o tym, że trzeba zamówić kogoś do przycięcia jabłoni. Wieczorem siedziałem na szpitalnym korytarzu i próbowałem zrozumieć słowa lekarza. Serce. Tyle lat razem, a na końcu człowiek nie dostaje nawet pięciu minut, żeby powiedzieć wszystko, czego nie zdążył.

Po pogrzebie wróciłem do domu i pierwszy raz wydał mi się za duży. Wcześniej zawsze coś było słychać. Radio w kuchni. Krystyna otwierająca szafki.

Pralka. Jej kroki na schodach. Wołanie z drugiego pokoju: „Rysiek, widziałeś moje okulary? ”.

A ja odpowiadałem: „Tam, gdzie je położyłaś”. „Bardzo śmieszne”. Potem nagle nie było nic. Najgorzej było wieczorami.

Człowiek znajdzie sobie zajęcie do południa – zakupy, garaż, rachunki, ogród. Ale przychodzi szósta, siódma, robi się ciemno i nie ma już przed kim udawać, że wszystko jest w porządku. Rzeczy Krystyny długo zostawiałem tak, jak były. Nie robiłem z domu muzeum.

Po prostu nie potrafiłem pewnych rzeczy ruszyć. W jednym z pokoi trzymała książki, fotografie, stare pudełka z dokumentami i drobiazgi, których znaczenia często nie znałem. Na półce stał kubek, z którego lubiła pić herbatę. W szufladzie leżały okulary.

Na krześle wisiała bluza, którą zakładała, gdy wieczorem wychodziła do ogrodu. Czasem stawałem w drzwiach tego pokoju i nie wchodziłem. Natalia dzwoniła prawie codziennie. „Tato, jadłeś coś?


„Jadłem”. „Co, Natalia? Mam 64 lata i umiem zrobić obiad”. „Nie pytałam, czy umiesz.

Pytałam, czy zrobiłeś”. Po Krystynie zdecydowanie odziedziczyła talent do zadawania niewygodnych pytań. Grzegorz też zaglądał częściej niż wcześniej. Widziałem, że się martwi, choć próbował tego nie pokazywać.

Mniej więcej cztery miesiące po pogrzebie zadzwonił w niedzielny wieczór. Siedziałem sam w kuchni, przede mną talerz z niedojedzoną kolacją. „Tato, gadałem z Agnieszką”. „O czym?


Chwilę milczał. „O tobie”. „O, to już brzmi podejrzanie”. Nie zaśmiał się.

„Po co masz tu siedzieć sam? ”
„Nie siedzę sam. Mam telewizor”. „Tato, mówię poważnie”.

Westchnąłem. „No to mów”. „Przyjedziemy z Agnieszką na jakiś czas. Pomieszkamy z tobą.

Nie na zawsze. Dopóki trochę nie dojdziesz do siebie”. Spojrzałem przez kuchenne okno na ciemny ogród. Powinienem był się zastanowić, zadzwonić do Natalii, przespać się z tym kilka nocy.

Ale siedziałem sam w domu, który przez większość życia nigdy nie był pusty. I powiedziałem: „Dobrze, synu, przyjeżdżajcie”. Wtedy naprawdę wierzyłem, że otwieram im drzwi, żeby łatwiej było mi znieść samotność. Nie wiedziałem jeszcze, że człowiek może oddawać własne miejsce po kawałku tak powoli, że przez długi czas nawet tego nie zauważa.

Pierwsze tygodnie były dobre. Nie będę udawał, że od początku coś mi nie pasowało. Grzegorz naprawił rynnę od strony ogrodu, która przy większym deszczu lała wodą prosto pod ścianę. Potem zrobił porządek w garażu, przejrzał narzędzia, sprawdził kosiarkę.

W soboty kosił trawę. Patrzyłem na niego przez okno i myślałem, że może rzeczywiście dobrze się stało. W domu znowu ktoś chodził po schodach. Ktoś otwierał drzwi.

Ktoś pytał: „Tato, gdzie masz śrubokręty? ” albo „Rysiek, kupić coś po drodze? ”. Agnieszka początkowo też zachowywała się bardzo w porządku.

Nie narzucała niczego. Czasem przygotowała kolację. Wieczorem siadała przy stole i opowiadała o pracy, o klientach, o przesuwanych terminach. Ja słuchałem.

Po miesiącach ciszy nawet zwykłe narzekanie brzmiało jak coś dobrego. Najbardziej pamiętam jeden wieczór z Grzegorzem. Agnieszka poszła wcześniej na górę. My zostaliśmy w kuchni.

Otworzyliśmy po piwie i długo o niczym nie rozmawialiśmy. W pewnym momencie spojrzał na pusty fotel przy stole – tam często siadała Krystyna. „Tato, ja za rzadko do niej dzwoniłem”. Od razu wiedziałem, o kim mówi.

„Nie, serio. Cały czas miałem robotę. Zawsze coś. Myślałem, że zadzwonię jutro, w weekend, jak będzie spokojniej”.

Nie patrzył na mnie. „A potem już nie było kiedy”. Siedzieliśmy chwilę w ciszy. „Każdy sobie po fakcie przypomina, co mógł zrobić inaczej” – powiedziałem.

„Ty byłeś z nią codziennie. I też mam listę rzeczy, których nie powiedziałem”. Pierwszy raz od pogrzebu zobaczyłem, jak zaszkliły mu się oczy. Odwrócił głowę, jakby chciał to ukryć.

Nie poklepałem go po ramieniu. Nie mówiłem, żeby się trzymał. Po prostu siedziałem z nim. Chyba takich wieczorów potrzebowałem najbardziej.

Dlatego pierwszych zmian nie potraktowałem jako czegoś ważnego. Zaczęło się od pokoju Krystyny. Pewnego dnia wszedłem na górę i zobaczyłem otwarte drzwi. Na biurku stał laptop Agnieszki, obok ładowarka, segregatory i kubek.

