Tego dnia Marta wróciła do domu później niż zwykle. Wchodząc po schodach, słyszała własne kroki, ciężkie, jakby niosła na plecach cały świat. W drzwiach powitał ją zapach duszonej cebuli i śmiech Zosi dobiegający z salonu. Ale wystarczył jeden rzut oka na Pawła, żeby ścisnęło ją w żołądku.

Stał przy oknie, tyłem do niej, z rękami w kieszeniach. Widziała, jak jego ramiona opadają, gdy się odwracał. — Musimy porozmawiać — powiedział cicho, ale tak, że każde słowo uderzyło jak młot. Marta poczuła, że nogi się pod nią uginają.
To było jak sen, z którego nie można się obudzić. Paweł mówił, a ona słyszała tylko pojedyncze słowa: „przepraszam


