Rano herbata, potem spacer do sklepu, czasem pogawędka z kimś znajomym. Tak wyglądały moje dni. Drodzy słuchacze, zanim zacznę, mam do was małą prośbę. Ja też nie miałem do nich pretensji, że żyją swoim życiem.

Potem coraz krótsze rozmowy, aż w końcu wszystko sprowadzało się do jednego: „Tak musi być do czasu”. Wybrałem numer do Tomasza. No nic, pomyślałem. Zadzwoniłem do Agnieszki.
Wstałem, podszedłem do okna. I wtedy pierwszy raz przyszła mi do głowy myśl, którą wcześniej od siebie odpychałem – nie dlatego, że nikogo tam nie było, tylko dlatego, że nikt nie miał powodu, żeby do mnie przyjść. Kto jeździł do niego pociągiem, żeby pomóc, pogadać, uspokoić? Wziąłem urlop, spakowałem torbę i pojechałem do Krakowa.
Przez kilka tygodni to ja wstawałem w nocy do małego, żeby ona mogła się przespać choć dwie godziny. Pamiętam, jak raz przyjechał do mnie bez zapowiedzi w środku nocy. Siedzieliśmy wtedy do rana. No to dobrze.
Najpierw do Agnieszki. Potem ucichło, jakby człowiek przestał się łudzić, że coś jeszcze wróci do tego, czym było kiedyś. Dni zaczęły płynąć jeszcze bardziej podobnie do siebie. Trzeba było kupić chleb, mleko, coś do obiadu.
No i jak tam, panie Stanisławie? No co ty? Niby nic wielkiego, ale parę spraw się ogarnie. Coś koło 700 000 tak mówią.
No to gratuluję, panie Stanisławie. No trzymaj się i pilnuj tego – dodał z uśmiechem. Z 700 000 zrobi się więcej albo mniej, to bez znaczenia. I w głębi wiedziałem, że to jedno zdanie przy płocie było początkiem czegoś, czego jeszcze do końca nie rozumiałem.
Zapytałem jakby od niechcenia, że podobno coś trafiłeś w Lotto. No tak. No przestań! No cześć.
Coś koło 700 000. No widzisz, od razu zmienił ton. Powiedziałem do siebie. Stałem jeszcze chwilę, patrząc na ulicę, i po raz pierwszy od dawna nie czułem potrzeby, żeby do kogokolwiek zadzwonić, bo tym razem to oni zaczęli i jakoś nagle bardzo chcieli kończyć.
No wchodźcie – powiedziałem. Agnieszka już zaglądała do szafek. No widzisz. Wróciłem do środka.
Naprawdę, bo widzisz, człowiek nawet jak się już przyzwyczai do ciszy, to gdzieś głęboko w środku dalej pamięta, jak to jest, kiedy dom żyje, kiedy ktoś chodzi, rozmawia, śmieje się. No ale teraz będzie pełna. No ale trzeba to jakoś sensownie rozegrać. No właśnie – odpowiedziała Agnieszka, bo to nie są jakieś miliony, ale zawsze coś.
Trzeba z nim spokojnie – mówiła dalej Agnieszka, żeby sam do tego doszedł. No – mruknął Tomasz. Przeszedłem do kuchni, jakby nic się nie stało. Po chwili do środka wszedł Łukasz, wycierając ręce.
No i co tam? Łukasz podszedł do lodówki, otworzył ją, zajrzał do środka. No teraz to już wygląda jak lodówka. No tak, ale wiesz – uśmiechnęła się szybko.
No te pieniądze. Chodziło o sumę, o to, że coś jest do wzięcia. No właśnie – odpowiedział szybko. Do tej pory odległość jakoś nikomu nie przeszkadzała.
Tomasz kiwnął głową, jakby przyjął to do wiadomości, ale nie zrezygnował. No tak, ale tam miałbyś opiekę. No tak, ale – zawahał się na sekundę. No wiesz.
I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Stół jak stół, obrus, talerze, kilka rzeczy do jedzenia. No to jesteśmy. No pogadamy – rzucił.
W środku od razu skierowali się do salonu. No pewnie. No wiesz – oparł się wygodniej. No właśnie.
W końcu wróciłem do stołu. W końcu wstałem, zebrałem zdjęcia, włożyłem je z powrotem do kopert i schowałem do szuflady. Skinąłem głową i wróciłem do domu.
Powiedziałem cicho do siebie: jeśli dotrwaliście do końca, powiedzcie mi jedno – czy to naprawdę była rodzina, czy tylko ludzie, którzy pamiętali o mnie, gdy byłem im potrzebny?