Na krześle wisiała jej marynarka. Część pudeł Krystyny była przesunięta pod ścianę. „Pracujesz tutaj? ”
Odwróciła się.

„Tak. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza. Na dole trudno mi się skupić, a tu jest cicho”. „To był pokój Krystyny”.

„Wiem. Niczego nie wyrzuciłam”. Powiedziała to spokojnie, bez pretensji. Właśnie dlatego nie umiałem zrobić z tego problemu.

Krystyny już nie było. Powtarzałem to sobie coraz częściej. „Zostań. Tylko uważaj na jej rzeczy”.

Kilka tygodni później zniknął mój fotel przy oknie w salonie. Został przesunięty pod ścianę. W jego miejscu pojawił się stolik, laptop i lampka. „Tu mam dużo lepsze światło” – wyjaśniła Agnieszka.

Ten fotel był stary, granatowy, wytarty na podłokietnikach. Siadałem w nim rano z kawą, jeszcze zanim Krystyna zachorowała. Miałem stamtąd widok na ogród. Mogłem powiedzieć: „Przestaw to z powrotem”.

Ale pomyślałem: „Nie będę robił awantury o fotel”. Usiadłem gdzie indziej. Potem były zdjęcia. Na korytarzu na piętrze wisiały rodzinne fotografie, które Krystyna układała przez lata.

Dzieci małe, my na Mazurach, Grzegorz na pierwszej komunii, Natalia z aparatem na szyi. Któregoś dnia zauważyłem, że kilku brakuje. W ich miejscu wisiała prosta grafika w czarnej ramie. Znalazłem zdjęcia w szufladzie komody.

„Agnieszka, gdzie były te fotografie? ”
„Zdjęłam tylko kilka. Było ich trochę za dużo. Pomyślałam, że korytarz będzie wyglądał lżej”.

„Krystyna je wieszała”. „Wiem, nie wyrzuciłam ich”. Znowu to samo. Spokojny ton, rozsądne wyjaśnienie.

Jakby wszystko było tak niewielkie, że tylko przewrażliwiony człowiek mógłby się gniewać. Spojrzałem na Grzegorza. Stał kilka metrów dalej, słyszał całą rozmowę. Nasze spojrzenia spotkały się na sekundę.

Odwrócił wzrok. To tylko kilka zdjęć. Fotel to tylko fotel. Pokój Krystyny i tak stał pusty.

Każda rzecz osobno wydawała się drobiazgiem. Dopiero później zrozumiałem, że problem z drobiazgami polega na tym, że człowiek przyzwyczaja się do ustępowania przy jednym, potem przy drugim, a za trzecim razem nawet nie zauważa, że znowu się cofnął. Natalia przyjechała z Wrocławia w piątek wieczorem. Wysiadła z auta, zamknęła drzwi i od razu się uśmiechnęła.

„No tato, wreszcie wyglądasz trochę lepiej”. „Czyli wcześniej wyglądałem aż tak źle? ”
„Nie prowokuj mnie, bo dopiero przyjechałam”. Przytuliła mnie mocno.

Zawsze tak robiła. Przez pierwszą godzinę było jak kiedyś. Wszyscy mówili naraz. Natalia opowiadała o Wrocławiu, Grzegorz żartował, Agnieszka stawiała na stole kolację.

Patrzyłem na nich i myślałem, że może właśnie tak powinno być. Po jedzeniu została ze mną w kuchni. „Tato, naprawdę dobrze, że oni tu są”. „Tak myślisz?


„Oczywiście. Przynajmniej nie jesteś sam”. I wtedy ja też powiedziałem to, co od miesięcy powtarzałem sobie: „Jest dobrze. Grzegorz pomaga przy domu.

Agnieszka też. Człowiek ma do kogo gębę otworzyć wieczorem”. Dopiero następnego dnia zaczęła zauważać rzeczy, które dla mnie zdążyły być codziennością. Rano spotkała mnie na korytarzu.

„Ty tutaj śpisz? ” – zmarszczyła brwi. „A duża sypialnia? ”
„Grzegorz z Agnieszką tam są”.

„Przecież to była wasza sypialnia”. „Tak było wygodniej”. „Komu? ”
Zaśmiałem się.

„Im potrzeba więcej miejsca. Ja nie potrzebuję wielkiego pokoju”. Natalia przyjrzała mi się jeszcze przez chwilę. Nie drążyła.

I właśnie dlatego wiem dziś, że wtedy naprawdę jeszcze nie rozumiała, co się dzieje. Później zeszliśmy do garażu. Musiałem przeciskać się bokiem między kartonami. Pudła z ubraniami, dwa krzesła, regał, plastikowe pojemniki, stolik, opony.

„Co to wszystko jest? ”
„Ich rzeczy”. „A samochód stoi przed domem. Zimą też?


„Nie przesadzaj. To tylko samochód”. Powiedziałem to szybciej, niż powinienem. Natalia wzruszyła ramionami.

Tego samego popołudnia zajrzała do pokoju Krystyny. Na biurku leżały dokumenty Agnieszki. Przy ścianie stał dodatkowy regał. „Sporo się tu zmieniło”.

„Agnieszka pracuje stąd dwa razy w tygodniu”. „A rzeczy mamy są? ”
„Wszystkie”. „Niczego nie wyrzuciła”.

Wieczorem przy kolacji Agnieszka opowiadała, że chciałaby odświeżyć górny korytarz. Natalia słuchała. Grzegorz jadł. Ja też nic nie mówiłem.

W niedzielę rano Natalia spakowała torbę. Przy drzwiach przytuliła mnie. „Dzwoń, jakbyś czegoś potrzebował”. „Dzwonię”.

„Nie. Ty odbierasz, kiedy ja dzwonię. To nie to samo”. Patrzyłem, jak odjeżdża.

