Po powrocie z sanatorium stanąłem w progu domu. Miało być cicho, znajomo, bezpiecznie. Ale kiedy otworzyłem drzwi, uderzył mnie zapach lawendy i ta nienaturalna czystość. Miska Reksa zniknęła, a beton w kącie, gdzie zawsze leżał, był świeżo wyszorowany, jakby ktoś próbował zetrzeć jego ślad.

Renata siedziała w salonie, gładko obracając telefon w dłoni. Zapytałem tylko, gdzie jest pies. Wzruszyła ramionami. Powiedziała, że to był stary pies i robił bałagan.
Dodała, że oddała go przez ogłoszenie, ludziom na wieś, dwie godziny stąd. Mówiła o tym jak o wyrzuceniu zepsutego krzesła. Nie kłóciłem się. Po prostu wyszedłem do swojego pokoju i wybrałem numer mecenasa.
Dom zawsze był na mnie. To była tylko ustna zgoda na ich zamieszkanie. Zapadła cisza. Wiedziałem co robić dalej.
Nocą, kiedy klimatyzacja ucichła, usłyszałem szelest za płotem. Dwóch ludzi przeskoczyło ogrodzenie od strony pustej działki. Przeszli przez kostkę, którą tak chwaliła córka, podeszli do nowych drzwi tarasowych i zamek puścił bez trudu, jak przewidywałem. Wszedłem na górze ktoś się obudził.
Renata krzyknęła, Dariusz zawołał, ale oni tylko chodzili po domu, spokojni, jakby wiedzieli, że nikt ich nie zatrzyma. Gdyby Rex był tu, ani jeden by nie przekroczył progu. Ale Reksa nie było. Stałem w cieniu, trzymając telefon.
Syreny usłyszałem dopiero po kilku minutach. Policja zastała już tylko pusty salon i wygięty zamek. Rano przyjechał mecenas. Położył na stole dokumenty.
Dom i działka są własnością pana Bogdana, a państwa pobyt tutaj kończy się z dniem dzisiejszym. Renata patrzyła na mnie, jakby nie rozumiała, co się dzieje. Wyjedziemy dziś. Powiedziała cicho, zaciskając dłonie na kubku.
Skinąłem głową. Nie było już o czym rozmawiać. Po ich wyjeździe sprzątałem powoli. Wyrzuciłem szklaną butelkę po ich drogim winie, odłożyłem swoje stare kubki na półkę.
Został tylko zapach chemii, który musiał wywietrzeć. Siadłem na progu, patrząc na pustą miskę. Wieczorem zadzwonił Wiesław. Znalazł Reksa.
Powiedział, że pies nie chciał jeść, nie pozwalał się zbliżyć, ale żył. Przywiózł go nocą. Kiedy zobaczyłem go na podwórku, stanął na chwilę, powąchał ziemię, a potem podszedł i oparł łeb o moją nogę. Ciepły, prawdziwy.
Zamknąłem bramę. Cisza wróciła, ale to była już moja cisza. Dom bez strażnika długo nie stoi, spokojnie.
Teraz znów był pilnowany.


