Telefon zadzwonił o 14:37. Celestyna Przybylska poprawiała projekt elewacji, gdy na wyświetlaczu pojawił się Marek Kowalski, kolega jej męża z kancelarii. Dzwonił rzadko, zwykle w sprawach służbowych. – Celestyna, muszę z tobą porozmawiać.

Głos Marka brzmiał dziwnie. W słuchawce zapadła cisza, przeciągnięta jak gumka. – Widziałem zegarek twojego ojca. Ten, który Władek dostał na rocznicę.
Jest na ręce Patrycji Wiśniewskiej. Celestyna zamarła. Pokój został na miejscu, ściany też. Tylko powietrze zrobiło się gęste, trudne do przełknięcia.
– Jesteś pewien? – Całkowicie. Poznałem po grawerunku. JP CP 1990.
Pokazywałaś mi go kiedyś. Celestyna patrzyła na ekran komputera, ale rysunki projektu rozmazały się w szary blok. Podziękowała, rozłączyła się i położyła telefon na biurku, bardzo ostrożnie, jakby był ze szkła. Za oknem ktoś się śmiał.
Samochód zatrzymał się na światłach. Świat kręcił się dalej, jakby nic się nie stało. Ale coś się stało. Władysław oddał zegarek jej ojca kobiecie, z którą sypiał od pół roku.
Nie sprzedał, nie zgubił. Świadomie wziął to, co było dla Celestyny najważniejsze, i podarował obcej kobiecie. Pięć miesięcy wcześniej wszystko wyglądało inaczej. Był wieczór 19 października, dokładnie 20 lat od ich ślubu.
Celestyna spędziła pół dnia, ustawiając świece na stole i gotując wołowinę w czerwonym winie według przepisu matki. Dawid pomógł zastawić stół dobrą zastawą, tą używaną tylko na święta. Julia złożyła serwetki w łabędzie. Kiedy Władysław wszedł o 19:00, w domu pachniało rozmarynem.
Rozluźnił krawat, spojrzał na stół i uśmiechnął się szeroko. – Dwadzieścia lat – pokręcił głową. – Nie wierzę, że tyle czasu minęło. Kolacja była udana.
Dawid opowiadał o szkole, Julia chichotała nad telefonem, Władysław mówił o wygranej sprawie w kancelarii. Po deserze przyszedł czas na prezenty. Celestyna wyjęła małe aksamitne pudełko. Serce biło jej szybciej.
W środku leżał złoty zegarek z okrągłą tarczą na starej bransolecie. Omega z 1968 roku. – To zegarek twojego ojca? – zapytał Władysław, biorąc go do ręki.
– Tak. Dostał go od swojego ojca w 90. roku. Grawerunek jest jeszcze z tamtych czasów.
Wskazała spód koperty. JP CP 1990. Józef Przybylski dla Czesława Przybylskiego. – Celestyno, to rodzinna pamiątka.
Nie mogę. – Chcę, żebyś miał. Tata oddał mi go przed śmiercią. Powiedział, że powinien trafić do kogoś, kto jest ważny, kto jest częścią rodziny.
Jesteś moją rodziną od dwudziestu lat. Władysław patrzył na zegarek długo w milczeniu. Założył go na nadgarstek. Bransoleta była lekko za szeroka, ale opadła idealnie.
– Dziękuję, Celestyno. Będę go nosił zawsze. Pocałował ją. Celestyna poczuła ciepło w piersi, to uczucie, kiedy człowiek wie, że zrobił coś dobrego, coś ważnego.
Nie wiedziała wtedy, że te słowa były kłamstwem. 1 listopada Celestyna zauważyła, że Władysław nie ma zegarka na ręce. Siedzieli przy śniadaniu, a jego nadgarstek był pusty. Została tylko jaśniejsza linia skóry.
– Gdzie zegarek? – zapytała. – Oddałem do naprawy – odpowiedział, nie podnosząc wzroku znad telefonu. – Mechanizm stanął.
To stary zegarek. To miało sens. Zegarek miał ponad pięćdziesiąt lat. Celestyna kiwnęła głową i nie drążyła tematu.
Listopad przeszedł w grudzień. Zegarek nie wracał. Celestyna pytała dwa razy, potem kolejny. Za każdym razem słyszała to samo: jeszcze niegotowe, czekam na telefon z warsztatu.
Ale nigdy nie powiedział dokładnie, gdzie ten warsztat się znajduje. W święta Władysław był niespokojny. Odbierał telefony w drugim pokoju, mówił cicho. Kiedy Celestyna pytała, kto dzwonił, odpowiadał: „Sprawa z kancelarii, klient”.