Przez chwilę zrobiło mi się pusto, ale wiedziałem, że za chwilę wrócę do domu, gdzie ktoś przecież jest. Tyle że po jej wyjeździe zacząłem zwracać uwagę na coś, czego wcześniej nie słyszałem. Na sposób, w jaki Agnieszka mówiła o przyszłości. „Tutaj zrobimy jaśniejszą ścianę”.

„Na wiosnę zmienimy te lampy”. „Myśleliśmy, żeby przy tarasie postawić większy stół”. Za każdym razem mówiła „my”. Czasem miała na myśli siebie i Grzegorza, czasem chyba nas wszystkich.

Tylko nikt mnie wcześniej nie pytał. Któregoś wieczoru przyszła mi do głowy dziwna myśl. Jeżeli to naprawdę było „my”, to dlaczego coraz częściej dowiadywałem się o naszych decyzjach dopiero wtedy, kiedy były już podjęte? I pierwszy raz pomyślałem, że w tym domu funkcjonuje jakieś „my”, do którego ja sam coraz mniej należę.

Natalia przyjechała znowu pod koniec października, kilka dni przed Wszystkich Świętych. Tym razem miała zostać dłużej. Chciała pojechać ze mną na cmentarz, zapalić znicz u Krystyny. Przyjechała późnym popołudniem.

Nie powiedziała nic. Ja też nic nie mówiłem. Tyle że przez kilka miesięcy wiele się zmieniło. W kuchni Agnieszka miała swoje pojemniki, swoje przyprawy poukładane według jakiegoś systemu i własne zasady.

Kiedy rano chciałem odstawić kubek na miejsce, gdzie trzymałem go od lat, przesunęła go na drugą półkę. „Ryszard, tu będzie wygodniej”. „Mnie było wygodnie tam”. „Ale tu się lepiej mieści”.

Powiedziała to tak zwyczajnie, że aż głupio było dyskutować o kubku. Natalia siedziała przy stole i piła kawę. Zauważyłem, że podniosła wzrok. Nic nie powiedziała.

Później zadzwonił domofon. Przyszła kobieta z firmy sprzątającej. „Kto to? ”
„Pani do sprzątania”.

„Do sprzątania czego? ”
„Domu. Raz na dwa tygodnie. Normalna rzecz”.

„Zamówiłaś ją? ”
„Tak. Myślałam, że nie będziesz miał nic przeciwko”. To zdanie słyszałem już w różnych wersjach tyle razy, że właściwie przestało mnie dziwić.

„Myślałam, że ci nie przeszkadza”. „Myśleliśmy, że tak będzie lepiej”. „Przecież to nic wielkiego”. „No dobrze” – powiedziałem.

I poszedłem do garażu. Dopiero wieczorem dowiedziałem się, że sprzątanie ma być opłacane z mojego konta. „Zostawiłam ci numer rachunku tej pani. Najlepiej zrobić stałe zlecenie”.

Natalia przestała kroić chleb. „Tata ma za to płacić? ”
Agnieszka wzruszyła ramionami. „No przecież sprzątany jest cały dom”.

„Aga” – odezwał się Grzegorz cicho. „No co? Mówię tylko jak jest”. Spojrzałem na syna.

Jak zwykle nie rozwinął tematu. Następnego dnia pojechaliśmy na cmentarz. Było zimno, mokro i wiało. Natalia poprawiała znicze, ja czyściłem płytę.

Przez chwilę oboje staliśmy w milczeniu przed nazwiskiem Krystyny. W drodze powrotnej Natalia była cichsza. Myślałem, że chodzi o matkę. Dopiero w domu zrozumiałem, że nie tylko.

Po obiedzie Agnieszka zaczęła opowiadać o remoncie na piętrze. „Na wiosnę trzeba będzie odświeżyć ściany i zmienić podłogę w jednym pokoju”. „W którym? ” – zapytała Natalia.

Agnieszka wskazała pokój po drugiej stronie korytarza. „Ten właściwie stoi niewykorzystany. Zrobimy tam coś sensownego”. „Co masz na myśli?

” – zapytałem. „No nie wiem, może garderobę albo drugi gabinet. Tata i tak nie potrzebuje tyle miejsca”. Natalia od razu spojrzała na mnie.

Nie na Agnieszkę. Na mnie. To było najgorsze. Poczułem, jakbym powinien wyjaśniać, dlaczego ktoś planuje kolejną zmianę w moim domu bez pytania mnie o zdanie.

„Zobaczymy” – powiedziałem. „No właśnie, zobaczymy! ” – odpowiedziała Agnieszka i wróciła do rozmowy z Grzegorzem. Wieczorem, kiedy poszli na górę, Natalia nalała sobie wody i usiadła naprzeciwko.

„Tato, czego ty naprawdę chcesz? ”
„Czego? ”
„Nie udawaj, że nie rozumiesz”. Poczułem irytację.

„Natalia, oni mi pomagają. Grzegorz zajmuje się domem. Agnieszka też dużo robi”. „Ja nie mówię, że nic nie robią”.

„To o co ci chodzi? ”
Patrzyła na mnie spokojnie. „O to, że ja jestem tu dopiero drugi dzień. A mam wrażenie, że ty pytasz innych, co możesz zrobić we własnym domu”.

Zabolało mnie to bardziej, niż powinno. „Przyjeżdżasz raz na kilka miesięcy. Już wszystko wiesz”. „Nie, właśnie dlatego pytam”.

„To nie jest takie proste”. „A co jest skomplikowane? ”
„Rodzina, Natalia. Rodzina jest skomplikowana”.

Pokiwała głową. Nie próbowała mnie przekonywać. Nie mówiła, żebym wyrzucił Grzegorza. Nie obrażała Agnieszki.

Następnego dnia, kiedy miała wyjeżdżać, przytuliła mnie przy samochodzie. „Tato, nie będę ci mówiła, co masz zrobić. Ale spójrz na to uczciwie”. „Na co?


„Na wszystko”. Wsiadła i odjechała. Długo stałem przy bramie. Byłem na nią zły.

