Zanim Halina Kowalczyk zadzwoniła do mnie o jedenastej wieczorem, byłam pewna, że wiem, jak wygląda moje szczęście. Dom na Lipowej, Marek obok mnie, wspólne plany na przyszłość. Myliłam się w każdym calu. Z Markiem poznaliśmy się przez internet.

Mieszkałam w Warszawie, on we Wrocławiu, ale przez trzy miesiące pisaliśmy do siebie codziennie i spotykaliśmy się co weekend. Zakochałam się w nim powoli, ale pewnie. Drobiazgi, jak wyciskanie pasty do zębów, potrafiły nas różnić, ale w ważnych sprawach zawsze ustępował. Był delikatny, cierpliwy, a kiedy powiedziałam, że chcę kupić dom, od razu zaangażował się w poszukiwania.
Przez rok oglądaliśmy kilkadziesiąt nieruchomości. Każda miała jakąś wadę – zła okolica, za mały ogród, remont za sto tysięcy. Zaczynałam już tracić nadzieję, kiedy trafiliśmy na ogłoszenie, które wydawało się idealne. Dom w zabytkowej części Wrocławia, ogród z jabłonią, cena czterysta osiemdziesiąt tysięcy.
To była górna granica naszego budżetu, ale Marek powiedział, że damy radę. Zadzwoniłam do pośredniczki tego samego dnia. Halina Kowalczyk była drobną kobietą o smutnych oczach. Oprowadziła nas po domu, który pachniał woskiem do podłóg i lawendą.
Kiedy Marek poszedł sprawdzić piwnicę, zabrała mnie do ogrodu. Stałyśmy przy jabłoni, a ona opowiadała mi, że sadziła to drzewo z mężem trzydzieści lat temu. Powiedziała, że mąż zmarł pięć lat temu i że teraz przeprowadza się do córki do Gdańska, bo nie chce zostać sama w tym domu. Marek wrócił z piwnicy z zadowoloną miną.
Targował się twardo, ale kiedy Halina spuściła cenę do czterystu sześćdziesięciu pięciu tysięcy, nie potrafiłam dalej negocjować z kobietą, która płakała przy podpisywaniu umowy przedwstępnej. Był nasz. Dom na Lipowej. Siódmego dnia wieczorem siedziałam na podłodze w salonie, popijając herbatę, i układałam listę rzeczy do zrobienia.
Marek zajrzał do pokoju, rzucił okiem na moje notatki i powiedział, żebym odpoczęła, że wszystkim się zajmie. Był taki troskliwy, taki pewny siebie. Mówił, że projekt nowej kuchni skończy do końca tygodnia. Dwa dni później, gdy wróciłam z zakupów, zaparkowałam przed domem i zobaczyłam Halinę stojącą przy furtce.
Pomyślałam, że może czegoś zapomniała, ale gdy się zbliżyłam, zauważyłam, że ma oczy podkrążone i zaciska ręce na torebce. Zaprosiła mnie do środka. Weszłyśmy do mojego salonu, a ona usiadła na kanapie, nie oglądając się nawet na nowe zasłony, które powiesiłam tydzień temu. Wyciągnęła z torebki klucz, który wyglądał dokładnie jak ten do naszego domu.
I powiedziała, że przez te dwa dni nie zmieniła zdania. Sprzedała dom, ale chce, żebym miała pewność, że jestem tego warta. Podniosła na mnie wzrok i zapytała, czy naprawdę wiem, z kim kupiłam ten dom. Zamknęłam oczy i pomyślałam o tym, że Marek wchodząc do domu, bez wahania skręcił w stronę piwnicy, jakby znał układ pomieszczeń na pamięć.
Przypomniałam sobie, jak szybko znalazł główny zawór wody i skąd wiedział, że instalacja jest w dobrym stanie. A przecież nigdy wcześniej go tam nie było. Później, gdy wróciłam do domu, wzięłam telefon i zadzwoniłam do Marka, ale on nie odbierał. Napisał tylko, że jest u Roberta na urodzinach i wróci później.
Siedziałam w kuchni i patrzyłam na naszą wspólną listę zakupów, na której ktoś dopisał po moim wyjściu: *„Sprawdź piwnicę, tam jest kasa”*. Ale nie było podpisu. W nocy nie spałam. Chodziłam po pokojach, dotykałam ścian, wkładałam ręce do kieszeni kurtki, którą Marek nosił w tamtym tygodniu.
Wyciągnęłam z niej paragon z bankomatu na tysiąc złotych, ale to mnie nie zdziwiło. Zdumiało mnie co innego – na odwrocie ktoś zapisał adres: *„Świerkowa 12, piwnica”*. Rano, gdy Marek wyjechał po bułki, zadzwoniłam do Haliny. Chciałam zapytać wprost, kim był ten mężczyzna, który przychodził do niej w marcu.
Pani Halina wysłuchała mnie, westchnęła i powiedziała, że on przychodził, owszem, ale nie do niej. On przychodził do domu. Na Świerkową. Pojechałam tam następnego dnia.
Dom był starszy, bardziej zaniedbany, ale klucz pasował do bocznych drzwi. W piwnicy, za metalową szafą, znalazłam podłogowe płyty, które odsuwały się z cichym trzaskiem. Pod nimi leżały dokumenty przewozowe, umowy sprzedaży złomu i faktury na nazwiska, których nie znałam. Na samym dnie, w foliowej kopercie, znajdowały się zdjęcia Marka z kobietą o ciemnych włosach i z dzieckiem siedzącym na deskorolce.
Wróciłam do domu i usiadłam przy stole. Długo patrzyłam na zdjęcia, a potem zadzwoniłam do Agnieszki, mojej przyjaciółki ze studiów, która pracuje jako adwokatka w Krakowie. Poprosiła, żebym nic nie mówiła Markowi, dopóki do niej nie przyjadę. Pojechałam następnego dnia.
Agnieszka przejrzała dokumenty, zrobiła telefon i skinęła głową. Powiedziała, że wygląda to na dobrze zorganizowaną finansową zagrywkę, ale że potrzebuje jeszcze tygodnia, żeby ułożyć całą historię. Wieczorem, gdy wróciłam, Marek czekał w kuchni i patrzył na mnie z dziwnym uśmiechem. Zapytał, gdzie byłam.
Siedział naprzeciwko mnie, a ja trzymałam w dłoni jedno ze zdjęć, odwrócone obrazkiem do dołu. Musiałam wybrać, czy pokazać mu twarz, którą znam, czy twarz, którą ukrywał przede mną przez cały ten czas. Patrzyłam na niego, a on mówił coś o remoncie, o tym, że trzeba wymienić okna w salonie. Mówił do stołu, nie do mnie.
Zapytałam wtedy, spokojnie, kto to jest ta kobieta na zdjęciu. Umilkł, a potem wybuchnął śmiechem i powiedział, że to przecież jego kuzynka z Gdańska. Ale tego, co zobaczyłam potem – dziecko trzymające kartkę z napisem „Tata”, nigdy nie zapomnę.
Wstałam od stołu, zamknęłam się w sypialni i w niedzielę rano zadzwoniłam do Agnieszki.