28 grudnia wrócił o drugiej w nocy, pachnąc alkoholem i perfumami, które nie były jej. Coś było nie tak. Ale Celestyna nie miała dowodów. Tylko uczucie, które rosło jak plama na ścianie.
W styczniu zapytała ponownie. Trzy miesiące to długo. – Władek, minęły już trzy miesiące. Co z zegarkiem?
– Ciągle w naprawie. To skomplikowany mechanizm. Potrzebują części z zagranicy. – Z jakiego warsztatu go oddałeś?
Może zadzwonię, zapytam. Przez ułamek sekundy Celestyna zobaczyła coś w jego oczach. Coś wyglądającego jak irytacja. Ale zaraz zniknęło, zastąpione lekkim uśmiechem.
– Nie pamiętam nazwy. Zadzwonię sam. Przyspieszę sprawę. Obiecuję.
– Władek. – Celestyna, proszę – podniósł głos. Nieznacznie, ale wystarczająco, żeby Julia podniosła wzrok znad talerza. – Nie musisz się wszystkim zajmować.
Zadzwoni. Ale Celestyna wiedziała, że nie zadzwoni. W lutym atmosfera w domu stała się napięta. Władysław przychodził coraz później.
Czasem w ogóle nie wracał na noc, tłumacząc się pracą. Celestyna nie kłóciła się. Dawid uczył się do matury, Julia miała treningi piłki ręcznej. Życie toczyło się dalej.
Celestyna próbowała sama znaleźć zegarmistrza na rynku. W pracowni w suterenie starej kamienicy starszy mężczyzna w okularach pokręcił głową. – Nie miałem tu Omegi od lat. Nic nie zapisane.
Celestyna podziękowała i wyszła. Na ulicy wiatr ciął w twarz, a w żołądku zaciskał się zimny, twardy węzeł. Władysław skłamał. 5 marca Celestyna siedziała w biurze, kiedy zadzwonił Marek.
I wtedy świat się zawalił. Telefon leżał na biurku, a Celestyna patrzyła na niego jak na obcy przedmiot. Na zewnątrz słońce świeciło jasno, ludzie szli ulicą i śmiali się. Świat był normalny.
Ale ona już wiedziała. Władysław miał kochankę. Patrycję Wiśniewską. I dał jej zegarek ojca.
Celestyna sięgnęła po telefon. Ręce jej trochę drżały, ale tylko trochę. Wybrała numer Władysława. – Gdzie jesteś?
– W kancelarii. Dlaczego? – Przyjadę do ciebie za pół godziny. – Celestyna, mam spotkanie…
– Odwołaj.
Rozłączyła się. Wzięła płaszcz, torebkę, zamknęła komputer. Sekretarka spojrzała na nią z zaskoczeniem. – Muszę załatwić sprawę rodzinną.
Będę jutro. Kancelaria prawna Nowak i Przybylski mieściła się w prestiżowej kamienicy przy ulicy Kościuszki. Celestyna znała tu każdego. Kiedy weszła, recepcjonistka uśmiechnęła się uprzejmie, ale Celestyna tylko przeszła obok i weszła na drugie piętro.
Zatrzymała się przed drzwiami Władysława. Wzięła głęboki oddech, zapukała raz i otworzyła. Władysław siedział za biurkiem. Przy oknie stała kobieta – wysoka, szczupła, w ciemnej sukience i szpilkach.
Jasne włosy ułożone w gładki kok. Miała może trzydzieści pięć lat. Na jej nadgarstku błyszczał złoty zegarek. Celestyna poczuła, jakby ktoś uderzył ją w żołądek.
– Celestyna – Władysław wstał szybko. – Co ty tu robisz? Kobieta odwróciła się. Zielone oczy, idealny makijaż.
Spojrzała na Celestynę z lekkim zaciekawieniem. Celestyna weszła do środka i zamknęła drzwi. – Kim pani jest? – Jestem Patrycja Wiśniewska, klientka pana mecenasa – uśmiechnęła się niepewnie.
– Czy coś się stało? – Tak, coś się stało. – Celestyna podeszła bliżej. – Proszę zdjąć zegarek.
Cisza. – Słucham? – Zegarek na pani ręce. Proszę go zdjąć.
To moja własność. Władysław ruszył w jej stronę. – Celestyna, o co ci chodzi? Możemy porozmawiać…
– Zostań tam, gdzie jesteś.
Celestyna nie patrzyła na niego. Patrzyła na Patrycję, na jej nadgarstek, na złotą bransoletę, która kiedyś należała do jej ojca. – Proszę zdjąć zegarek. Natychmiast.
Patrycja spojrzała na Władysława. Ten milczał, twarz mu zbladła. – To był prezent – Patrycja dotknęła zegarka. – Władysław mi go podarował.