Powtarzałem sobie, że przesadza, że widzi kilka sytuacji i buduje z nich wielki problem. Ale wieczorem wszedłem do kuchni i zanim wyjąłem kubek, spojrzałem na półkę, na tę, na którą Agnieszka kazała mi go przestawić. I pierwszy raz nie pomyślałem, że Natalia przesadza. Pomyślałem, że może zobaczyła coś, czego ja od miesięcy bardzo starałem się nie widzieć.

Rocznica naszego ślubu zawsze była dla mnie ważniejsza niż własne urodziny. Tym razem po raz pierwszy miałem spędzić ten dzień bez Krystyny. Nie chciałem siedzieć sam. Zadzwoniłem do kilku bliskich osób, do starego kolegi z żoną, do kuzynki Krystyny.

Natalia od razu powiedziała, że przyjedzie. Agnieszka zaproponowała, że pomoże przy kolacji. Nie protestowałem. W dniu spotkania od rana pachniało pieczeniem.

Na stole stanęła dobra zastawa, ta, którą Krystyna wyciągała tylko na święta. Agnieszka zrobiła pieczeń i sałatkę, ja przygotowałem ziemniaki. Natalia przywiozła sernik, ale kiedy zobaczyła na blacie blaszkę, roześmiała się. „Tato, zrobiłeś szarlotkę?


„A co, nie wolno? ”
„Według przepisu mamy mniej więcej”. „Co znaczy mniej więcej? ”
„Że nie miałem cierpliwości ważyć wszystkiego co do grama”.

Spróbowała kawałek jeszcze przed kolacją. „Trochę za dużo cynamonu”. „Twoja matka też tak mówiła”. Oboje zamilkliśmy na sekundę, a potem się uśmiechnęliśmy.

Wieczorem dom był pełen ludzi. Przez kilka godzin wszystko wyglądało niemal jak dawniej. Ktoś się śmiał w salonie, w kuchni brzęczały talerze. Rozmawialiśmy o Krystynie bez tego ciężkiego tonu, który zwykle pojawia się po śmierci kogoś bliskiego.

Wspominaliśmy rzeczy zabawne. Jak na Mazurach uparła się, że sama rozpali grilla podczas deszczu i spaliła pół gazety, a kiełbasa dalej była zimna. Jak Grzegorz jako dziecko schował się pod stołem, bo nie chciał jeść buraczków. Jak Natalia przez pół wakacji nosiła aparat i robiła zdjęcia wszystkiemu, tylko nie ludziom.

„Mam gdzieś cały album zdjęć płotów” – powiedziałem. „To była sztuka”. „To były płoty”. „Nie znałeś się”.

Patrzyłem na dzieci i przez moment naprawdę czułem wdzięczność. Pomyślałem, że mimo wszystko mamy rodzinę. Może nie idealną, ale kto ma idealną? Pod koniec kolacji Agnieszka wstała z kieliszkiem.

„Skoro już wszyscy jesteśmy razem, to ja też chciałam coś powiedzieć”. Rozmowy ucichły. „Ja Krystyny znałam dużo krócej niż wy, ale zawsze pamiętam, jak ciepło przyjmowała mnie w tym domu. Naprawdę czujemy się tutaj jak u siebie.

Przez te miesiące tyle się zmieniło, tyle zrobiliśmy”. Potem ktoś zażartował, że Agnieszka zna już ten dom lepiej niż Grzegorz. „No pewnie” – zaśmiała się. „Jeszcze trochę i Ryszard będzie musiał mnie pytać, gdzie co leży.

Właściwie Ryszard jest już tu prawie jak lokator”. Powiedziała to lekko, jak żart, z którego wszyscy mieli się roześmiać. Tylko że nikt się nie roześmiał. Cisza przyszła nagle.

Spojrzałem na Agnieszkę – uśmiech powoli znikał jej z twarzy. Potem na Grzegorza. To był moment, jeden krótki moment, w którym wystarczyłoby, żeby powiedział: „Aga, przesadziłaś”. Albo: „To jest dom taty”.

Nie oczekiwałem wielkiej awantury. Jednego zdania. Grzegorz patrzył w talerz. Natalia siedziała naprzeciwko.

Widziałem, że ona też patrzy na brata. Czekała. On nie powiedział nic. Po chwili Agnieszka zaczęła się tłumaczyć.

„Oj, przecież żartuję”. Ktoś szybko zmienił temat. Rozmowy wróciły, ale już nie były takie same. Ja też się uśmiechałem, kiedy ktoś do mnie mówił.

Podawałem kawę, kroiłem ciasto, pożegnałem wszystkich normalnie. Natalia została trochę dłużej. Przy drzwiach tylko ścisnęła mnie za ramię. „Zadzwonię jutro”.

„Dobrze”. Kiedy ostatni samochód zniknął za bramą, wróciłem do jadalni. Na stole stały brudne kieliszki. Na talerzu został kawałek szarlotki.

Jedno krzesło było odsunięte. Usiadłem. Nie myślałem już o słowach Agnieszki. Najbardziej bolało mnie milczenie Grzegorza.

Bo nagle zrozumiałem, że to nie był pierwszy raz. Za każdym razem, kiedy przesuwano moje rzeczy, kiedy podejmowano decyzje bez pytania, Grzegorz był obok, widział i milczał. A ja za każdym razem robiłem dokładnie to samo. Ustępowałem, żeby nie było kłótni, żeby dzieci miały wygodnie, żeby nie wyjść na starego, marudnego ojca.

Siedziałem tak długo, aż w domu zrobiło się zupełnie cicho. I wtedy po raz pierwszy od śmierci Krystyny pomyślałem nie o tym, czego potrzebują dzieci. Pomyślałem, czego potrzebuję ja. Następnego ranka obudziłem się wcześniej niż zwykle.

