Wpuściłam go do środka, bo co innego miałam zrobić. Stałam we własnym mieszkaniu, a przynajmniej w tym, które do niedawna uważałam za swoje. Piotr wyprowadził się dwa tygodnie wcześniej, zostawiając mnie z kredytem hipotecznym na 480 000 złotych i pismem od swojego adwokata, w którym domagał się podziału majątku. Miałam trzydzieści lat i właśnie kończyło się wszystko, co budowałam przez ostatnie lata.

Spotkaliśmy się na weselu koleżanki. Przyszedłem jako osoba towarzysząca Agnieszki, która pracowała w tej samej branży co on. Rozmawialiśmy do trzeciej w nocy o wszystkim i o niczym. Pół roku później wprowadził się do mnie, a dwa lata po ślubie kupiliśmy mieszkanie – 480 000 złotych, z czego 320 000 to był kredyt.
Weszliśmy do środka z jedną walizką i butelką szampana. Myślałam, że to początek. Okazało się, że to był szczyt, a potem był już tylko zjazd w dół. Urszula, teściowa, od początku dawała do zrozumienia, że wyobrażała sobie dla syna coś lepszego.
Przechodziłam dwa zabiegi i trzy podejścia do in vitro. W gabinecie ginekologicznym trzymał mnie za rękę. A potem zobaczyłam, jak szybkim ruchem odwraca telefon ekranem do dołu, gdy tylko usłyszał moje kroki. Powiedział, że myślał, że tego dnia pracuję dłużej.
Może pisał do kolegi o czymś głupim, mówiłam sobie. Usiadłam na łóżku na trzydzieści sekund, może minutę. Potem wzięłam jego telefon i sprawdziłam historię połączeń. Zadzwoniłam do niego, żeby zapytać, czy kupić coś do jedzenia.
Nie, powiedział. Kupiłam makaron i wróciłam do domu. Kiedy pisałeś do niej, że jak skończycie z tym mieszkaniem, to zaczniecie żyć normalnie, co miałeś na myśli? Wychodzisz do niej?
Poczułam spokój, który nie jest spokojem, tylko szokiem, który jeszcze nie dotarł do końca. Mieszkanie warte 480 000 złotych, kredyt do spłaty: 260 000. Do podziału zostawało około 220 000, więc Piotr chciał 110. Zadzwoniłam do prawniczki, którą poleciła mi Agnieszka.
Pani mąż ma do tego prawo, powiedziała. Ale ja odkładałam na wkład własny przez lata, zarabiałam więcej. Skąd pochodziło te 160 000 złotych? Wszystko wrzucone do jednego garnka, wszystko wspólne, tak jak chciało prawo i jak myślałam, że chcemy oboje.
Wstawałam, szłam do pracy, wracałam, siadałam wśród kartonów i patrzyłam w ścianę. Mama zapytała, czy mam przyjechać do Kielc. Nie, odpowiedziałam, bo nagle zrozumiałam, jak bardzo jestem sama. Jeśli sąd zasądzi podział, jeśli Piotr uzyska prawo do spłaty udziału, będę musiała mu wypłacić te 110 000.
Liczyłam oszczędności, pensje, raty, koszty prawnika. Czułam, jak ta liczba rośnie mi na piersi jak kamień. Pewnego wieczoru pisałam coś do piątej rano. W sobotę zadzwoniła Agnieszka: chodź na obiad.
Poszłam. Padało, jakby pogoda chciała dopasować się do mojego nastroju. Kiedy weszłam do jej przedpokoju, poczułam dziwną gulę w gardle. Jej mąż Michał przywitał się, zaparzył kawę i zniknął z dziećmi na podwórku.
Agnieszka zamknęła drzwi do kuchni i powiedziała: Słuchaj, muszę ci coś pokazać. Był z nami w tej samej firmie, ma dane, dokumenty, które mogą być dla ciebie ważne. Zapytała, czy mogę mu dać twój numer. Trzy dni później usłyszałam w słuchawce: Dzień dobry, nazywam się Tomasz.
Wiem, co pani przechodzi. Wiem, bo sam to przerabiałem. Pracowaliśmy z Piotrem w tej samej firmie. Mam dostęp do systemów, do danych przetargowych.
Mam też wyciągi z konta wspólnego z Sylwią. Pytał mnie, jak zabezpieczyć prawa do połowy mieszkania, zanim cokolwiek się wyda. Wycenili je na 680 000 złotych. Do podziału zostaje około 540.
Na koniec powiedział coś, co sprawiło, że zamarłam: Znam kogoś, komu Piotr zniszczył życie. Kogoś, kto może pójść do tej firmy i do prokuratury. Następnego dnia zadzwoniłam do prawniczki. Joanna czytała w milczeniu, robiąc notatki.
Sprawa wygląda inaczej, niż myślałam, powiedziała w końcu. Zamiast bronić się przed jego roszczeniami, możemy przejść do ofensywy. Możemy złożyć zawiadomienie do prokuratury. To osłabi jego pozycję negocjacyjną.
Bardzo. Tydzień później wysłała pismo do jego prawnika. Zadzwonię, powiedział Piotr. Zadzwonię wieczorem.
Jeszcze tego samego dnia. I wtedy ktoś zadzwonił do drzwi.