– Nie mógł. – Celestyna poczuła, że głos jej drży. Zacisnęła szczęki. – Ten zegarek nie należał do niego.
Należał do mojego ojca. A potem do mnie. I nigdy nie miał prawa go oddać. Patrycja zrobiła się blada.
– Ja nie wiedziałam. – Teraz pani wie. Proszę go oddać. Przez długą chwilę nikt się nie ruszał.
Potem Patrycja powoli zdjęła zegarek. Ręce jej drżały. Położyła go na biurku obok notatnika. Celestyna wzięła zegarek.
Był ciepły od ciała obcej kobiety. Obróciła go. Grawerunek był na miejscu. JP CP 1990.
Schowała zegarek do kieszeni płaszcza. Odwróciła się do Władysława, który stał przy oknie z rękami w kieszeniach, patrząc w podłogę. – Porozmawiamy w domu. Dzisiaj wieczorem, o 20:00.
Wyszła. Za plecami usłyszała cienki, przestraszony głos Patrycji: „Władysław, co to było? ”. Ale Celestyna już nie słuchała.
Władysław wrócił do domu o 19:52. Celestyna siedziała na kanapie. Zegarek leżał na stoliku obok pustej filiżanki po herbacie. – Dzieci są?
– zapytał. – Dawid u kolegi, Julia u Barbary. Wrócą do 22:00. Władysław usiadł w fotelu naprzeciwko.
Założył nogę na nogę, jakby to było zwykłe spotkanie, ale ręce miał zaciśnięte na oparciach. – Jak długo sypiasz z Patrycją Wiśniewską? Długa cisza. Za oknem ktoś zamykał samochód, kliknął alarm.
– Pół roku – westchnął Władysław. – Zaczęło się w październiku. W październiku, miesiącu ich rocznicy. Miesiącu, kiedy dała mu zegarek.
– Jak ją poznałeś? – Przyszła do kancelarii. Miała sprawę rozwodową. Zająłem się tym.
– I zacząłeś z nią sypiać. – To nie było takie proste. – A jak było? – Celestyna pochyliła się do przodu.
– Powiedz mi, Władek, jak to było? – Rozmawialiśmy dużo. Ona mnie rozumiała. Ty zawsze jesteś zajęta – szukał słów.
– Projekty, spotkania, dzieci. Nie ma czasu na nas. Celestyna parsknęła śmiechem, krótko, ostro. – Więc to moja wina.
– Nie mówię, że to twoja wina. Mówię, że to się po prostu stało. – Nic się nie dzieje po prostu. – Celestyna wzięła zegarek do ręki.
– To się dzieje, bo ktoś podejmuje decyzję. Wychodzisz na spotkania, całujesz inną kobietę, kłamiesz żonie. To wszystko są wybory. Twoje wybory.
– Tak – Władysław skinął głową. – To prawda. – I oddałeś jej zegarek mojego ojca. Dlaczego?
– Ona wspomniała, że lubi zegarki, że je kolekcjonuje… – zawahał się. – Nie myślałem. – Właśnie nie myślałeś. – Celestyna odłożyła zegarek.
– To nie był zegarek, Władek. To był symbol zaufania, szacunku. A ty to wszystko oddałeś kobiecie, którą znasz od pół roku. – Czy ją kochasz?
– Nie wiem. – Nie wiesz? To skomplikowane? – Tak.
– Nie, to nie jest skomplikowane. – Celestyna wstała. – Albo ją kochasz, albo nie. Albo chcesz być ze mną, albo z nią.
To bardzo proste. Spakuj rzeczy i wynoś się z tego domu. – Celestyna, moglibyśmy porozmawiać, dać sobie czas…
– Czas na co? Na kolejne kłamstwo, na kolejną zdradę?
– Byłem głupi. Przepraszam. To był błąd. – Błąd to jest wtedy, kiedy kupisz zły sort herbaty albo zapomnisz o rocznicy.
– Celestyna podeszła bliżej. – To, co zrobiłeś, to nie był błąd. To było świadome, ciągłe okłamywanie mnie przez pół roku. To było dawanie mojej rodzinnej pamiątki kobiecie, z którą sypiasz.
To nie błąd. To zdrada. Władysław wstał. – Dobrze, wyjdę.
Ale musimy ustalić kwestie dzieci, finansów, mieszkania…
– Ustalimy przez prawnika. – Przez prawnika? – Tak. Nie chcę już z tobą rozmawiać.
Władysław patrzył na nią długo, jakby szukał czegoś w jej twarzy. Celestyna była spokojna. Twarz jej nie drgnęła. – Gdzie pójdziesz?
– zapytała. – Do Patrycji. Skoro wszystko wyszło. Celestyna poczuła coś zimnego w żołądku.
Nie ból, nie złość. Coś gorszego. Obojętność. – Idź.
