Bywały tygodnie, kiedy wracałem do domu tak zmęczony, że jadłem kolację w roboczych spodniach i zasypiałem przed telewizorem. Lubiłem patrzeć, jak z ciężkiej, zimnej płyty granitu powstaje coś, co będzie komuś służyć przez dwie, a może trzy dekady. Witek, mój wspólnik, śmiał się, że nawet ziemniaki wkładam do garnka tak, jakbym mierzył schody do kościoła. Po śmierci Elżbiety odstawiłem kamper do garażu i już nim nie wyjechałem.

Został tylko pył na plandece i zapach, który z czasem przestałem rozpoznawać. Pewnego wieczoru, kiedy poprawiałem granitowy blat dla klienta z Piaseczna, poczułem, jakby ktoś przyłożył mi do klatki piersiowej płytę granitu i powoli dociskał. Pomyślałem wtedy, że dziwnie brzmi słowo „szczęście”, kiedy człowiek leży podpięty do kabli. W szpitalu odwiedził mnie Damian, mój syn.
Mówił coś o pracy, o klientach, o tym, że codziennie jeździ do ludzi, ale słowa rozpływały się gdzieś między monitorami a zapachem środków dezynfekujących. Ktoś zapytał, czy ktoś do mnie przyjedzie. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Kiedy wyszedłem ze szpitala, postanowiłem sprawdzić kilka rzeczy.
Zadzwoniłem do banku. Okazało się, że na mojej karcie ktoś wydał prawie 29 000 złotych w Monaco, do tego wynajem samochodu za ponad 3500 i drobniejsze wydatki. Razem prawie 100 000 złotych. A ja leżałem w szpitalu z rurkami w rękach.
Zadzwoniłem do Damiana kilka minut po siódmej rano. Powiedziałem tylko, że dostanie dokumenty do podpisu. Potem przeszliśmy do domu, do pokoju, gdzie stał komputer. Chciałem przestać udawać, że to wszystko należy do niego.
Napisałem do niego prywatnie, a on po chwili odpisał i wysłał mi numer do warsztatu pod Warszawą. Uśmiechnąłem się pierwszy raz od momentu, kiedy trafiłem do szpitala. Pojechałem tam. Znalazłem miejsce, gdzie zostawił samochód przed wyjazdem.
Zadzwoniłem do obsługi parkingu, podałem numer rejestracyjny, czekałem. Potem znowu przyłożyłem telefon do ucha. W warsztacie powiedzieli, że hamulce do wymiany, uszczelnienia też. Wszystko, co trzeba, żeby był bezpieczny i gotowy do drogi.
Odłożyłem telefon ekranem do dołu. Damian zadzwonił do mnie któregoś wieczoru. Mówił, że potrzebuje kampera do pracy, że to dla niego ważne. Kiedy skończył, powiedziałem tylko: „Jedź do domu, tato.
Jedź do domu, Damian. ” Do domu wrócił taksówką. Kilka dni później pojechałem do garażu sam. Nieruchomość należała do mnie.
Stałem tam długo, patrząc na kamper, i wróciłem do domu z uczuciem, którego długo nie umiałem nazwać. Nie dzwoniłem do niego. Zamiast tego zadzwoniłem do kwiaciarni. Zamówiłem wielkie białe kwiaty i wysłałem je do firmy Damiana.
Niecodziennie facet dostaje takie kwiaty do pracy. Podobno chciał schować kartkę do kieszeni, ale było już za późno. Podszedł do niego Łukasz, który odwrócił się do monitora, ale oczywiście słyszał wszystko. Wtedy Damian podszedł do Roberta i zapytał wprost, czy w czasie swojej ostatniej nieobecności był wysyłany przez firmę za granicę, do Monaco albo do Francji.
Ewa otworzyła notes. Damian odwrócił się do mnie. Powiedziałem mu wtedy, że zadzwoniłem do niego ze szpitala, że ciągnąłem tę sprawę dalej. Powiedziałem też, że to, że okłamał swoich ludzi, należy już do niego.
Agnieszka napisała do mnie trzy dni po tym, jak Damian złożył wypowiedzenie. Wybrałem stolik przy oknie, z dala od głośnika i ekspresu do kawy. Zawsze mówiła do mnie po imieniu, ale tego dnia wróciło „pan”. Powiedziałem jej, że nie będę jej namawiał ani do odejścia, ani do zostania.
Powiedziałem o 29 000 złotych i o tym, że przyzwyczaiłem się do tego, że coś mu dokładam. Potem pojechałem do warsztatu, gdzie stał kamper. Wytłumaczyli mi, do czego auto będzie używane. Popatrzyłem na samochód i pomyślałem, że dobrze, że od początku powinien do czegoś służyć.
Nie robiłem zdjęć, nie wrzucałem niczego do internetu, nie powiedziałem Damianowi. Później dowiedziałem się, że Link trafił do dawnej firmy Damiana. Agnieszka powiedziała mi później, że tego dnia wrócił do domu wyjątkowo cichy. Nie próbował do mnie dzwonić, nie żądał wyjaśnień, nie zrobił awantury.
Czasem po prostu przestaje należeć do historii, którą sobie opowiadał. Ojciec zadzwonił do mnie któregoś wieczoru. Zadzwonił pod koniec lata. Pojechałem do domu.
Następnego ranka spakowałem kilka rzeczy do kampera. Włożyłem kluczyk do stacyjki. Powiedziałem tylko: „Dziękuję, że byłeś ze mną do końca.
”