Wstałem i zszedłem na dół. W kuchni było jeszcze ciemno. Zrobiłem kawę, ale tylko jedną. Zwykle odruchowo przygotowywałem więcej – Grzegorz lubił mocną, Agnieszka z mlekiem.

Tego dnia nie usiadłem przy stole z własnym kubkiem i otworzyłem szufladę, w której trzymałem rachunki. Najpierw chciałem sprawdzić tylko kilka ostatnich miesięcy. Potem wyciągnąłem więcej. Prąd, gaz, woda, internet, podatek od nieruchomości, rachunki z marketów, paragony za zakupy, opłaty za sprzątanie, pielęgnacja ogrodu.

Usiadłem z kalkulatorem. Nigdy wcześniej nie liczyłem tego wszystkiego razem. Płaciłem, bo rachunki przychodziły. Dom był mój, więc wydawało mi się oczywiste, że płacę.

Zużycie prądu wyraźnie wzrosło po przeprowadzce Grzegorza i Agnieszki. Wody też. Doszedł szybszy internet, bo Agnieszka potrzebowała go do pracy. Potem kolejne abonamenty, sprzątanie, dostawy zakupów, ogród.

Kiedyś sam przycinałem krzewy i kosiłem trawę. Później Agnieszka uznała, że lepiej zamówić kogoś porządnego. Sześćset złotych miesięcznie. Cofałem się miesiąc po miesiącu.

Dwadzieścia sześć miesięcy. W pewnym momencie zapisałem sumę na kartce i długo na nią patrzyłem. Ponad sto dziesięć tysięcy złotych. A kiedy doliczyłem część zakupów, drobne remonty, środki czystości, dodatkowe wyposażenie, robiło się prawie sto dwadzieścia tysięcy.

Poczułem, jak robi mi się gorąco. Nie dlatego, że nie było mnie na to stać. Chodziło o coś innego. Przyjechali, żeby mi pomagać.

Tak zaczęła się ta historia. „Tato, po co masz tu siedzieć sam? Pomieszkamy z tobą, pomożemy”. A po ponad dwóch latach ja płaciłem niemal za wszystko.

Ich jedzenie, większą część rachunków, internet, sprzątanie, ogród, nawet część drobiazgów, które pojawiały się w domu, bo oni chcieli coś zmienić. Siedziałem przy stole i po raz pierwszy zobaczyłem całość. Nie pojedynczy fotel, nie zdjęcia, nie jedną sypialnię. Całość.

Wtedy usłyszałem kroki na schodach. Grzegorz wszedł do kuchni zaspany. „Jest kawa? ”
Wskazałem na ekspres.

„Stoi tam, gdzie zawsze”. Zatrzymał się. „Nie zrobiłeś sobie? ”
„Zrobiłem”.

Patrzył na mnie przez moment, jakby próbował ustalić, czy żartuję. Potem sam nacisnął przycisk. Kilka minut później zeszła Agnieszka. „Ryszard, mamy coś na śniadanie?


„W lodówce jest wszystko”. „Nie zrobiłeś kanapek? ”
„Nie”. I wiecie co?

Nic się nie stało. Niebo się nie zawaliło. Agnieszka zrobiła sobie śniadanie. Grzegorz też.

Dwoje dorosłych ludzi poradziło sobie beze mnie. To było wręcz śmieszne, że wcześniej nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Przez kolejne dni przestałem pytać, co chcą na obiad. Gotowałem to, na co sam miałem ochotę.

Jeśli chcieli coś innego, robili to sobie. Nie kupowałem już automatycznie wszystkiego, co Agnieszka dopisywała do listy. Nie opłacałem od razu każdej nowej rzeczy. I nagle zauważyłem, jak wiele obowiązków przyjąłem na siebie bez jednego konkretnego momentu, w którym ktoś mnie o nie poprosił.

Po prostu zaczęły być moje. Po południu zadzwoniła Natalia. „Tato, jak się czujesz po wczoraj? ”
„Dobrze”.

„To nie brzmi jak dobrze”. Opowiedziałem jej o rachunkach. O prądzie, gazie, sprzątaniu, o sześciuset złotych za ogród, o zakupach. Na koniec podałem sumę za dwadzieścia sześć miesięcy.

Po drugiej stronie zapadła cisza. „Ile? ”
Powtórzyłem. „Tato, przecież to jest… Grzegorz ci coś oddawał?


„Czasem coś kupił”. „Czyli praktycznie nic”. „Mieli mi pomagać” – powiedziałem cicho. W jej głosie nie było złości na mnie.

Raczej niedowierzanie. „Chcesz, żebym przyjechała? Mogę cię wesprzeć, mogę być obok. Ale nie mogę tego za ciebie załatwić.

Tato, ja będę po twojej stronie. Ale to ty musisz im powiedzieć, gdzie są twoje granice”. Patrzyłem na kartkę z sumą. Pierwszy raz od dawna nie czułem tylko żalu.

Czułem złość. Nie taką, która każe trzaskać drzwiami. Raczej taką, która człowieka prostuje. Po rozmowie z Natalią wziąłem nową kartkę.

Na górze napisałem „mój dom”, a pod spodem zacząłem wypisywać rzeczy, o których od tej pory zamierzałem decydować sam. Do Iwony zadzwoniłem dwa dni później. Znałem ją od lat. Jeszcze Krystyna mówiła, że gdyby przyjść nam sprzedawać dom, to tylko przez nią, bo przynajmniej człowieka nie zagada na śmierć i powie konkretnie, co ma sens.

Iwona zajmowała się nieruchomościami od dawna. Przyjechała po południu. Usiedliśmy w kuchni. „No dobrze, Rysiek.

To co się dzieje? ”
„Chcę wiedzieć, jakie mam możliwości”. Nie pytała od razu o Grzegorza ani Agnieszkę. Poprosiła o dokumenty.

Wyciągnąłem wszystko: akt własności, księgę wieczystą, stare papiery dotyczące działki. Przejrzała je spokojnie. „Dom jest twój”. „Wiem”.