Spakuj się i idź. Dziesięć minut później Władysław wyszedł z torbą. Zatrzymał się na progu. – Przepraszam.
– To nic nie zmienia. Drzwi zamknęły się cicho. Celestyna stała w salonie w pustym mieszkaniu i słuchała ciszy. Była głęboka, gęsta, wypełniała każdy kąt.
Dopiero teraz pozwoliła sobie na płacz. Następnego dnia obudziła się o szóstej. Spała może trzy godziny. Wzięła prysznic, zrobiła kawę.
O ósmej usiadła przy stole i zaczęła robić listę. Prawnik. Bank. Sprawdzenie wspólnych kont.
Rozmowa z dziećmi. Lista rosła. Celestyna pisała spokojnie, metodycznie. Czuła się dziwnie opanowana, jakby ktoś inny sterował jej rękami.
O dziewiątej Dawid wyszedł z pokoju, stanął w progu kuchni w pidżamie, z potarganymi włosami. – Mamo, gdzie tata? Celestyna odłożyła długopis. – Usiądź, Dawid.
Musimy porozmawiać. Opowiedziała wszystko, ale bez szczegółów. Nie mówiła o Patrycji, o zegarku, o konfrontacji. Powiedziała tylko, że tata się wyprowadził, że będą się rozwodzić, że to nie ich wina.
Julia płakała. Dawid siedział w milczeniu, ze zaciśniętymi szczękami. – Dlaczego? – szepnęła Julia.
– Bo czasami ludzie nie pasują do siebie i najlepszym wyjściem jest rozstanie. – Ale my jesteśmy rodziną. – Julia wytarła łzy. – Nie możecie pogadać?
– Rozmawialiśmy. Czasami rozmowa nie wystarcza. Dawid wstał nagle tak gwałtownie, że krzesło odsunęło się z trzaskiem. – To dobrze.
– Jego głos był twardy. – I tak już dawno nie był prawdziwym ojcem. – Dawid…
– Nie udawaj, że nie widziałaś. On nigdy nie miał dla nas czasu.
Zawsze praca, zawsze spotkania. – Zacisnął pięści. – Nie obchodzi mnie, że odszedł. Wyszedł do swojego pokoju i trzasnął drzwiami.
Julia wtuliła się w matkę, płacząc cicho. Celestyna głaskała jej włosy, czując w piersi coś ciężkiego, ale nie płakała. Musiała być silna. Dla nich.
Marek Kowalski zadzwonił następnego dnia rano. – Celestyna, słyszałem, co się stało. Przepraszam. – Dzięki, że mi powiedziałeś.
Gdyby nie twój telefon, pewnie dalej bym nie wiedziała. – Potrzebujesz prawnika? Znam kogoś dobrego. Specjalizuje się w rozwodach.
– Tak. Podeślij mi kontakt. Adwokat Zofia Kamińska przyjęła ją dwa dni później. Była kobietą po pięćdziesiątce, z siwymi włosami upiętymi w kok.
Wysłuchała w milczeniu, robiąc notatki. – Ma pani dowody zdrady? SMS-y, zdjęcia, świadków? – Świadka.
Marek Kowalski widział zegarek na ręce Patrycji. – To dobrze. Będzie potrzebne jego pisemne zeznanie. – Kamińska przewróciła kartkę.
– Co z majątkiem? – Mieszkanie jest na kredyt hipoteczny, zapisane na nas oboje. Samochód też wspólny. Oszczędności… – Celestyna zawahała się.
– Nie sprawdzałam jeszcze. – Proszę sprawdzić natychmiast wszystkie wspólne konta. – Kamińska spojrzała poważnie. – Zdrada często zostawia ślady finansowe.
– Co z dziećmi? Chcę pełną opiekę. – Mąż może walczyć o opiekę przemienną. – Niech walczy.
– Celestyna zacisnęła szczęki. – One zostają ze mną. – W takim razie musimy udowodnić, że jest pani lepszym rodzicem. Stabilne życie, praca, wsparcie rodziny.
– Co z alimentami? – Będą na dzieci i częściowo na panią. Pan Przybylski zarabia znacząco więcej, to dobra pozycja. Dostanie pani około tysiąca pięciuset do dwóch tysięcy na dzieci.
– Kamińska zapisała coś w notesie. – Ale proces może potrwać od sześciu do dwunastu miesięcy. Prawie rok. Celestyna poczuła zmęczenie jak ciężar na ramionach.
– Co mam robić? – Zbierać dokumenty, wyciągi bankowe, wszystko, co udowodni pani stabilność finansową. I niczego nie podpisywać bez konsultacji ze mną. Pani mąż jest prawnikiem.
