Wigilia. Anna uwijała się w kuchni od piątej rano, obierała warzywa, nadziewała drób, gotowała zupę grzybową z kluskami. Plecy ją bolały, pot lał się ciurkiem, choć na dworze było minus pięć stopni. Punktualnie o osiemnastej kolacja była gotowa.

Teściowie, pan Jan i pani Ewa, krążyli wokół stołu z zadowoleniem. „Aniu, w tym roku przygotowałaś wspaniały stół. Zupa grzybowa pachnie wybornie. ” Tomasz miał właśnie zawołać rodzeństwo, gdy z góry rozległo się stukot szpilek.
Natalia zeszła w obcisłej czerwonej sukni i makijażu jak na bal, a za nią Robert z kilkoma marnymi foliowymi torbami z osiedlowego marketu. Natalia zerknęła na parujący stół, skrzywiła usta i z hukiem postawiła plastikowe pudełka z mrożonkami. „O Boże, Aniu, czy to wciąż te czasy, żeby przygotowywać taką wiejską wieczerzę? Ludzie teraz jedzą normalnie.
” Anna zbladła, ale nim zdążyła odpowiedzieć, teściowa pani Ewa dodała: „Natalia ma rację. W zeszłym roku kupiliśmy gotowe pierogi. To był o wiele lepszy wybór. ”
Anna przez chwilę patrzyła na ich zadowolone miny, a potem bez wahania podniosła półmisek i wyrzuciła całą swoją pracę do śmieci.
„Proszę bardzo. Jutro też możecie zjeść gotowe pierogi. ” W pokoju zapadła cisza jak makiem zasiał. Teściowie oniemieli.
Anna zdjęła fartuch i spokojnie wyszła z kuchni, zostawiając wszystkich z rozdziawionymi ustami.