„Czy naprawdę wiesz? Grzegorz nie ma tu udziału. Agnieszka też nie. Prawnie to jest twoja nieruchomość”.

Brzmiało to banalnie, a jednak dziwnie było usłyszeć to na głos. Iwona przeszła po domu. Obejrzała ogród, garaż, stan dachu, kuchnię, łazienki. Zadawała pytania, zapisywała coś w notesie.

Kiedy wróciła do stołu, powiedziała:
„Gdybyś chciał sprzedać teraz, mówiłabym mniej więcej o milionie złotych. Może trochę więcej, może mniej. A gdybyś sprzedał, możesz kupić mniejsze mieszkanie albo nieduży dom bez kredytu. Zostałaby ci jeszcze sensowna rezerwa”.

Spojrzała na mnie. „Rysiek, ty chyba nie potrzebujesz pośrednika. Ty potrzebujesz przypomnienia, że to nadal twoje życie. Masz kilka możliwości.

Możesz zostać i ustalić zasady. Możesz zażądać normalnego udziału w kosztach. Możesz powiedzieć dzieciom, żeby się wyprowadziły. Możesz sprzedać.

Możesz też nie robić nic”. „To ostatnie już próbowałem”. „No właśnie. Masz wybór”.

Te dwa słowa zostały ze mną do wieczora. Grzegorz wrócił około siódmej. Agnieszki jeszcze nie było. „Rzesiek?


„Chodź na chwilę”. Wszedł do kuchni. „Co się stało? ”
„Usiądź”.

Usiadł naprzeciwko. Zacząłem od początku. „Pamiętasz pokój mamy? ”
„No”.

„Pamiętasz, jak Agnieszka zaczęła tam pracować? ”
Spojrzał na mnie. „Tato, nie przerywaj”. Zamilkł.

„Potem była sypialnia. Potem zdjęcia. Potem garaż. Potem sprzątanie.

Potem kolejne decyzje, o których dowiadywałem się po fakcie”. Grzegorz opuścił wzrok. „I jeszcze pieniądze”. To go ruszyło.

„Jakie pieniądze? ”

Wyjąłem kartkę. „Przez dwadzieścia sześć miesięcy płaciłem praktycznie za wszystko. Rachunki, jedzenie, internet, ogród, sprzątanie, zakupy do domu”.

Grzegorz spojrzał na liczby. „Nie wiedziałem, że tyle wychodzi”. „Bo nie musiałeś wiedzieć”. To zdanie zawisło między nami.

„Tato, my nie chcieliśmy cię wykorzystywać”. „Ja nie mówię, co chcieliście. Mówię, co się stało”. Milczał.

„Najgorsze nie jest nawet to, ile zapłaciłem” – ciągnąłem. „Najgorsze jest to, że ty wszystko widziałeś. Jak twoja żona podejmuje decyzje bez pytania mnie. Widziałeś, jak oddaję pokój, miejsce, rzeczy.

I ani razu nie powiedziałeś: »Tato, a ty czego chcesz? «”. „Nie chciałem być między tobą a Agnieszką”. Poczułem, jak wszystko we mnie nagle się uspokaja.

„Byłeś między nami od początku. Tylko zawsze wybierałeś takie rozwiązanie, żeby ustępować musiałem ja”. Grzegorz pobladł. „To nie tak”.

„A jak? ”

Nie odpowiedział. „Powiedz mi, Grzesiek. Kiedy ostatni raz stanąłeś po mojej stronie, kiedy było niewygodnie?

Otworzył usta, ale nic nie powiedział. I właśnie wtedy zobaczyłem, że pierwszy raz nie ma gotowego usprawiedliwienia. Siedział długo pochylony, potem przetarł twarz dłonią. „Tato, zachowałem się jak tchórz”.

Nie spodziewałem się tych słów. Przez moment nie wiedziałem, co powiedzieć. W końcu skinąłem głową. „Dobrze, że to widzisz”.

„Przepraszam”. „Wiem”. Spojrzał na mnie. „To co mam zrobić?


„Na początek przestań pytać, co masz powiedzieć, żeby było spokojnie”. Milczał. „Przeprosiny to za mało. Teraz potrzebuję czynów”.

Grzegorz nic nie odpowiedział, ale po raz pierwszy od bardzo dawna nie czułem, że to ja mam rozładować ciszę. Siedziałem spokojnie. To był mój dom i pierwszy raz od dawna nie miałem zamiaru się z tego tłumaczyć. Do rozmowy z Agnieszką przygotowywałem się dwa dni.

Nie dlatego, że się jej bałem. Bałem się raczej samego siebie – że znowu usłyszę spokojne wyjaśnienie, zobaczę minę Grzegorza i w ostatniej chwili powiem: „Dobrze, jakoś to będzie”. Dlatego tym razem wszystko zapisałem. Usiadłem przy stole z kartką przed sobą.

Grzegorz siedział naprzeciwko, Agnieszka obok niego. Po jej twarzy widziałem, że wie o naszej wcześniejszej rozmowie. „O co chodzi? ”
„O zasady”.

„Jakie zasady? ”
„Dotyczące mieszkania tutaj. Od przyszłego miesiąca dokładacie dwa tysiące pięćset złotych miesięcznie do wspólnych kosztów. Do tego bierzecie na siebie internet i część rachunków za prąd i gaz”.

Agnieszka wyprostowała się. „Dwa i pół tysiąca. Ryszard, przecież my jesteśmy rodziną”. „Wiem”.

„To brzmi, jakbyś chciał od nas czynsz”. „Nie. Gdybym chciał czynsz, policzyłbym wam jeszcze korzystanie z połowy domu”. Grzegorz drgnął, ale nic nie powiedział.

Agnieszka spojrzała na niego. „Powiesz coś tym razem? ”

Syn nie spuścił głowy. „Tata ma rację.

