Słyszę ten głos do dziś, kiedy tylko zamknę oczy. „Marta, gdzie jesteś?” – wołał półszeptem z ciemnego korytarza mojego nowego domu w austriackich Alpach, a mnie zmroziło serce, bo przecież…

Słyszę ten głos do dziś, kiedy tylko zamknę oczy. „Marta, gdzie jesteś?” – wołał półszeptem z ciemnego korytarza mojego nowego domu w austriackich Alpach, a mnie zmroziło serce, bo przecież...

Wstąpiłam do tego domu pierwszego dnia grudnia, kiedy słońce stało nisko nad granią Penken, a cała dolina pachniała śniegiem i dymem z kominów. Powinnam czuć ulgę, że wreszcie tu jestem, ale czułam tylko tępy ucisk w żołądku, który nie znikał od chwili, gdy w Warszawie Robert rzucił przede mnie teczkę z austriackimi dokumentami. – Marta, nad czym ty się w ogóle zastanawiasz? – perorował wtedy, krążąc po naszej ciasnej kuchni na Pradze, gładząc brodę i rzucając chciwe spojrzenia na akta od notariusza.

Thumbnail

– Na głowę upadłaś? Każdy na twoim miejscu leciałby do tej Austrii jak na skrzydłach. Trzypiętrowy alpejski haus w Mayrhofen, w samym sercu doliny Zillertal. Za metr kwadratowy ziemi płaci się tam więcej niż za całe nasze mieszkanie.

Twoja cioteczna babka postawiła tylko jeden warunek: pomieszkać tam bite dwa lata, nie wyjeżdżać na dłużej niż czterdzieści dni w roku. Po tym czasie przejmujesz majątek wart dobre trzy miliony euro. Rzucasz etat w liceum, zwijasz te marne korki i pakujesz walizki. Miałam trzydzieści trzy lata.

Moje życie było do bólu uporządkowane: germanistyka na Uniwersytecie Warszawskim, dziesięć lat przy tablicy w liceum Batorego, stosy wypracowań i zarwane noce na tłumaczeniach tekstów prawniczych, byle uzbierać na wkład własny pod kredyt. Ciotkę Wandę pamiętałam właściwie tylko z rodzinnych opowieści: uciekła na Zachód na początku lat siedemdziesiątych, wyszła za majętnego tyrolskiego hotelarza i zerwała wszelkie więzi z krajem. Jedyny ślad od niej pojawił się po śmierci mamy – chłodne kondolencje na pocztówce z ośnieżonymi szczytami. A teraz nagle zawał, cichy pochówek w alpejskiej wiosce i pismo od wiedeńskiego notariusza, doktora Klausa Schwarza, informujące, że cały majątek zapisała swojej jedynej ciotecznej wnuczce.

Problem w tym, że akt zawierał absolutnie bezwzględne zastrzeżenie: żeby uzyskać wpis do austriackiej księgi wieczystej, musiałam osobiście, bez przerw, zamieszkiwać w Haus Edelweiss przez równe dwadzieścia cztery miesiące, meldując się na pobyt stały w miejscowym urzędzie gminy. Gdybym złamała warunek, wyjechała na dłużej niż czterdzieści dni w ciągu dwóch lat albo zrezygnowała z mieszkania, nieruchomość automatycznie przechodziła na rzecz regionalnego funduszu rozwoju turystyki zimowej. – Robercie, ale dlaczego akurat dwa lata? – spytałam z powątpiewaniem.

– Ciocia Wanda dobrze znała austriackie prawo. Po co miałaby mnie wiązać takim odosobnieniem? Czemu nie zapisała domu bezwarunkowo? Robert machnął rękami, a w jego oczach pojawił się ten gorączkowy błysk, który znałam aż za dobrze.

– Twoja naiwność mnie osłabia. Jaki etat? Jaka pensyjka? Przejmujesz majątek, który w sezonie generuje dziesiątki tysięcy euro.

Starsza kobieta została na koniec sama, pomieszało jej się w głowie od siedzenia w górach. Bała się, że obcy rozszarpią dom na kawałki, więc wymyśliła sobie kaprys. Pojedziesz tam, zameldujesz się, ja zostanę w Warszawie i wyprostuję swoje finansowe ogony. Po dwóch latach jesteśmy ustawieni do końca życia.