Będzie próbował załatwić wszystko po swojemu. Następnego dnia Celestyna poszła do banku. Dostała wyciąg za ostatnie sześć miesięcy i siedziała w holu, przeglądając transakcje. Większość była normalna: zakupy spożywcze, rachunki, paliwo.
Ale były też inne przelewy, których nie rozpoznawała. 15 grudnia: 1000 zł, zakupy. 28 grudnia: 800 zł, kolacja. 9 stycznia: 1200 zł, biżuteria.
W żołądku narastała zimna wściekłość. Władysław wydawał ich wspólne pieniądze na Patrycję. Kiedy czytała dalej, zobaczyła większy przelew. 10 lutego: 15 000 zł, wypłata kredytu gotówkowego.
Kredytu, o którym Celestyna nie wiedziała. Wróciła do okienka. – Na co został wzięty ten kredyt? – Nie ma szczegółów.
Został zaciągnięty na nazwisko pana Przybylskiego. Współmałżonek nie musiał podpisywać, bo kwota jest poniżej progu. – A kto spłaca? – Oboje.
Raty są automatycznie ściągane ze wspólnego konta. Piętnaście tysięcy długu, który Celestyna będzie spłacać. Wyszła z banku, ściskając wydruk w ręce. Wieczorem zadzwoniła do Władysława.
– Wziąłeś kredyt na piętnaście tysięcy? Nie powiedziałeś mi o tym. Cisza. – To była nagła potrzeba.
Nie chciałem cię niepokoić. – Nagła potrzeba? – Celestyna zaśmiała się gorzko. – Na co?
Na prezenty dla kochanki? – Celestyna, możemy porozmawiać osobiście? – Nie. Porozmawiamy przez prawników.
– Wzięła głęboki oddech. – Chcę, żebyś spłacił ten kredyt. Cały sam. Nie powinnam płacić za twoją zdradę.
– To nie takie proste. Prawnie jesteśmy nadal małżeństwem…
– Nie obchodzi mnie prawo. Obchodzi mnie sprawiedliwość. Spłać kredyt, albo powiem sędziemu, że wyprowadzałeś pieniądze z rodziny.
– Celestyna…
– Do widzenia, Władek. Rozłączyła się. Ręce jej drżały, ale czuła też coś innego. Satysfakcję.
Małą, ostrą, dobrą. Pierwsza rozprawa odbyła się 27 maja. Celestyna siedziała obok Zofii Kamińskiej i patrzyła na Władysława po drugiej stronie. Wyglądał inaczej.
Chudszy, bledszy. Adwokat Władysława wstał. – Wysoki sądzie, pozwany nie zaprzecza faktowi romansu. Jednak uważa, że związek uległ już wcześniej rozpadowi z winy obojga stron.
Powódka zaniedbywała obowiązki małżeńskie, koncentrując się wyłącznie na karierze. Celestyna poczuła, jak gorąco zalewa jej żyły. Zaniedbywała obowiązki małżeńskie. To Władysław znikał z życia rodziny.
To on kłamał przez pół roku. Kamińska spojrzała na nią i lekko pokręciła głową. Spokojnie. Sędzia zapisała coś w notatce.
– Następna rozprawa za dwa miesiące. Proszę przygotować pełną dokumentację finansową i uzgodnić kwestie opieki nad dziećmi. Celestyna wyszła z sali, czując zmęczenie jak kamień na plecach. – To dopiero początek – powiedziała Kamińska.
– Ale dała pani radę. Jest pani silniejsza, niż pani myśli. Celestyna nie czuła się silna. Czuła się zmęczona, pusta, wyczerpana.
Ale szła dalej, bo nie miała wyboru. 21 czerwca przyszła wiadomość od Kamińskiej. Adwokat męża złożył wniosek o opiekę przemienną. Władysław chciał, żeby dzieci spędzały połowę czasu z nim.
– To standardowy ruch – powiedziała Kamińska na spotkaniu. – Władysław wie, że bez dzieci wygląda gorzej w oczach sądu. Jego adwokat twierdzi, że wynajął dwupokojowe mieszkanie na osiedlu północnym. – Wynajął?
– Celestyna patrzyła na dokument, który Kamińska położyła przed nią. Władysław miał pieniądze na wynajem nowego mieszkania, ale nie chciał spłacić kredytu, który zaciągnął na prezenty dla Patrycji. – Co mam zrobić? – Zapytać dzieci, gdzie chcą mieszkać.
Jeśli wyraźnie powiedzą, że z tobą, sąd to weźmie pod uwagę. I nie daj się sprowokować. Tego wieczoru Celestyna usiadła z Dawidem i Julią w salonie. – Tata chce, żebyście spędzali z nim więcej czasu.
