W środku przyjęcia zadzwoniła do nas 23 razy. Teresa odebrała dopiero za którymś razem, bo wcześniej udawała, że nie słyszy. Po drugiej stronie usłyszała głos Agnieszki, która mówiła, że goście już są, że ryba się przypala i że ona nie wie, gdzie jest sól. Teresa powiedziała tylko, że nie przyjdzie.

Kiedy wróciłem do domu, od progu poczułem zapach zimnego tłuszczu i wina. U nas zwykle pachniało kawą, pastą do podłogi albo zupą, którą Teresa gotowała na dwa dni. Tego dnia w kuchni stały resztki jedzenia, a moja żona siedziała w fotelu w rogu, ręce miała splecione na kolanach. Plecy miała zgarbione, lewą nogę lekko wysuniętą do przodu.
Pomogłem jej dojść do krzesła przy stole. Zamów firmę sprzątającą i wyślij ją do nas dzisiaj – powiedziała. Nie odpowiedziałem, tylko wziąłem teczkę do ręki i zacząłem czytać. Znajdowały się w niej rachunki za jedzenie, alkohol i dekoracje.
Kwota była duża, około 20, może trochę więcej. Moi rodzice, ciocia z wujkiem, kuzynostwo, kilka osób od nas, no i dwóch znajomych taty z żonami – to ona miała być na tym przyjęciu. No przecież mówiłam, że ma być świeża – powiedziała, kiedy zapytałem o rybę. No jak to kto?
– odpowiedziała, kiedy zapytałem, kto gotował. Westchnęła, jakby zmuszano ją do powiedzenia czegoś oczywistego. Okazało się, że Agnieszka, jego żona, organizowała uroczystość w naszym domu, a Teresa miała doglądać potraw. Już próbowała dopasować własny ból do cudzych wymagań.
No przy potrawach będzie trzeba pilnować temperatury i podawać wszystko na bieżąco – usłyszała od Agnieszki. Poszedłem do gabinetu, zamknąłem drzwi i otworzyłem laptop. Następnego dnia zadzwoniłem do Pawła i powiedziałem, że chcę się z nim spotkać. Do restauracji, do waszego mieszkania, do domu kultury, gdziekolwiek.
Zgodził się na kawiarnię. Siedzieliśmy naprzeciw siebie, a on mówił, że to nie jego wina, że ona sama się zgodziła. 25 dań, kilkanaście godzin na nogach, ból po operacji, a potem zakaz wejścia do własnej jadalni – powiedziałem. Chłopca, któremu robiła kanapki do szkoły, prasowała koszulę przed egzaminami i siedziała przy łóżku, kiedy miał gorączkę, ta sama kobieta nie mogła usiąść przy własnym stole.
Wyszedłem z kawiarni i od razu zadzwoniłem do sanatorium w Nałęczowie. Potem pojechałem do sklepów. Nie do jednego, do trzech. Przy kasie kwota zbliżyła się do pół tysiąca złotych.
Na końcu wszedłem do sklepu z artykułami kuchennymi. Teresa weszła do kuchni i zamarła. Na blacie stały składniki, a w rogu kuchenny robot. Podszedłem do niej i zamknąłem drzwi do kuchni.
Jedziemy do Nałęczowa. Do sanatorium na tydzień. Spojrzała na fartuch, a to prezent dla głównej organizatorki. Razem przenieśliśmy kosz do pomieszczenia obok garażu.
Do walizki włożyłem jej leki, dokumentację po operacji, wygodne spodnie, ciepły sweter i buty na płaskiej podeszwie. Agnieszka przyjechała do naszego domu kilka godzin przed gośćmi. Miała na sobie jasną sukienkę, eleganckie buty i płaszcz, który z pewnością nie nadawał się do pracy w kuchni. Zdjęła płaszcz i przeszła do jadalni.
Poszli do kuchni. Może tylko do sklepu? – zapytała. Do sklepu?
Zanim zdążyli dojść do drzwi, drewniana pokrywa kosza przesunęła się na bok. Paweł uciekł do salonu. Kiedy już prawie go mieli, gąsior wystrzelił spomiędzy krzeseł i pobiegł do przedpokoju. Agnieszka wtedy zadzwoniła do Teresy.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem rozległ się dzwonek do drzwi. No przecież mówiłam – powiedziała Teresa do słuchawki. Wiesław podszedł do stołu i podniósł kartkę z menu. Sama w zeszłym tygodniu przez pół godziny opowiadałaś mi o kolejce do okulisty – powiedziała Teresa.
Chyba też ma ci coś do powiedzenia. Po kilkunastu minutach wspólnymi siłami udało im się zagonić ptaka do garażu. Rano miał wrócić do gospodarstwa. Paweł natomiast przez półwieczoru zbierał ziemniaki z podłogi, a potem je obierał, bo Agnieszka w panice wsypała cały worek do zlewu.
Późno w nocy zadzwonił do mnie. Wieczorem wróciliśmy do pokoju. Chciałaś wykorzystać nasz dom, a potem zabroniłaś jej usiąść przy własnym stole, bo rzekomo nie pasowała do twoich gości – powiedziałem. Nie wchodzicie do naszego domu bez dzwonienia.
Wróciła do gospodarstwa, cała i zdrowa. Powiedział, że dawno nie widział gąsiora tak zadowolonego z powrotu do domu. Kiedy weszliśmy do naszego domu, od razu poczułem rosół. To było chyba najrozsądniejsze zdanie, jakie do tej pory od niej usłyszałem.
Za to, że chciałam urządzić przyjęcie w waszym domu, jakby należał do mnie. Wraca powoli, w drobnych gestach, w dotrzymanych słowach i w szacunku do granic. Czy też pojechalibyście do sanatorium, czy może rozwiązali sprawę inaczej.