Nie masz prawa marnować naszej jedynej szansy. Wobec tej furii po prostu spasowałam. Złożyłam rezygnację w sekretariacie, upchnęłam w dwie walizki ciepłe ubrania i książki, po czym wsiadłam w pociąg do Wiednia. Mayrhofen powitało mnie oślepiającym słońcem i przejmującym mroźnym spokojem.

Miasteczko wciśnięte między potężne masywy Penken i Ahorn wyglądało jak świąteczna widokówka: rzeźbione drewniane fasady, pelargonie na balkonach mimo przymrozku, w powietrzu rześka woń igliwia i dymu z kominów. Haus Edelweiss stał na szarym końcu bocznej drogi, tuż pod lasem. Budynek robił potężne wrażenie: przyziemie z surowego granitu, wyższe kondygnacje z wiekowego cedrowego bala, szeroki spadzisty dach, ciężkie okiennice. Posesję otaczał uśpiony pod śniegiem ogród zamknięty wysokim kutym płotem.

Wnętrze wydało mi się osobliwe. Nie zaniedbane, ale jakby zakonserwowane, zamrożone w czasie. Ciężkie rzeźbione meble, spłowiałe gobeliny z motywami jeleni, kominek z polnego kamienia dominujący w przestronnym salonie. Ale bił od tego przytłaczający, obcy chłód.

Ani jednej fotografii na ścianach, ani jednego drobiazgu należącego do ciotki. Jakby ktoś przed moim przyjazdem metodycznie wymiótł stąd wszelkie cieplejsze ślady obecności domowników, zostawiając pustą scenografię. Doktor Klaus Schwarz, szczupły, powściągliwy Tyrolczyk po sześćdziesiątce o chłodnym, przenikliwym spojrzeniu wyblakłych oczu, czekał na mnie w sieni już w dniu przyjazdu. Wręczył mi pęk kluczy i odpis dokumentów spadkowych.

– Szanowna pani, żandarmeria oraz urząd gminy zostały poinformowane o pani statusie – oznajmił bez cienia serdeczności. – Zgodnie z wolą pani von Linden dzielnicowy ma obowiązek wyrywkowo weryfikować pani faktyczną obecność pod tym adresem. Każdy wyjazd poza granicę gminy wymaga uprzedniego pisemnego zgłoszenia w mojej kancelarii. Przekroczenie limitu czterdziestu dni skutkuje natychmiastowym wnioskiem o przepadek spadku do Sądu Okręgowego w Schwaz.

Proszę o podpis. Złożyłam podpis. Rejent skinął chłodno głową, wsiadł do czarnego sedana i odjechał, zostawiając mnie samą w skrzypiących, wyziębionych murach obcego domu. Pierwszy tydzień upłynął mi na nieustannej walce z materią: zmywałam warstwy brudu, walczyłam z kapryśnym piecem na pelet w piwnicy i prałam sztywne lniane obrusy.

Robert dzwonił co wieczór z Warszawy. To były krótkie, rzeczowe, nerwowe rozmowy. – Dopilnowałaś meldunku w gminie? Notariusz nie robi problemów?

Nie włóczysz się nigdzie. Siedzisz na miejscu, Marto, i zaciskasz zęby. Z tych dwóch lat nie może przepaść ani jeden dzień. Ani razu nie zapytał, jak się trzymam.

Dziwne rzeczy zaczęły się dziać pod koniec drugiego tygodnia. Zaczęłam czuć na plecach czyjś wzrok. Gdy nad dolinę nadciągał gęsty zimowy zmierzch, przy zakręcie drogi sto metrów od mojej furtki zatrzymywał się ciemnozielony volkswagen. Stał ze zgaszonymi reflektorami przez dobre pół godziny, po czym bezszelestnie zawracał w stronę głównej trasy.

Co gorsza, w piwnicy obok starych beczek po winie dwa razy dostrzegłam na zakurzonym betonie świeże odciski ciężkich męskich butów. A przecież zamki w drzwiach wejściowych były nienaruszone. W środę rano prysły wszelkie złudzenia spokoju. Odgarniałam śnieg sprzed ganku, gdy od strony sąsiedniej parceli podszedł powolnym krokiem starszy gospodarz.