Wynajął mieszkanie. Sąd może zdecydować, że będziecie mieszkać tam połowę tygodnia. – Nie chcę – Julia pokręciła głową. – Nie chcę mieszkać z tatą.
– To twój ojciec…
– Mamo, on nas zostawił. – Łzy napłynęły jej do oczu. – Zostawił nas dla tej kobiety. Dlaczego mielibyśmy teraz z nim mieszkać?
– Bo sąd uważa, że macie prawo widywać się z obojgiem rodziców. – Ale my chcemy być tu, z tobą. – Julia chwyciła matkę za rękę. – Powiedz im, że chcemy tu zostać.
Celestyna spojrzała na Dawida. – A ty? – Nieważne, co myślę – wzruszył ramionami. – I tak zrobi się, jak sąd zdecyduje.
– Twoja opinia ma znaczenie. – Dobrze. – Dawid podniósł wzrok. – Nie chcę mieszkać z tatą.
Nie chcę widzieć tej kobiety. Nie chcę udawać, że wszystko jest w porządku. Chcę zostać tu. Celestyna objęła ich oboje.
– Zrobię wszystko, co mogę. Obiecuję. 10 lipca zadzwoniła nieznana kobieta. – Czy to Celestyna Przybylska?
– Tak. – Nazywam się Monika Zielińska. Nie zna mnie pani, ale muszę z panią porozmawiać o Patrycji Wiśniewskiej. Celestyna usiadła przy biurku.
– Mój mąż, mój były mąż, też był klientem tej kancelarii co pani mąż. Też miał romans z Patrycją. – Monika mówiła szybko, nerwowo. – Dowiedziałam się o wszystkim pół roku temu.
Rozwiedliśmy się w kwietniu. – Ile trwał ten romans? – Prawie rok. Ona robi to systematycznie.
Wybiera bogatych, żonatych klientów, uwodzi ich, wyciąga pieniądze, a potem przechodzi do następnego. Zatrudniłam detektywa. Znalazł jeszcze dwie kobiety, których mężowie mieli z nią do czynienia. – Monika westchnęła.
– To nie była miłość. To był interes. – Dlaczego pani mi to mówi? – Bo wiem, jak się pani czuje.
I wiem, że pani proces jeszcze trwa. Pomyślałam, że mogę pomóc. Być świadkiem. Pokazać, że to nie był przypadek.
Druga rozprawa odbyła się 25 lipca. Monika opowiedziała sądowi swoją historię. Romans męża z Patrycją, pieniądze, które zniknęły, kłamstwa, rozwód. I dwie inne, podobne sprawy, które znalazł detektyw.
Patrycja Wiśniewska celowo uwodziła żonatych mężczyzn z kancelarii, wykorzystywała ich finansowo, a potem przechodziła dalej. Władysław siedział blady, patrząc w stół. – Panie Przybylski – sędzia spojrzała na niego. – Ma pan coś do powiedzenia?
Władysław wstał powoli. – Nie wiedziałem, że ona robi to z innymi. – To nie zmienia faktu, że pan ją wybrał. Celestyna wyszła z sali, czując ulgę.
Władysław przegrywał. Ona wygrywała. Pod koniec sierpnia Kamińska zadzwoniła z nowościami. – Władysław zgodził się na warunki.
Spłaci kredyt w całości. Oddaje swoją część mieszkania w zamian za odstąpienie od roszczeń majątkowych. Dzieci zostają z panią. Będzie miał je co drugi weekend i wakacje.
Alimenty dwa tysiące miesięcznie. Celestyna zamknęła oczy. – Zgoda. – Sąd przyzna rozwód z wyłącznej winy męża.
Wszystko powinno być gotowe do października. Październik. Miesiąc jej rocznicy ślubu. Rok od tego, jak podarowała Władysławowi zegarek.
10 września Celestyna dostała telefon od Władysława. – Celestyna, moglibyśmy się spotkać? Porozmawiać? – O czym?
– O nas. – Nie mamy już o czym rozmawiać. – Proszę, tylko pół godziny. Zgodziła się.
Umówiła go w kawiarni na rynku. Władysław przyszedł punktualnie, w garniturze, ale wyglądał źle. Cienie pod oczami, zapadnięte policzki. – Patrycja mnie zostawiła – powiedział, bawiąc się cukiernicą.
– Tydzień temu. Powiedziała, że to był błąd. – Rozumiem. – Myślałem o nas, o tym, co straciliśmy.
– Spojrzał na nią. – Może moglibyśmy spróbować jeszcze raz? Celestyna patrzyła na niego długo. Widziała człowieka, z którym spędziła dwadzieścia lat, ojca jej dzieci, mężczyznę, którego kiedyś kochała.