Powinniśmy byli dokładać się od początku”. Agnieszka patrzyła na niego, jakby mówił obcym głosem. „Druga sprawa” – ciągnąłem. „Żadnych remontów, przestawiania mebli ani zamawiania usług bez rozmowy ze mną”.

„Przecież zawsze robiliśmy wszystko dla dobra domu”. „Nie pytam o intencje. Mówię, jak będzie od teraz”. „I jeszcze jedno.

Żadnych zakupów z mojej karty. Jeśli czegoś chcecie, kupujecie za własne pieniądze albo pytacie mnie wcześniej”. „Naprawdę będziemy teraz rozliczać każdą butelkę płynu do naczyń? ”
„Nie odwracaj tego.

Dobrze wiesz, o czym mówię”. Agnieszka zacisnęła usta. „Co jeszcze? ”
„Wracam do swojej sypialni”.

Tego się nie spodziewała. „Słucham? ”
„Do dużej sypialni”. „Ale my tam mamy wszystkie rzeczy”.

„Przeniesiecie je. Do pokoju, w którym śpię teraz”. „Tam jest za mało miejsca”. „Mnie przez prawie dwa lata wystarczało”.

Tym razem nawet Grzegorz nie próbował niczego tłumaczyć. Agnieszka wstała od stołu. „To już jest absurd”. „Możesz tak uważać”.

„Ryszard, ty zachowujesz się, jakbyśmy byli tu intruzami”. „Nie. Zachowuję się jak właściciel domu”. Pierwszy raz powiedziałem to bez poczucia winy.

Jeszcze tego samego tygodnia wróciłem do dużej sypialni. Przeniosłem swoje ubrania. Otworzyłem okno. Zdjąłem z komody kilka rzeczy, które należały do Grzegorza i Agnieszki.

Wieczorem położyłem się w łóżku i długo nie mogłem zasnąć. Nie dlatego, że było mi źle. Było dziwnie, jakbym po długiej podróży wrócił do miejsca, które teoretycznie cały czas należało do mnie. Potem zająłem się pokojem Krystyny.

Poprosiłem Agnieszkę, żeby zabrała stamtąd swoje rzeczy. Nie chciałem przywracać pokoju dokładnie takim, jaki był za życia Krystyny. Zostawiłem jej książki, kilka fotografii, kubek. Resztę schowałem do pudeł.

Przesunąłem biurko, postawiłem własny fotel i małą lampę. Po raz pierwszy ten pokój nie był ani pokojem Krystyny, ani gabinetem Agnieszki. Był miejscem, którego potrzebowałem ja. Natalia przyjechała dwa tygodnie później.

Atmosfera od wejścia była napięta. Agnieszka wytrzymała może godzinę i powiedziała:
„Natalia, powiedz ojcu, że przesadza. Może ciebie posłucha”. Natalia spojrzała na mnie, potem na nią.

„Nie będę za tatę decydować”. Agnieszka przewróciła oczami. „No jasne”. Natalia mówiła dalej spokojnie.

„Ale pierwszy raz od dawna widzę, że on decyduje sam”. Nic więcej nie dodała. I właśnie za to byłem jej najbardziej wdzięczny. Nie stanęła przede mną jak adwokat.

Nie próbowała prowadzić za mnie rozmowy. Po prostu pozwoliła mi być ojcem, właścicielem domu i dorosłym człowiekiem, który sam ponosi konsekwencje swoich decyzji. Przez kolejne tygodnie wszystko zaczęło działać inaczej. Grzegorz przelewał swoją część.

Agnieszka pytała, zanim coś zamówiła. Nikt nie przestawiał moich rzeczy. Teoretycznie powinienem być zadowolony. A jednak któregoś wieczoru usiadłem w ogrodzie i spojrzałem na dom.

Sto pięćdziesiąt metrów, dwa piętra, kilka pokoi, garaż, ogród. Całe życie. I nagle zadałem sobie pytanie, którego wcześniej unikałem. Czy ja naprawdę chcę tu zostać?

Nie dlatego, że Grzegorz i Agnieszka mnie wypychali. Wręcz przeciwnie. Teraz znowu mogłem zostać. I może właśnie dlatego pierwszy raz mogłem uczciwie zdecydować.

Pomyślałem o Krystynie. Przez lata wydawało mi się, że sprzedać ten dom znaczyłoby zdradzić wszystko, co razem zbudowaliśmy. Ale Krystyna nie była w cegłach ani w schodach. Nie była w garażu ani w kuchennych szafkach.

Była w tym, co przeżyliśmy. Tego nikt nie mógł sprzedać. Następnego dnia zadzwoniłem do Iwony. „Chcę wystawić dom”.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. „Jesteś pewien? ”

Spojrzałem przez okno na starą jabłoń. „Tak”.

I tym razem naprawdę byłem. Nie sprzedawałem domu, żeby ukarać Agnieszkę. Nie robiłem tego przeciwko Grzegorzowi. Po prostu pierwszy raz od bardzo dawna pomyślałem, że skoro jedna część mojego życia się skończyła, to następna nie musi wyglądać dokładnie tak samo.

Sprzedaż zajęła trochę czasu, ale kiedy wszystko zostało podpisane, nie poczułem tego, czego się spodziewałem. Nie było wielkiego wzruszenia. Nie było też żalu, który ściskałby gardło. Stałem tylko przez chwilę w pustym salonie i patrzyłem na ściany.

Tutaj Grzegorz jako dziecko rozlał sok na nową wykładzinę. Tutaj Natalia kiedyś siedziała na podłodze i układała zdjęcia do szkolnego albumu. Tutaj Krystyna przynosiła kawę, kiedy wracałem zmęczony z pracy. Dotknąłem dłonią framugi drzwi.

„No dobra, Kryśka – powiedziałem cicho. – Chyba wystarczy”. I wyszedłem. Grzegorz z Agnieszką znaleźli własne mieszkanie.