Miał na sobie tradycyjną tyrolską kurtkę z szarego sukna z zielonymi wyłogami, mocne skórzane buty i znoszony filcowy kapelusz z piórkiem głuszca. Twarz miał ogorzałą od alpejskiego wiatru, porytą głębokimi bruzdami, ale bystre, ciemne oczy patrzyły na mnie z wyraźną, przejmującą troską. – Grüß Gott, pani Marto – odezwał się nienaganną niemczyzną, wyciągając spracowaną dłoń. – Nazywam się Franz Huber.

Byłem sąsiadem pani Wandy przez ponad czterdzieści lat. Żyliśmy płot w płot. – Bardzo mi miło – uśmiechnęłam się z ulgą, spragniona choćby odrobiny życzliwości. – Czy ciotka wspominała panu kiedyś o naszej rodzinie w Warszawie?

Mężczyzna rozejrzał się czujnie po pustej drodze, podszedł bliżej sztachet i rzucił ściszonym głosem:

– Wanda bardzo szanowała pani matkę i o pani też nieraz mówiła. Ale niech mi pani powie szczerze, dziecko. Kto panią omamił, żeby dać się zamknąć w tej pułapce na dwa lata? Łopata wypadła mi z rąk wprost w zaspę.

– O czym pan mówi, panie Huber? Przecież to wyraźne polecenie z testamentu. Ciotka nie chciała, żeby dom od razu poszedł pod młotek. Gospodarz westchnął ciężko i pokręcił głową z gorzkim politowaniem.

– Wanda chciałaby, żeby pani siedziała tu pod kluczem jak skazaniec? Dziewczyno, Wanda pod koniec życia nie mogła już patrzeć na to miejsce. Jej mąż narobił potężnych długów przy budowie nowego wyciągu. Miejscowi spekulanci gruntami zatruwali jej życie, szczuli psami, grozili, że puszczą wszystko z dymem.

Wanda chciała sprzedać ten haus austriackiemu instytutowi leśnictwa, spłacić zobowiązania, a czystą gotówkę, prawie dwa miliony euro, przelać pani na konto w Warszawie. Ale ten testament… – Oficjalny akt z pieczęcią, poświadczony przez doktora Schwarza – przerwałam. – Tam stoi czarno na białym o dwóch latach pobytu.

Twarz sąsiada stężała. – Schwarz. Ten lis od lat siedzi w kieszeni tyrolskiego kartelu deweloperskiego Zillertal Bau. Niech pani przyjdzie do mnie dzisiaj wieczorem, o ósmej, przez tylną furtkę w sadzie, bez latarki.

Muszę pani coś pokazać. Coś, co Wanda wcisnęła mi w ręce na przechowanie tydzień przed swoją nagłą śmiercią. O ósmej, brodząc po kolana w śniegu i trwożnie zerkając na ciemne okna willi, przemknęłam przez opustoszały sad wprost do drewnianego domu Franza Hubera. W przytulnym salonie huczał ogień w kaflowym piecu, pachniało suszonymi jabłkami i cynamonem.

Gospodarz posadził mnie przy dębowym stole, postawił kubek mocnej herbaty z miodem, po czym wyciągnął ze starej szafy ciężką metalową kasetkę i wyjął pożółkły, gruby arkusz papieru ze znakiem wodnym. – Proszę, niech pani sama przeczyta – powiedział cicho, podsuwając dokument pod blask lampy. To był wypis aktu notarialnego. Pierwotna wersja ostatniej woli pani Wandy von Linden, sporządzona trzy lata wcześniej u państwowego notariusza w Kufstein, zanim jej sprawy przejął mecenas Schwarz.

Wbiłam wzrok w niemieckie formuły prawne. W paragrafie trzecim czarno na białym stało: „Wszelki majątek ruchomy i nieruchomy, w tym nieruchomość pod nazwą Haus Edelweiss w gminie Mayrhofen, zapisuję mojej ciotecznej wnuczce Marcie Kowalskiej bezwarunkowo i w całości, z prawem do natychmiastowego objęcia we władanie, swobodnej sprzedaży, najmu lub innego rozporządzenia według jej wyłącznego uznania”. Ani słowa o dwóch latach. Żadnej wzmianki o zakazie wyjazdów, kontrolach z urzędu gminy czy oddawaniu majątku fundacji.

Klauzula, która uwięziła mnie w tej dolinie, w autentycznym testamencie ciotki po prostu nie istniała. Zakręciło mi się w głowie, aż tchu mi zabrakło. – Panie Huber – wykrztusiłam drżącymi wargami. – Skoro w prawdziwym dokumencie tego nie było, to skąd wziął się ten drugi papier?