Ale teraz widziała tylko obcego człowieka. – Nie. – Celestyna, proszę…
– Władek, ty nie chcesz mnie. Chcesz komfortu, bezpieczeństwa, kogoś, kto się tobą zaopiekuje.
– Odłożyła kubek. – Nie przyszedłeś tu z miłości. Przyszedłeś, bo jesteś samotny i przestraszony. – To nieprawda.
– To prawda. I oboje o tym wiemy. Wstała. – Rozwód będzie finalizowany za miesiąc.
Nie dzwoń do mnie więcej. – Co ja mam teraz zrobić? – Nie wiem, Władek. To już nie mój problem.
Wyszła z kawiarni. Na zewnątrz było chłodno, wiatr niósł zapach jesieni. Celestyna szła przez rynek, czując, jak w piersi rośnie coś ciepłego. Władysław próbował wrócić, ale ona go nie chciała.
I to uczucie, ta odmowa, zamknięcie drzwi, było wyzwalające. 3 października sąd wydał wyrok. Sąd orzeka rozwód z wyłącznej winy pozwanego, Władysława Przybylskiego. Pełna opieka nad małoletnimi dziećmi przypada powódce.
Pozwany będzie miał prawo do kontaktu z dziećmi w uzgodnionych terminach. Alimenty dwa tysiące złotych miesięcznie. Mieszkanie przypada powódce w zamian za zrzeczenie się roszczeń majątkowych. Pozwany spłaci kredyt gotówkowy w całości w terminie sześciu miesięcy.
Rozwód prawomocny. Dwadzieścia lat małżeństwa zakończone jednym wyrokiem. Celestyna wyszła z sali, czując dziwną mieszankę ulgi i smutku. Kamińska podała jej rękę.
– Gratuluję. Wygrała pani. – Dziękuję za wszystko. – To była pani zasługa.
Ja tylko pomagałam. Na zewnątrz niebo było zachmurzone, wiatr szarpał liście na drzewach. Był koniec. I jednocześnie początek.
W grudniu Celestyna pracowała nad nowym, dużym projektem. Firma architektoniczna we Wrocławiu zaproponowała jej współpracę przy budowie centrum kulturalnego. Pojechała na spotkanie w połowie grudnia. W eleganckim biurze na dziesiątym piętrze przywitał ją mężczyzna około pięćdziesiątki, z siwymi włosami i spokojnymi, ciemnymi oczami.
– Pani Przybylska, jestem Tomasz Górski, główny architekt projektu. Słyszałem o pani renowacji ratusza w Opolu. Była imponująca. Rozmawiali godzinę.
Tomasz był profesjonalny, ale też przyjazny. Traktował ją jak równą partnerkę. Pod koniec spotkania zapytał, czy pójdzie z nim na kawę, żeby kontynuować rozmowę. Celestyna zawahała się.
Potem kiwnęła głową. Siedzieli w małej kawiarni, pili cappuccino, rozmawiali o architekturze, projektach, wyzwaniach. Tomasz opowiedział o swoim rozwodzie sprzed trzech lat. – To było trudne – spojrzał w kubek.
– Ale czasami ludzie po prostu przestają do siebie pasować. – Wiem coś o tym. – Pani też jest rozwiedziona? – Świeża.
Od dwóch miesięcy. – Przepraszam, nie chciałem przypominać. – Nie szkodzi. – Celestyna odstawiła kubek.
– Było ciężko, ale teraz czuję się lżej. – To dobrze. – Tomasz uśmiechnął się. – Lżej to zawsze lepiej niż ciężko.
Po Wigilii, spokojnej i cichej, Dawid został w salonie. Siedział na kanapie z książką. Celestyna usiadła obok. – Dawid, mogę cię o coś zapytać?
– Słucham. – Nie jest ci źle bez taty? Dawid odłożył książkę. – Nie.
– Spojrzał na nią. – Mamo, tata był nieobecny. Nawet kiedy był tu, nie był naprawdę tu. Rozumiesz?
– Rozumiem. – Wolę tak, jak jest teraz. Ty jesteś tu naprawdę. I to wystarcza.
Celestyna pocałowała go w czoło. – Kocham cię, Dawid. – Też cię kocham, mamo. W lutym, po długim spotkaniu we Wrocławiu, Tomasz zapytał, czy poszłaby z nim na kolację.
Nie służbową. Zwykłą kolację. Celestyna zastanowiła się. Myślała o Władysławie, o rozwodzie, o wszystkim, co się stało.
Myślała o tym, czy jest gotowa. Potem pomyślała o Dawidzie, który powiedział, że woli, jak jest teraz. O Julii, która znowu się uśmiecha. O sobie, o tym, że też zasługuje na szczęście.