Nie pomagałem im finansowo. Nie dlatego, że chciałem ich ukarać. Po prostu pierwszy raz uznałem, że dwoje dorosłych ludzi powinno samodzielnie zapłacić za swoje życie. Grzegorz przyjął to lepiej, niż się spodziewałem.

Agnieszka gorzej, ale to już nie było moje zmartwienie. Po sprzedaży domu miałem kilka możliwości. Iwona pokazała mi mieszkania w Toruniu, segment pod miastem i nieduży dom z małym ogrodem. Natalia przyjechała na weekend i pojechała ze mną obejrzeć kilka miejsc.

W pierwszym mieszkaniu weszła do dużego pokoju i powiedziała:
„Tu byłoby dużo miejsca, gdybyśmy przyjechali wszyscy”. Spojrzałem na nią. „A ja będę tu mieszkał czy wy? ”
Zatrzymała się, potem się uśmiechnęła.

„No właśnie. Dobrze, że pytasz”. Od tego momentu pilnowała się bardziej niż ja. Kiedy oglądaliśmy kolejne miejsce, mówiła tylko: „Tato, patrz na to pod siebie”.

I tak zrobiłem. Wybrałem nieduży dom na spokojnym osiedlu pod Toruniem. Parter, niewielkie poddasze, ogródek, garaż, mały taras. Nie potrzebowałem pięciu pokoi ani ogromnej jadalni.

Nie potrzebowałem sypialni dla gości gotowej przez cały rok. Kiedy dzieci chciały przyjechać, zawsze można było coś zorganizować. Najważniejsze było to, że kiedy wszedłem tam pierwszy raz sam, pomyślałem: „Mógłbym tu mieszkać”. Nie „dzieciom będzie wygodnie”.

Nie „gdzie postawimy duży stół na święta”. Tylko: „mnie tu będzie dobrze”. To było nowe. Kupiłem kanapę, którą sam wybrałem.

Granatową. Sprzedawca próbował mnie przekonać do szarej, bo podobno była bardziej nowoczesna. „Nie chcę nowoczesnej” – powiedziałem. „Chcę tę”.

Takie drobiazgi zaczęły sprawiać mi zaskakującą przyjemność. W kuchni ustawiłem kubki tam, gdzie mi pasowało. W salonie powiesiłem zdjęcia, które sam wybrałem. Jedno z Krystyną na Mazurach, jedno z dziećmi, kiedy były małe, i jedno, na którym jestem tylko ja.

Zrobiła je Natalia kilka miesięcy po przeprowadzce. Powiedziała, że wyglądam na nim jakoś inaczej. Może miała rację. Zostało mi też trochę pieniędzy ze sprzedaży.

Nie zamierzałem wszystkiego odkładać na później. Przez większość życia „później” oznaczało dla dzieci, na remont, na awarię, na czarną godzinę. Kupiłem sobie dobry rower. Nie najdroższy, taki, jaki chciałem.

Zapisałem się też do klubu turystycznego, o którym powiedział mi znajomy. Pierwszy wyjazd był w Bieszczady. Kiedy zobaczyłem listę uczestników, prawie zrezygnowałem. Pomyślałem: co ja będę robił z obcymi ludźmi przez kilka dni?

Ale pojechałem. I dobrze, że pojechałem. Wieczorem siedzieliśmy przy stole w pensjonacie. Piliśmy herbatę.

Ktoś opowiadał głupie dowcipy. Ktoś planował trasę na następny dzień. Nikt nie pytał mnie, czy jestem czyimś ojcem. Nikt nie potrzebował ode mnie pieniędzy.

Byłem po prostu Ryszardem. To było dziwnie przyjemne. Z Grzegorzem też zaczęło się powoli układać. Nie od razu.

Przez jakiś czas rozmawialiśmy ostrożnie. Ale kiedy mieszkał już osobno, jakby coś się między nami zmieniło. Czasem dzwonił. Nie po pieniądze.

Nie z problemem. Po prostu pytał: „Co tam, tato? ”. I to wystarczało.

Agnieszka też z czasem złagodniała. Nie zostaliśmy nagle najlepszymi przyjaciółmi, ale przestaliśmy walczyć o coś, o co właściwie nie było już potrzeby walczyć. Każdy miał swój dom, każdy swoje rachunki, każdy własne decyzje. Najbardziej pamiętam pewną rozmowę z Natalią.

Był piątek wieczorem. Pakowałem plecak, bo następnego ranka mieliśmy jechać ze znajomymi na Mazury. Zadzwonił telefon. „Cześć, tato”.

„Cześć”. „Słuchaj, może przyjedziemy jutro? Dawno się nie widzieliśmy”. Odruchowo chciałem powiedzieć „jasne”.

Tak zawsze robiłem. Dzieci przyjeżdżały, więc wszystko inne można było przełożyć. Ale spojrzałem na plecak. „Jutro nie mogę”.

Po drugiej stronie zapadła cisza. „Nie możesz? ”
„Jadę ze znajomymi na Mazury”. Natalia zaczęła się śmiać.

„No proszę”. „Co? ”
„Nic. Po prostu dobrze cię słyszeć”.

„Przyjedźcie w następny weekend”. „Dobrze”. Rozłączyłem się i przez chwilę stałem z telefonem w ręce. To było tylko jedno zdanie.

„Jutro nie mogę”. Kiedyś wydawałoby mi się prawie egoistyczne. Teraz brzmiało zupełnie normalnie. Spojrzałem przez okno na mój mały ogród.

Krystyny nie było. Stary dom należał już do innych ludzi. Dzieci miały własne życie. Ja też nie przestałem być ojcem.

Nie przestałem tęsknić za żoną. Nie wyrzuciłem przeszłości. Po prostu przestałem traktować własne życie jak poczekalnię, w której siedzi się cicho, aż ktoś inny zdecyduje, co będzie dalej. Miałem ponad sześćdziesiąt lat i po raz pierwszy od bardzo dawna nie czekałem na następny rozdział.

Sam go zaczynałem.