Na blacie zamiast garnków stał lakier do paznokci, szklanka wody i talerzyk z mandarynkami. Dorota spokojnie dmuchnęła na świeżo pomalowany paznokieć, gdy Michał zamarł przy lodówce z niedopitą kawą w ręku. Do jego czterdziestych szóstych urodzin zostały dwa dni, a jego żona właśnie oznajmiła, że nie zamierza stać przy garach dla całej rodziny. – Żartujesz sobie, prawda?

– zapytał nerwowo. – Ciocia Grażyna dzwoniła, pytała o pieczeń ze śliwką. Wujek Ryszard się wybiera, Bartek z Elżbietą, z piętnaście osób się zbierze. – Świetnie – odpowiedziała Dorota bez cienia wahania.
– To tę pieczeń upieczesz. Michał poczuł, jak kawa stanęła mu w gardle. Przez lata to Dorota spędzała całe dnie w kuchni przed każdą rodzinną imprezą. Pamiętała poprzednie urodziny aż za dobrze.
Dwie doby stała przy kuchence, gotowała trzy ciepłe dania, sałatkę jarzynową, śledzie, galaretę, koreczki i ciasto. Goście przychodzili z pustymi rękami, opychali się bez skrępowania, a potem krytykowali wszystko. Marchewka za grubo pokrojona, pieczeń za sucha, śledzie bez wyrazu. Na koniec ciocia Grażyna wyjęła z torby cały stos plastikowych pojemników i zebrała resztki jedzenia, jakby to było coś zupełnie normalnego.
Dorota nie zamierzała powtarzać tego przedstawienia nigdy więcej. – Twoja rodzina przychodzi się najeść za darmo – powiedziała teraz prosto w oczy mężowi. – Nie przychodzą świętować z tobą. Przychodzą napchać brzuchy, a potem obgadać mnie nad talerzem.
Michał próbował najpierw na litość, potem na tradycję, na końcu na wstyd. – I co im powiem, że moja własna żona odmówiła zrobienia obiadu? – Kuchnia jest cała twoja – odparła. – Fartuch wisi na haczyku, garnki w dolnej szafce.
Ja dla nas i dla Basi zrobię mały torcik, a twoi goście, twoje menu. Michał trzasnął drzwiami sypialni. – Zobaczysz, że to żadna wielka sztuka. Same babskie wymówki.
Sobota przyszła szybciej, niżby sobie tego życzył. Od rana w kuchni panował chaos. Garnki obijały się o siebie, obierki leciały po całej podłodze, a Michał w fartuchu Doroty z malutkim Kubusiem Puchatkiem walczył z ziemniakami, zerkał do telefonu i próbował odczytać przepis na „schab idealny dla prawdziwych facetów”. Mięso pokroił w grube plastry, polał majonezem prawie pół słoika, zasypał serem i wstawił do piekarnika ustawionego na maksimum.
Sałatka jarzynowa zamieniła się w kleistą papkę z twardą marchewką, a kiedy z piekarnika zaczął się walić dym, Michał otworzył drzwiczki i zobaczył czarną, zwęgloną skorupę. Było wpół do czwartej. Goście mieli przyjść za pół godziny. Na stole stała tylko krzywa sałatka i spalona blacha.
Michał zerwał fartuch, chwycił kurtkę i wybiegł z mieszkania. W supermarkecie kupił wszystko, co wydawało mu się choć trochę akceptowalne – sałatkę jarzynową ze zżółkłym majonezem, śledzia pod pierzynką pływającego w różowej wodzie, dwa blade kurczaki z rożna, wędlinę, chleb, tanie czekoladki. Przy kasie terminal piknął wesoło, a jego serce zamarło. Sześćset dwadzieścia osiem złotych.
Pieniądze odłożone na zimowe opony właśnie zamieniły się w foliowe reklamówki z garmażeryjnym jedzeniem. Goście przyszli punktualnie. Ciocia Grażyna w bluzce w panterkę wręczyła mu zmęczoną chryzantemę. – Ale my głodni!
– zawołała od progu. – Od rana nic nie jadłam, zostawiłam sobie miejsce na twoje pyszności. Zasiedli do stołu i zaczęli jeść. I krytykować.
– Ten majonez jakiś kwaśny – zmarszczyła nos Elżbieta. – Dorota chyba najtańszy kupiła. – Ziemniaki twarde – dorzucił Bartek. – Ta kura ciągnie się jak podeszwa – mruknął wujek Ryszard.
Ciocia Grażyna westchnęła teatralnie. – Nawet zieleninki nie pokruszyła. Kiedyś to kobiety bardziej się starały. Michał słuchał i czuł, jak coś w nim pęka.