Kto sfałszował zapisy po jej śmierci? I po co komuś zależało, żebym siedziała w tym domu przez dwa lata? Gospodarz westchnął, dorzucił szczapę do paleniska i spojrzał na mnie ze współczuciem. – Po to, pani Marto, że za dwadzieścia miesięcy, we wrześniu przyszłego roku, mija równe trzydzieści lat tak zwanego zasiedzenia.

– Rozłożył na stole mapę ewidencyjną. – Niech pani patrzy. Ten haus stoi na czterdziestu arach, ale zaraz za płotem zaczyna się jedenaście hektarów alpejskiej łąki i lasu schodzącego w stronę potoku. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym szóstym roku nieżyjący mąż Wandy zawarł z nadleśnictwem wstępną umowę dzierżawy z opcją pierwokupu, ale spraw formalnych nigdy nie domknął.

Zgodnie z austriackim kodeksem cywilnym, jeśli legalny posiadacz włada gruntem nieprzerwanie przez trzydzieści lat i zamieszkuje nieruchomość, nabywa własność przez zasiedzenie za ułamek wartości. Franz stuknął sękatym palcem w arkusz. – Przez te łąki rząd Tyrolu i prywatny inwestor planują w przyszłym roku pociągnąć nową stację przesiadkową i dolną bazę pod kompleks narciarski. Wartość tych jedenastu hektarów to dziś ponad piętnaście milionów euro.

Gdyby dostała pani dom bez warunków, jak chciała Wanda, natychmiast wystawiłaby go pani na sprzedaż. Rzeczoznawcy i kupcy od razu sprawdziliby księgi. Grunt poszedłby pod młotek na otwartym rynku. Ale do wniosku o zasiedzenie z doliczeniem czasu poprzedników potrzebny jest legalny spadkobierca, który udowodni ciągłość posiadania i zamieszkania pod tym adresem.

Potrzebowali pani na miejscu, pani meldunku, pani obecności. A kiedy termin by upłynął, zadziałałby drugi punkt pułapki. Przysunął do mnie kopię sfałszowanego aktu. – Czytała pani drobny druk na samym dole?

Wystarczy, że przekroczy pani limit nieobecności choćby o jeden dzień, a prawa do nieruchomości przejmuje fundacja turystyczna, której prezesem zarządu jest mecenas Schwarz. Sami sprowokowaliby pani wyjazd w ostatnich tygodniach, spisali notatkę z policją, wyrzucili panią z powrotem do Warszawy bez grosza, a wielomilionowy majątek zgarnęli pod siebie. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz. Wszystko układało się w bezlitosną całość.

Brakowało mi tylko jednego elementu. Ciotka Wanda zmarła we wrześniu, a sfałszowany dokument zarejestrowano w sądzie w Innsbrucku niecały miesiąc później. Żeby przeprowadzić taki przekręt, Schwarz musiał mieć wspólnika w Warszawie. Kogoś, kto podsunął mu moje dane z dowodu, zdobył próbki pisma, prześwietlił moją sytuację zawodową i tak mną zmanipulował, żeby wypchnąć mnie z mieszkania na Pradze prosto w te alpejskie zaspy.

Robert. Mój narzeczony. Człowiek, z którym dzieliłam życie przez trzy lata. Nawet nie pamiętam, jak wróciłam do ciemnego domu.

Zaryglowałam drzwi, wbiegłam na piętro i uruchomiłam laptopa. Trzęsącymi się rękami otworzyłam komunikator. Karol, mój bliski znajomy ze studiów, pracował jako analityk w centrali komisji nadzoru finansowego w Warszawie. – Karol, błagam cię, nie pytaj o nic – wyszeptałam.

– Sprawdź natychmiast przepływy na rachunkach Roberta Dąbrowskiego z ostatnich trzech miesięcy. Zwłaszcza przelewy z Austrii albo Liechtensteinu. Minęło czterdzieści minut, które ciągnęły się w nieskończoność. Siedziałam w nieoświetlonym pokoju, wpatrując się w czarne zarysy grani za szybą.