– Dobrze – skinęła głową. – Chętnie. Tomasz zabrał ją do małej restauracji nad Odrą. Jedli rybę, pili wino, rozmawiali o wszystkim i o niczym.
Pod koniec wieczoru, kiedy wracali do samochodów, Tomasz zatrzymał się. – Celestyna, chciałbym cię jeszcze zobaczyć. Jeśli ty też chcesz. – Chcę.
– Dobrze. Powoli. – Powoli jest idealnie. W kwietniu Dawid i Julia poznali Tomasza.
Zaprosiła go na kolację do domu. Skromną, prostą, bez presji. Tomasz przyniósł czekoladki dla Julii i książkę dla Dawida. Po kolacji Dawid zapytał:
– Lubisz go, mamo?
– Tak. – Jest inny niż tata. – Na lepsze czy na gorsze? – Na lepsze.
– Dawid uśmiechnął się lekko. – Widać, że cię słucha. 14 maja Dawid skończył szesnaście lat. Celestyna przygotowała małą imprezę.
Rodzina, kilku przyjaciół, Barbara z córką. Pod koniec wieczoru zaprowadziła Dawida do salonu. Na stoliku leżało małe pudełko. – To dla ciebie.
Dawid otworzył. W środku leżał zegarek. Złota Omega z 1968 roku. – To zegarek dziadka – wyszeptał.
– Twój dziadek dał go swojemu ojcu, potem mnie. Teraz należy do ciebie. – Ale tata… nie zasłużył na to. – Ty jesteś odpowiedzialny, mądry, uczciwy.
– Celestyna spojrzała mu w oczy. – Grawerunek mówi: Józef dla Czesława. Teraz to Czesław dla Dawida. Nasza linia, nasza rodzina.
Dawid założył zegarek. Bransoleta była lekko za szeroka, ale pasowała. – Dziękuję, mamo. – Objął ją mocno.
– Obiecuję, że będę go nosił zawsze. Celestyna zamknęła oczy, czując, jak łzy napływają jej do oczu. – Wiem, że będziesz. W październiku, dwa lata od tamtej rocznicy, Celestyna stała w nowej kuchni, w nowym mieszkaniu we Wrocławiu, z widokiem na Odrę.
Przeprowadziła się miesiąc temu razem z dziećmi i życiem. Dawid dobrze czuł się w nowej szkole, Julia znalazła koleżanki i grę w drużynie piłki ręcznej. I był Tomasz. Pobrali się w sierpniu.
Cicho, skromnie, tylko najbliżsi. Tomasz wszedł do kuchni i objął ją od tyłu. – O czym myślisz? – O tym, jak szybko zmienia się życie.
– Celestyna odwróciła się. – Dwa lata temu myślałam, że świat się kończy. A teraz jest dobrze. Naprawdę dobrze.
Dawid wszedł do kuchni w koszuli i spodniach. Na nadgarstku błyszczał złoty zegarek. – Mamo, Julia pyta, kiedy kolacja. – Za dziesięć minut.
– Celestyna spojrzała na zegarek syna. – Ładnie wygląda. – Tak. – Dawid dotknął zegarka.
– Nigdy go nie zdejmę. Władysław mieszkał sam w małym wynajętym mieszkaniu na osiedlu północnym. Stracił posadę partnera w kancelarii po skandalu. Pracował jako zwykły prawnik z marną pensją.
Patrycja była już dawno z kimś innym. Dzieci widywał raz na dwa tygodnie, ale były zdystansowane, chłodne. Któregoś dnia Władysław zapytał Dawida:
– Dawid, to zegarek twojego dziadka? – Tak.
Mama mi go dała. – Rozumiem. – Długa cisza. – Nie prosiłeś go o powrót?
– dodał. – Od mamy? – Nie. – Władysław pokręcił głową.
– Nie miałem prawa. Zegarek nigdy nie był jego. Nigdy nie będzie. Był częścią rodziny, częścią tradycji, częścią, której Władysław się wyrzekł.
Celestyna stała na balkonie, patrząc na Odrę. Słońce zachodziło, niebo było pomarańczowe i różowe. Za plecami słyszała, jak Tomasz rozmawia z Julią o szkole. Dawid czytał książkę na kanapie.
Życie było spokojne. Nie idealne, ale szczere. I to wystarczało. Celestyna dotknęła pierścionka na palcu.
Innego niż ten, który nosiła przez dwadzieścia lat. Lekkiego, prostego, prawdziwego. Zegarek wrócił tam, gdzie powinien być. W rodzinie, u syna.
A ona też wróciła tam, gdzie powinna być. Do siebie.


:max_bytes(150000):strip_icc():focal(739x171:741x173):format(webp)/Finn-Little-yellow-stone-051526-2-2b5c8678e3104cb684c51404363d73d9.jpg)