Siedzę nad wodą już prawie sześć godzin. Z trzema zestawami, solidnie zaciągniętymi haczykami, z kukurydzą i śmierdzącymi kurzymi żołądkami, które mają zwabić każdego karpia w okolicy. I nic. Ani jednego brania.

Na lewo ode mnie pojawił się nowy wędkarz. Białe klapki, czarne skarpety, zwykłe okulary. Może i oceniam po pozorach, ale facet wygląda, jakby wybrał się na spacer, a nie na ryby. Właśnie zarzucił drugą wędkę.
– Nie wierzę, że ten gość coś złowi – mruczę do transmisji. Staram się nie myśleć o pogodzie. Na radarze widzę burzę, która nadciąga od zachodu, więc planuję zwijać się za jakieś pół godziny, może czterdzieści pięć minut. Zanim mnie dopadnie.
Nagle jedna z moich wędek szarpie. Ciężar jest, czuję go. Ale jednocześnie coś jest nie tak. – Cholera, chyba mam rybę…
– mówię do siebie, po czym zdaję sobie sprawę, że linka idzie pod dziwnym kątem. Tamten gość z białymi klapkami też się szarpie. Odkłada wędkę. Ja zyskuję luz na szpuli.
– To ty? – krzyczę do niego. – Chyba zahaczyliśmy się o tę samą rybę – odpowiada. – Czuję, jak ciągniesz.
Puścić? – Jeśli to ryba, to jej nie ma. Myślałem, że w końcu coś znalazłem. Okazuje się, że jesteśmy zahaczeni o coś na dnie.
O siebie nawzajem. Wspólnie walczymy z niewidzialnym dnem. Jak bardzo to wszystko jest dzisiaj beznadziejne. – Jestem tu prawie sześć godzin i ani jednego brania – mówię.
– Serio? – dziwi się. – Serio. Opowiadam mu, że to pierwszy raz, kiedy łowię na tym konkretnym miejscu.
Wcześniej sprawdzałem rzekę, sprawdzałem daleki koniec przy przystani. Wracałem tu może z pół tuzina razy. Zawsze chciałem spróbować tego miejsca, bo ludzie mówili, że są tu świetne karpie i sumy. Okazuje się, że dzisiaj wszystkie karpie i sumy mają wolne.
Wracam nad brzeg i widzę, że facet wyciąga dziwaczny zestaw: mały niebieski plastikowy krążek, przyczepiany do łokcia. Pulse’uje miarowo, jakby chciał kogoś reanimować. – On chyba używa tego do łokcia – mówię do transmisji. – Dasz wiarę?
Ładuje to cztery razy dziennie, a jego żona mówi: „Wracaj do pracy”. Śmieję się z tego, ale po chwili dociera do mnie coś innego. Idę się odlać w krzaki. Mówię „odlać”.
Schodzę z brzegu, rozglądam się i coś błyska na ziemi. Puszka. Kolorowa, dziwna. Podnoszę.
„Mónaco”, czytam. „Watermelon Crush, 9% alkoholu”. Potem kolejne puszki – niebieska, fioletowa. Trzy kolory, porozrzucane jak śmieci.
Ktoś tu imprezował. – Hej, znacie takie drinki w puszce, Mónaco? – pytam widzów. – Są czerwone, niebieskie, fioletowe.
9 procent. Nikt nie odpowiada. Ale to nieistotne. Wracam do sedna: pięć godzin bez brania, zahaczony o sąsiada, który wygląda jakby nigdy wcześniej nie trzymał wędki, a teraz jego dzwonki wreszcie zadzwoniły.
Ktoś ma rybę. Chyba. Zaczynam myśleć o planie na jutro. Pojadę pod tamę, spróbuję tam szczęścia.
Potem w środę, późnym popołudniem, wrócę na nocne łowisko, spróbuję złowić karpia albo suma. Turniej kończy się w środę o północy. To moje ostatnie szanse. Ale zanim zdążę cokolwiek zaplanować, słyszę dźwięk silników.
Łódź policyjna wjeżdża na wodę. Podwójne Hondy. Policja. Nie kluczy do mnie – mam odznakę w portfelu, nie szukają mnie.
Ale nie mogę powstrzymać się od komentarza do transmisji:
– Może ten gość w klapkach? Albo ci dwaj na lewo. Na pewno nie ja. Patrzę, jak policyjna łódź przepływa obok.
Nikt do mnie nie podpływa. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Ale coś czuję w środku. Niepokój.
A może to po prostu burza. Zaciskam się. Sprawdzam wędki. Nic.
Godziny mijają. Cisza. Tylko dzwonki u sąsiada, który w końcu złowił coś, czego ja nie mogę. Przewijam czas.
Nadciąga ciemność. Mogę zostać jeszcze trzydzieści minut, najwyżej godzinę. Ale im dłużej tu siedzę, tym bardziej czuję, że to wszystko jest beznadziejne. Że ta rzeka dzisiaj nic mi nie da.
Kurczę pięści. Jutro jadę pod tamę. Muszę coś złowić. Muszę wygrać ten turniej.
Nie mogę wracać do domu z niczym. Nie mogę pozwolić, żeby ten facet z tetanusem w łokciu, z tym całym sztucznym sprzętem, był lepszy ode mnie.