Cichy dźwięk zwiastował nadejście wiadomości. Na ekranie wyświetliło się zestawienie z jednego z rachunków Roberta w prywatnym banku w Wiedniu. Równo trzy tygodnie temu, dokładnie dwa dni przed tym, jak kurier zapukał do naszych drzwi, na konto mojego narzeczonego wpłynął przelew na kwotę dwustu pięćdziesięciu tysięcy euro. Tytuł operacji: „Zaliczka z tytułu umowy agencyjnej.

Koordynacja roszczeń spadkowych Mayrhofen”. Zleceniodawca: Zillertal Bau GmbH. A w rubryce dotyczącej płatności końcowej po wygaszeniu praw widniała suma: milion euro. Łzy napłynęły mi do oczu.

Nie z bezsilności, ale z lodowatej, bezwzględnej jasności sytuacji. Sprzedał mnie. Wycenił moje zaufanie, moje poczucie bezpieczeństwa i dwa lata życia na odludziu na okrągły milion z kawałkiem. Od początku pociągał za sznurki, dogadywał się ze Schwarzem za moimi plecami, podczas gdy w naszej kuchni głaskał mnie po głowie i wmawiał bajki o wspólnym szczęściu.

W tym samym momencie na dole skrzypnęły drzwi wejściowe. Poderwało mnie z krzesła. Przecież zaryglowałam zamek. Z korytarza dobiegły ostrożne, powolne kroki.

Ktoś wszedł do środka, posługując się własnym kluczem. Błyskawicznie zamknęłam klapę laptopa, bezszelestnie wsunęłam się za ciężką wełnianą zasłonę przy balkonie i zamarłam, ściskając w dłoni masywny mosiężny świecznik. Kroki zbliżały się po sosnowych schodach. W progu sypialni zamajaczyła sylwetka mężczyzny w ciemnej kurtce.

Snop światła z latarki omiótł puste łóżko i toaletkę. Mężczyzna zaklął cicho pod nosem. Ten głos poznałabym wszędzie. – Marta, gdzie jesteś?

– zawołał przyciszonym tonem. Kliknął włącznik. Pokój zalało jasne światło. Na środku sypialni stał Robert, w eleganckich traperach przyprószonych śniegiem i puchowej kurtce, z pękiem kluczy i teczką w dłoni.

Kiedy powoli wyszłam z cienia ze świecznikiem w zaciśniętej garści, drgnął zaskoczony, ale natychmiast przykleił do twarzy ten swój wyćwiczony, gładki uśmieszek. – Jezu, Martuś, ale mnie wystraszyłaś. Co ty tu robisz po ciemku? Chciałem ci zrobić niespodziankę.

Złapałem wieczorny lot do Monachium, wypożyczyłem auto. Tęskniłem potwornie. Przywiozłem ci świeże rogale z Warszawy. Patrzyłam na niego bez mrugnięcia okiem.

Czułam w środku tylko bezbrzeżną pustkę. – Dwieście pięćdziesiąt tysięcy euro, Robercie? – spytałam lodowatym, spokojnym tonem. – Naprawdę tak tanio?

Wyceniłeś moje dwa lata więzienia w tyrolskich zaspach? Mogłeś chociaż wytargować od Schwarza wyższą zaliczkę? Uśmiech zniknął z jego twarzy w ułamku sekundy. Oczy wyszły mu na wierzch, źrenice zwęziły się do granic możliwości.

Cofnął się o krok ku drzwiom, zaciskając klucze w pięści. – Co ty bredzisz? Jaki Schwarz, Marta? Od tego siedzenia po ciemku w głowie ci się pomieszało.

– Pokazać ci historię twojego rachunku bankowego? – zrobiłam krok naprzód. – Czy z pamięci zacytować zapisy umowy ze spółką Zillertal Bau na milion euro za to, że dopilnujesz mojego uwięzienia tutaj, aż przejmą jedenaście hektarów gruntu? W sypialni zapadła gęsta, martwa cisza.

Maska troskliwego narzeczonego pękła bezpowrotnie. Twarz Roberta wykrzywił grymas wściekłości kogoś przypartego do muru. – Proszę, jaka sprytna pani od niemieckiego. Węszyłaś za moimi plecami.

Ten stary cap zza płotu ci nagadał. I co z tego, Marta? Co ty sobie wyobrażasz? – podszedł o krok, sycząc przez zęby.