Oni jedli jedzenie, za które zapłacił ponad sześćset złotych, i z każdym kęsem obgadywali jego żonę. Tę samą Dorotę, która przez lata znosiła ich uwagi, zmywała po nich talerze i uśmiechała się, gdy ją ranili. Uderzył pięścią w stół tak mocno, że kieliszki zadzwoniły. – Dość.
– Co ci się stało, Michałku? – Ciocia Grażyna zamarła z widelcem w połowie drogi do ust. – Dorota tego nie gotowała. – Głos mu się nie załamał.
– Ja próbowałem przygotować obiad. Mięso spaliłem. Cała kuchnia nadal śmierdzi. A to wszystko – wskazał na miski, kurczaka i wędlinę – kupiłem godzinę temu w supermarkecie za ponad sześćset złotych, żebyście mieli co zjeść na moich urodzinach.
Przez chwilę liczył, że ktoś się zaśmieje i powie, że każdemu się zdarza. Ale twarz cioci Grażyny stwardniała. – Czyli ty nas karmisz sklepową trucizną? – wycedziła.
– Słaby z ciebie gospodarz – rzucił wujek Ryszard. – Baba weszła ci na głowę, a ty jeszcze tego bronisz. – Ja tego jeść nie będę – dodała Elżbieta. – Mam wrażliwy żołądek.
Mówili jeden przez drugiego, że jest pantoflarzem, że żona powinna stać przy garach, że rodziny się tak nie traktuje. Michał stał przy stole i słuchał, i z każdą sekundą robiło mu się jaśniej w głowie. Dorota miała rację. Oni nie przyszli do niego.
Przyszli po pełny stół, po obsługę, po kobietę krążącą z miskami i przepraszającą, że żyje. – Zbierajcie się – powiedział cicho. Nikt go nie usłyszał. Odczekał chwilę, wyprostował się i wskazał ręką przedpokój.
– Zbierajcie się. Koniec imprezy. To są moje urodziny, mój dom i moja żona, o której nie będziecie tak mówić przy moim stole. Proszę wyjść.
Wychodzili długo i głośno. Krzesła szurały, ktoś mamrotał, ciocia Grażyna trzaskała drzwiczkami szafy. Wujek Ryszard na odchodne rzucił jeszcze, że zatęskni za rodziną. Michał nie odpowiedział.
Kiedy drzwi zamknęły się za ostatnią osobą, w mieszkaniu zapadła cisza. Nieprzyjemna, ale czysta. Usiadł na kanapie i nie włączył telewizora. Patrzył na swoje dłonie i myślał o Dorocie zmywającej po nocach talerze, o plastikowych pojemnikach cioci Grażyny, o sobie udającym, że nic wielkiego się nie dzieje.
Zgrzyt klucza w zamku wyrwał go z myśli. Do mieszkania wpadły Dorota i Basia z wielkim balonem. Dorota zdjęła płaszcz, zajrzała do pokoju i zobaczyła stół z niedojedzonymi sałatkami. – A gdzie delegacja?
– zapytała ostrożnie. – Szybko dziś poszli. – Poszli i obrazili się – odpowiedział zmęczonym głosem. – Powiedziałem im, że jedzenie jest ze sklepu, że to ja je kupiłem, bo swoje spaliłem, a oni stwierdzili, że jestem pantoflarzem, skoro nie zmusiłem cię do gotowania.
Dorota nie uśmiechnęła się triumfalnie. Nie powiedziała „a nie mówiłam”. Usiadła obok niego i pogładziła go po plecach. – Przepraszam cię, Dorota.
Miałaś rację. We wszystkim. – Wiem – odpowiedziała łagodnie. – Ale dobrze, że sam to zobaczyłeś.
Wstał i podwinął rękawy. – Ja sprzątam. Moi goście, mój bałagan. Dorota zaparzyła herbatę, a on wynosił talerze, zeskrobywał resztki i szorował blat.
Potem Dorota wyjęła z lodówki małe pudełko. W środku był domowy miodownik, równy, pachnący, z cienkimi warstwami kremu. Usiedli we troje przy czystym stole, pili herbatę, a Basia opowiadała, jak w kinie jeden chłopiec rozsypał popcorn na pół sali. Michał patrzył na nie obie i pierwszy raz tego dnia poczuł, że naprawdę ma urodziny.
– Wiesz – powiedział dolewając Dorocie herbaty – w przyszłym roku kończę czterdzieści siedem. Żadna okrągła rocznica. Może pojedziemy na weekend do tego hotelu z basenem pod Krakowem? Dorota spojrzała na niego z ukosa.
– A ciocia Grażyna? – Przeżyję. Wyłączymy telefony. Basia klasnęła w dłonie.
– Będę mogła pływać, ile chcę! Michał uśmiechnął się, a Dorota po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęła się szeroko i szczerze. – Zgoda. I tak sprawa rodzinnych urodzin została zamknięta raz na zawsze.
Dom znowu był miejscem, w którym można było oddychać spokojnie.