– Tak, wziąłem tę kasę i wezmę resztę, bo ten grunt jest wart piętnaście milionów euro. Gdyby nie mój układ, zdmuchnęliby cię z planszy już pierwszego dnia. A tak, posiedzisz tu cicho, podpiszesz za dwa lata zrzeczenie się roszczeń na rzecz fundacji, a ja rzucę ci kilkaset tysięcy na jakieś małe mieszkanko na prowincji. Podszedł jeszcze bliżej, wyciągając rękę w stronę mojej szyi.

– Podpiszesz te papiery natychmiast. Mecenas Schwarz czeka w aucie pod lasem. Zrobimy pełnomocnictwo ogólne jeszcze tej nocy. I nawet nie próbuj krzyczeć.

Stąd nikt cię nie usłyszy, a w tych górach nietrudno o nieszczęśliwy wypadek pod lawiną. Rzucił się w moją stronę. Nie zdążyłam nawet zamachnąć się świecznikiem. Chwycił mnie brutalnie za nadgarstek i pchnął na ścianę.

W tej samej chwili z dołu dobiegł potężny huk pękającego drewna. Dębowe drzwi w sieni runęły pod uderzeniem tarana. Dom wypełnił się ciężkim tupotem podkutych butów i zdecydowanymi komendami po niemiecku:

– Polizei, keine Bewegung, Hände hoch! Robert zamarł z szeroko otwartymi ze zgrozy oczami.

Do sypialni wpadło czterech zamaskowanych antyterrorystów z jednostki Cobra z wymierzoną bronią i włączonymi latarkami taktycznymi, a za nimi funkcjonariusze austriackiej policji kryminalnej. Nim Robert zdążył choćby drgnąć, powalili go na podłogę i przycisnęli do desek. Metaliczny szczęk kajdanek przeciął powietrze. Za policjantami do pokoju wszedł zdyszany Franz Huber, a obok niego elegancka prokurator okręgowa.

– Pani Marta Kowalska? – podeszła do mnie szybko, okrywając moje drżące ramiona wełnianym płaszczem. – Wszystko w porządku, nic się pani nie stało? Pokręciłam głową, a z oczu popłynęły mi łzy ulgi.

– Nic mi nie jest. Dziękuję. Prokurator spojrzała na Roberta, którego funkcjonariusze podnosili właśnie z podłogi. – Panie Dąbrowski, doktor Klaus Schwarz oraz dyrektor Zillertal Bau zostali zatrzymani przed momentem na drodze dojazdowej.

Zostaje pan aresztowany na mocy nakazu prokuratury pod zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, fałszowania dokumentów urzędowych oraz usiłowania wymuszenia rozbójniczego. Wyprowadzić go. Robert miotał się w uścisku policjantów, krzycząc histerycznie:

– Marta, powiedz im coś! Przecież to jakaś bzdura!

Zniszczą mnie w areszcie! Mieliśmy brać ślub! Wypchnęli go na schody, a krzyk szybko utonął w chłodnym nocnym powietrzu. Śledztwo obnażyło powiązania miejscowych układów deweloperskich z notariuszami.

Biegli bezspornie wykazali, że sfałszowany aneks do testamentu został spreparowany przez Schwarza w porozumieniu z Robertem, który przekazał mu komplet moich danych osobowych i próbki podpisów zmarłej ciotki. Sąd Krajowy w Innsbrucku uznał sfałszowany dokument za nieważny i w całości przywrócił moc pierwotnej woli pani Wandy. Zostałam uznana za jedyną bezwarunkową właścicielkę Haus Edelweiss oraz wszelkich praw do nieruchomości – bez konieczności koczowania w Alpach ani jednego dnia dłużej. Robert usłyszał wyrok pięciu lat bezwzględnego pozbawienia wolności w austriackim więzieniu, a jego rachunki bankowe zabezpieczono na poczet grzywien.

Schwarz bezpowrotnie stracił prawo do wykonywania zawodu i trafił za kratki na osiem lat, a spółka deweloperska została ukarana potężnymi karami finansowymi. Część spornych gruntów przekazałam pod powiększenie parku narodowego. Samą zabytkową willę odremontowałam z szacunkiem dla alpejskiej tradycji, otwierając w niej cichy dom pracy twórczej dla pisarzy i tłumaczy.

I odcięłam się raz na zawsze od krzywdy, fałszu i podłości człowieka, któremu bezgranicznie ufałam.